Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Raven. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Raven. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 sierpnia 2020

Od Ravena – Sztuka drugiego wrażenia

     Dar Quilina, wśród stałych bywalców nazywany po prostu Quilinem, utrzymany był w niepowtarzalnym klimacie wschodnionoveirskiego pałacu i tego, co najlepsze w Fortheimie. Był także spełnieniem marzeń swojego właściciela o dostatnim życiu w Stolicy Postępu. Już od początku urządzony był z myślą o tym, by stać się luksusowym klubem dla najbardziej elitarnej arystokracji i postanowienie to sumiennie realizował, szybko zdobywając zasłużoną mu sławę. 

    Raven Sailence lubił wnętrza takie jak to. Bogate, zadbane i urządzone ze smakiem i dbałością o najmniejsze nawet szczegóły. Pasowały do roli, którą zaplanował dla siebie w tym mieście i przyjemnie łaskotały jego mniemanie o sobie. Dlatego bywał w Quilinie dostatecznie często, by eleganckie wnętrza przestały robić na nim takie wrażenie, jak na samym początku. Dar Quilina ze wszystkimi swoimi cudownościami i tak nieoficjalnie należał do niego. W końcu właściciel – Noveirczyk w średnim wieku – uważał się za jego dobrego przyjaciela, a Raven nie planował wyprowadzać go z błędu tak długo, jak długo Quilin sprzyjał jego interesom. Dlatego na spotkanie wybrał właśnie to miejsce. 

     Lokal mieścił się w przebudowanej niemalże całkowicie kamienicy i złożony był z dwóch odseparowanych od siebie części – publicznej, mieszczącej się na parterze i pierwszym piętrze oraz prywatnej, ulokowanej jeszcze wyżej. Już sama konstrukcja budynku budziła podziw – wyburzono stropy pierwszych dwóch pięter, by zyskać nieprawdopodobną wręcz przestrzeń dla rozwieszonych na przeróżnych wysokościach czerwono-złotych lampionów. W miejscu, gdzie powinny znajdować się sufity wybudowano szerokie galerie podparte rzeźbionymi kolumnami. Część prywatną podzielono dodatkowo na „loże” oddzielone od siebie delikatnymi przepierzeniami pokrytymi ręcznie malowanymi wzorami. Quilin miał wiele do zaoferowania, a wygoda i prywatność z pewnością mieściły się w jego ofercie. 
     Raven Sailence podczas swojego długiego życia słyszał wiele przysłów i złotych myśli. Części przyznawał rację, część traktował jako bajeczkę, a z częścią nie zgadzał się zupełnie. Przykładem kompletnej bujdy było dla niego mawianie, iż okrągły stół nikogo nie wywyższa, gdyż nikt nie może usiąść u jego szczytu. W Darze Quilina wszystkie stoliki były doskonale okrągłe, a i tak wystarczył jeden rzut oka, by zorientować się, kto w danym towarzystwie rozdaje karty. Ludzie oraz orkowie, tak jak większość zwierząt żyjących w stadach, potrzebowali jasno ustalonej hierarchii i kogoś, kogo mogliby uznać za przywódcę. Czy to akceptowali, czy nie, nigdy nie było mowy o równości. Drobne napięcia, gesty mające podkreślić dominację nad innymi, afiszowanie się przywilejami czy względami osoby postawionej wyżej… Każde stado potrzebowało swojego przywódcy. A tak się składało, iż u szczytu okrągłego stołu zasiadał zwykle nie kto inny, jak Raven Sailence. 
     Tym zabawniejsze było dla Ravena jego spostrzeżenie im dłużej przypatrywał się swoim gościom. Koszmarnik był z nich wszystkich najdrobniejszej postury, lecz tylko on pasował do Quilina, o czym wszyscy trzej zdawali sobie sprawę. Tego wieczora Raven obracał się w towarzystwie zdecydowanie przywykłym do brudnej roboty, ale nie nawykłym do luksusu. Brodaty człowiek o oczach czarnych jak dno studni i z blizną przecinającą mu twarz po ukosie był weteranem wojny z Sandengardem. Wycofanym ze służby po wypadku, w którym stracił lewą stopę. Drugim gościem Sailenca nie był nawet całkowicie człowiek, a rosły półork z wystającymi nieco ponad górną wargę kłami. Większymi niż kły Koszmarnika, co niekoniecznie mu się podobało. 
     Obaj zdawali się być się aż zbyt toporni dla tego miejsca. W szczególności dla delikatnych kieliszków na nóżkach utkanych ze złotych nici. Kryształowe naczynia cięte były w geometryczne wzory – przypominały diamenty unoszące się w powietrzu na cienkiej, nóżce pokrytej misternymi zdobieniami. Bez wątpienia musiały kosztować prawdziwą fortunę. Dokładnie tak, jak wszystko w Darze Quilina
     Raven doskonale zdawał sobie z sprawę z tego jak nieswojo musieli czuć się obaj jego towarzysze w obcym miejscu; po raz pierwszy w podobnym lokalu; zostawieni sam na sam z kimś, o kim wciąż plotkowano po wydarzeniach na aukcji koni; i wreszcie z kimś, kto czuł się w Quilinie niemalże tak, jak we własnym domu. 
     – Widzicie… – zaczął, zwracając się do swoich towarzyszy. – Zdaje się, że czeka nas bardzo interesujący wieczór. 
     Stół ogarnęła martwa cisza, przerywana jedynie cichymi dźwiękami muzyki smyczkowej. Raven, gdyby raczył wstać i wychylić się przez balustradę, z pewnością mógłby dojrzeć w dole scenę i zespół umilający pobyt kilku gościom. Jednak muzyka tym razem niemalże wcale go nie interesowała. Wodził wzrokiem pomiędzy człowiekiem i półorkiem, wolnym ruchem dłoni mieszając w kieliszku mieniące się hipnotyzująco, połyskliwe, błękitne wino. Jednocześnie palcem wskazującym i kciukiem wolnej dłoni podpierał bok delikatnie przechylonej głowy. 
     – Panie Sailence – zaczął półork po zbyt długiej chwili milczenia. – Jestem pewien, że możemy się jakoś dogadać. 
     – Bzdura… – Raven uśmiechnął się z pobłażaniem. W uśmiechu tym czaiła się jednak groźba. – Próbujesz zrobić głupca z siebie? Czy ze mnie…? 
     – Z nikogo, panie Sailence. Proszę tylko o drugą szansę. 
     – „Proszę” … – wycedził to słowo powoli i wyraźnie, przestając się uśmiechać. – Podczas gdy powinieneś raczej b ł a g a ć. Zwłaszcza o litość i mój dobry humor, który tak usilnie starasz się zepsuć swoimi nieudolnymi wyjaśnieniami. Co myślisz, Tolgod? – zwrócił się do drugiego towarzysza. 
     – Oczywiście, że ma pan rację, panie Sailence – odpowiedział szybko człowiek. 
     Raven tylko prychnął z obrzydzeniem. 
     – Żałośni jak cały wasz rodzaj. 
     Półork wyraźnie się zjeżył na te słowa. Nie zdecydował się jednak odezwać, zadowalając się jedynie posłaniem Koszmarnikowi spojrzenia spode łba. Raven odwzajemnił równie paskudne spojrzenie, upił łyk wina i odstawił kieliszek na stół. Rozsiadł się wygodniej i kontynuował: 
     – Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z powagi sytuacji. Rozczarowaliście mnie… Bardzo, bardzo rozczarowaliście… A myślałem, że mogę na was polegać… 
     – Z całym szacunkiem – wtrącił się Tolgod. – To cud, że nadal żyjemy. Zastawili na nas pułapkę. Ktoś musiał im powiedzieć… Nie dało się uratować tej roboty, musieliśmy uciekać. 
     Raven milczał. Posłał człowiekowi spojrzenie, które dobitnie mówiło: Och, doprawdy?, ale cierpliwie czekał na dalsze wyjaśnienia. Nie żeby miały one dla niego jakiekolwiek znaczenie. Raven był zły. 
     – Wszystko szło dobrze na początku. Kontakt był na miejscu i wcale nie zachowywał się podejrzanie. Łatwa robota, tak nam powiedział. Faktycznie tak brzmiało. Wystawił nam cel jak na tacy i ulotnił się tak szybko jak się pojawił. Wszystko szło gładko. Zaszliśmy go od tyłu razem z Marvasem. Nie udało się podsłuchać, o czym rozmawiał z zarządcą doków, ale nim mieliśmy zająć się później. Już prawie go mieliśmy… Problem polegał na tym, że… 
     – … cel zorientował się za szybko? – dokończył Raven. 
     Tolgod zacisnął usta w wąską kreskę i niechętnie pokiwał głową. 
     – Och, przysięgam, że to wszystko jego wina! – półork oskarżycielskim gestem wskazał na człowieka. – Gdyby mnie tam nie było ten dureń nawet nie wiedziałby od czego zacząć! 
     – Czyli teraz to moja wina?! To ciebie usłyszał, ty zawalaty klocu! – Tolgod poczerwieniał na twarzy. 
     Raven westchnął cicho i upił łyk wina, przyglądając się z zainteresowaniem coraz bardziej burzliwej wymianie zdań. Czuł się, jakby podziwiał sztukę teatralną graną tylko dla niego. I zastanawiał się czy kły Marvasa byłyby w stanie czysto rozerwać ludzką tętnicę. Cóż, jego własne z pewnością to potrafiły, lecz były przy tym nieco bardziej subtelne. 
     – Przecież u s t a l i l i ś m y, że wina leży po o b u stronach! Marvas, nie bądź śmieszny! 
     – Nie, niczego nie ustaliliśmy. To były tylko twoje słowa! Jesteś tchórzem, Tolgod, niczym więcej niż żałosnym tchórzem. 
     – Ja przynajmniej walczyłem na froncie. Ale co może wiedzieć o odwadze syn suki i mordercy – syknął Tolgod. 
      To zdanie przeważyło szalę. Marvas zerwał się na równe nogi, o mały włos nie przewracając stołu. Dyszał ciężko, a dłonie zacisnął w pięści. Drżał lekko i wyraźnie szykował się do bójki. 
     – Siadaj, Marvas – warknął Raven. Spojrzenie półorka przeniosło się na niego, ale ten ani nie myślał posłuchać. – Quilin nie jest miejscem na wasze ułomne bójki. 
     – Słyszałeś co o mnie powiedział?! 
     – Słyszałem… I dziwię ci się. Przecież nie skłamał. 
     – Za kogo ty się uważasz?! – odpowiedział warknięciem półork. 
     – Za kogoś, z kim nie powinieneś zadzierać, odrażająca kreaturo, obrażająca mnie samym swoim istnieniem – odpowiedział Raven głosem perfekcyjnie wypranym z emocji. – Nie chcesz mnie zdenerwować. 
     Marvas prychnął z niedowierzaniem. 
     – Zabiję was obu – zagroził, strzelając kostkami dłoni. – Nikt nie będzie mnie traktował w taki sposób. 
     Sailence zaśmiał się sucho i niewesoło. 
     – Och, możesz spróbować… 
     Podniósł się z fotela i przeciągnął. Strzepnął dłonie dla rozluźnienia ich i uśmiechnął się złowrogo. Półork wyszczerzył zęby, prezentując swoje kły w całej okazałości. Uważał się za drapieżnika – komunikat był dla Ravena więcej niż oczywisty. Dlatego on także odsłonił górną wargę, warcząc głucho. Pierwsze z nieprzyjemnym trzaskiem rozrywanych dziąseł wysunęły się górne kły. Zaraz po nich krótsze, masywne, dolne kły. Koszmarnik zmrużył oczy i zasyczał zwyczajem niektórych, starszych wampirów, delektując się zawahaniem na twarzy przeciwnika. 
     – Czym ty jesteś…? – spytał półork, prostując się. 
     Raven nie odpowiedział. Zamiast tego, nie wykonując nazbyt gwałtownych ruchów, obszedł stół. Półorkowi sięgał nieco powyżej ramienia, co wcale mu nie przeszkadzało. Zanim przeciwnik, próbując zrozumieć czemu rzucił wyzwanie, podjął jakąkolwiek decyzję, dłoń Ravena wystrzeliła, zaciskając się na jego krtani. Marvas zakrztusił się bardziej z zaskoczenia niż czegokolwiek innego, otwierając szeroko oczy. 
     – Byłem łaskawy. Ostrzegłem cię – oznajmił Raven niskim, wibrującym głosem, niewiele różniącym się od zwierzęcego warknięcia. – Gdybym chciał twojej śmierci, zginąłbyś już u progu tego piętra… Ale ty nie tylko mnie zawiodłeś, żałosny szczeniaku. Naiwnie myślałeś, że możesz rzucić mi wyzwanie. Twój brak szacunku jest dla mnie obraźliwy. 
     Po tych słowach Koszmarnik zacisnął dłoń na gardle półorka i mocno pchnął. Przeciwnik, chwytając się za zmiażdżoną tchawicę, zatoczył się wprost na balustradę, oddzielającą lożę od wysokiej na trzy piętra przepaści. Przechylił się przez nią niebezpiecznie i runął w otchłań, charcząc i wymachując kończynami. Panika w jego oczach była wprost upajająca. Wiedział, że już nie żyje. 
     Raven przechylił się przez balustradę. Ciało półorka na szczęście nie wylądowało na żadnym ze stołów. Z głuchym łomotem upadło na kamienny parkiet, strasząc jedynie nielicznych dzisiaj klientów Daru Quilina. Któraś z kobiet krzyknęła. Właściciel pojawił się niemal natychmiast, zadzierając głowę w górę. Raven pomachał mu z loży uspokajająco i krzyknął dość głośno, by usłyszano go na samym dole: 
     – Raczą Państwo wybaczyć ten drobny wypadek! W ramach rekompensaty proponuję, by wszystkie rachunki zapisać na mój koszt! 
     Bądź co bądź lubił, gdy o nim mówiono. A mówiono o nim, gdy miał gest. I wszystko byłoby idealne, gdyby nie dotarły do niego pospieszne kroki w stronę wyjścia z loży. 
     – A-a, zła decyzja, Tolgod. Nie skończyliśmy. Wracaj na miejsce. 
     Kroki ucichły zastąpione przekleństwami. Raven odwrócił się, nadal nie chowając kłów. 
     – Czym ty jesteś…? – powtórzył pytanie człowiek. 
     – Koszmarnikiem – odparł beznamiętnie. – Siadaj. 
      Tolgod posłusznie wrócił na miejsce, celowo zajmując to, które znajdowało się najdalej od miejsca Sailenca. Raven również wrócił na swój fotel. Chwycił w dłoń kieliszek i skinął nim w stronę towarzysza w imitacji toastu. 
     – Dobry człowiek… Wypijmy za twoje mądre decyzje. 
     – Jesteś chory – oznajmił Tolgod. – Nie wiem czym jesteś, ale to coś pomieszało ci w głowie. 
      Raven westchnął. Oczywiście, że człowiek musiał tak pomyśleć. Każdy z nich był tak samo ograniczony. Dlatego Raven, rozumiejąc jaką rolę mu przypisano postanowił ją przyjąć. Tolgod chciał widzieć w nim szaleńca, więc mógł wysłuchać, cóż takiego szaleniec miał do powiedzenia. I tak nie powinien być w stanie zrobić z tego użytku. 
     – Zachciało się miłosierdzia na starość… Powiedz mi, Tolgod, jak to jest. Żyję już tyle czasu, że od dawna wiem, że takim jak ty nie należy się łaska. Ba, prawdopodobnie powinno się was wszystkich z zimną krwią zarżnąć, okazując wam jeszcze mniej względów niż wieprzkom w rzeźni. A jednak czasem, gdy mam bardzo dobry humor, jak dzisiaj do niedawna, wyciągam do was rękę. I wy zawsze tę cholerną rękę gryziecie… 
     Nastała niewygodna cisza. Więc Raven kontynuował swój monolog: 
     – No cóż... Zwierzyłem ci się nie ze względu na głęboką wewnętrzną potrzebę czy doskwierającą samotność. Wiesz, dlaczego to zrobiłem, prawda? 
     – Ponieważ ja też zginę…? Jak Marvas? 
     – Ależ oczywiście, że nie. Z drugiego trupa tego samego wieczoru niechybnie musiałbym się tłumaczyć właścicielowi. 
     – Więc puścisz mnie wolno…? – spytał z powątpiewaniem. – Gdzie jest haczyk? 
     Raven gestem nakazał mu wstać. 
     – Podejdź. 
     Tolgod nieufnie podniósł się z miejsca i ostrożnie zbliżył do Koszmarnika, nie przestając mierzyć go czujnym spojrzeniem. Raven czekał aż ten znajdzie się dostatecznie blisko. Wtedy zaatakował. Znalazł się przy człowieku szybciej niż ten był w stanie zauważyć i wbił kły prosto w tętnicę swojej ofiary. 
     Raven nie zawsze gryzł w szyję. Miał całe lata, by nauczyć się, gdzie gryźć, aby się nasycić. Bez trudu mógł przywołać z pamięci większość szczegółów, których nauczyły go lekcje anatomii. Problem polegał na tym, iż szyja była najłatwiejszym celem. Zawsze wyeksponowana i pokryta cienką skórą, stanowiła wręcz modelowy przykład słabego punktu. Dlatego Raven Sailence zwykle zostawiał swoim ofiarom ślad w postaci czterech równych dziurek w tym właśnie miejscu. Było najwygodniejsze, gdy brakowało czasu lub okoliczności nie sprzyjały większej dyskrecji. Stosował więc tę sztuczkę prawie zawsze w miejscach publicznych – Raven Sailence dbał o swój wizerunek, dlatego utrzymywał swoją dietę w ścisłej tajemnicy. 
     Ciepła, słona krew wystrzeliła mu na język, a on skrzywił się. Nie był specjalnie głodny. Prawdę powiedziawszy obyłby się i bez takiej przekąski. Osłabienie Tolgoda było mu jednak niezbędne, dlatego pił szybko, starając się nie myśleć zbytnio o obecnej sytuacji. Trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy – Tolgod nie zajmował zbyt atrakcyjnego miejsca na liście potencjalnych ofiar Koszmarnika. 
     W końcu puścił go z dziwną mieszanką euforii i ulgi. Tolgod zwalił się na ziemię jak kłoda, a Raven – pijany krwią, przyjemnie szumiącą mu w głowie – ukucnął przy nim. 
     – Zapomnisz wszystko. Kim jesteś, czym się zajmujesz, skąd pochodzisz. Zapomnisz mnie i nasze spotkanie. Kiedy się obudzisz, nie zauważysz mnie, wyjdziesz z Quilina, a potem wyjedziesz z miasta i nigdy nie wrócisz do Fortheimu – wyszeptał, sącząc słowa wprost do umysłu człowieka. Słowa, które miały moc magiczną, 
      Wyprostował się, usiadł w fotelu i wyciągnął nogi na stolik przed sobą. Otarł usta chusteczką i dokładnie obejrzał swój strój, by upewnić się, że nigdzie się nie poplamił. Poprawił ubrania, by nadal doskonale na nim leżały i wyglądały, jakby dopiero co je włożył. 
     Musiał cierpliwie poczekać. Spodziewał się tego wieczora jeszcze jednego gościa, który, dla miłej odmiany, nie zawiódł go. Raven oczekiwał od Nocnego Prześladowcy o wiele więcej niż punktualne stawianie się w wyznaczonym miejscu. Oczekiwał także rzetelnego realizowania powierzonych mu zadań i szczerości. Nie cierpiał być okłamywanym, gdy bez trudu mógł dowiedzieć się prawdy wprost z myśli kłamcy. Póki co Revan nie zrobił na nim złego wrażenia. Miał szansę przeżyć tę współpracę. 
      Raven odchylił głowę na oparcie fotela i przymknął oczy, czując zawroty głowy. Był wprost pijany, jak zwykle na krótko po polowaniu. Czy lubił to uczucie? Czasami, najczęściej w zaciszu własnej posiadłości. Owszem, było przyjemne. Owszem, nie przytępiało zmysłów tak, jak robił to alkohol. Raven czuł jedynie lekkość, czystą euforię i tylko drobną senność. Był prawie pewien, że gdyby wsłuchał się w siebie wystarczająco uważnie, usłyszałby, jak krew śpiewa w jego żyłach. Był tylko jeden problem – wraz ze szczęściem przychodziły spokój i poczucie bezpieczeństwa. A Raven bynajmniej sobie na takie luksusy nie pozwalał, by nie zaplątać się w misternie tkanej sieci fortheimskich intryg. 
     Westchnął z drobnym uśmiechem i zamknął oczy, wsłuchując się w koncert na dole. Revan miał zjawić się najwcześniej na dwie godziny przed północą, Raven miał zatem jeszcze czas, by dojść do siebie. 

~ * * * ~ 

     Znajome kroki usłyszał, gdy dwójka ludzi zaczynała dopiero wspinać się na drugie piętro. Jedne kroki należały z pewnością do właściciela Quilina, te drugie – cichsze i ostrożniejsze – także raczej zwiastowały dobre wieści. Nocny Prześladowca skorzystał z zaproszenia. 
     Raven Sailence zdjął nogi ze stolika. Wcześniej, gdy Tolgod pół przytomnie podniósł się i wyszedł, Koszmarnik z nudów zadbał o to, by po loży nie było widać czego była świadkiem. Smukła, czarnowłosa kelnerka – jego ulubiona, przydzielona mu na wyłączność, gdy tylko pojawiał się w lokalu – wyniosła kieliszki poprzednich gości, wymieniając je na jeden czysty. Doniosła lodu do wiaderka z winem musującym i nową butelkę błękitnego alkoholu. Zamiotła lożę, wymieniła kwiaty w wazoniku na świeższe. Wreszcie przyniosła nowe świece, by umieścić je w ustawionych dookoła lampionach. Loża wyglądała pięknie, dzięki jej pracy. 
     Jednak Raven był dumny wyłącznie z siebie – to z jego woli kobieta krzątała się dookoła przez prawie godzinę. Gdyby nie wpadł na taki pomysł, loża nie wyglądałaby aż tak nienagannie. Teraz jednak odłożył czytaną książkę na niski stolik pod ścianą i spojrzał na siebie w lustrze, raz jeszcze upewniając się co do swojego nienagannego wyglądu. 
     Po chwili rozległo się ciche pukanie do drzwi loży. 
     – Proszę. 
     Drzwi uchyliły się, a do środka wsunęła się głowa właściciela Quilina
     – Panie Sailence, pański gość przybył. 
     – Dziękuję, panie Kal’apana. Proszę go wpuścić. Mam nadzieję, iż goście przyjęli mój hojny dar i zostali należycie uspokojeni…? 
     – Co do jednego, proszę pana. 
     – Dziękuję. 
     Głowa właściciela zniknęła, a drzwi otworzyły się szerzej. Stanął w nich nie kto inny jak Revan, niesławny Nocny Prześladowca. Nie wyglądał na zachwyconego, a Raven wcale mu się nie dziwił. Nie mniej wcale nie zamierzał niczego ułatwiać. Potrzebował rąk do pracy, której on, ze względu na swoją pozycję, wykonywać nie mógł. 
     – Miło, że postanowiłeś mnie odwiedzić, Prześladowco – stwierdził Sailence, wskazując Revanowi, by usiadł. – Czas płynie szybciej w dobrym towarzystwie. 
     – I moje towarzystwo takim jest? – spytał Prześladowca z powątpiewaniem. 
     – Och, nie przesadzajmy… Chociaż nie ukrywam, iż nadal lepsze niż co poniektórych.
     Revan usiadł w fotelu, nie spuszczając z Koszmarnika czujnego wzroku. Raven także patrzył mu w oczy i zastanawiał się. Revan wydawał się być absolutnie spokojnym. Na ile było to udawane, a na ile faktyczny spokój trudno było ocenić na pierwszy rzut oka. 
     – Skąd wiesz, gdzie mieszkam? 
     – Nie sądzisz, że nadmierna wiedza unieszczęśliwia? Co za różnica skąd wiem. 
     – Więc po co mnie wezwałeś? – spytał. – Z całym szacunkiem, ale skoro wiesz, gdzie mieszkam wyciąganie mnie do klubu jak ten jest nieco… przesadzone. 
     Raven zmrużył oczy. 
     – Wezwałem cię, żeby osobiście ci pogratulować. 
     Revan nie odpowiedział od razu. Jego spojrzenie stało się bardziej nieufne. 
     – Pogratulować czego? – spytał ostrożniej. 
     – Śmierci madame Silvestri, oczywiście. Przepiękny styl… I ta dbałość o szczegóły… Perfekcyjne samobójstwo. Zwłaszcza, gdy ktoś podsunął im wiarygodny motyw. Samotna, starsza kobieta, artystka w dodatku, odrzucona przez o wiele młodszego od niej kochanka, odbiera sobie życie w czasie bankietu. Jutrzejsze gazety z przyjemnością opiszą całe zajście… 
     – To nie jest zabawne – oznajmił Revan sucho. 
     – Ależ dla mnie jest. Chciałbym o tym usłyszeć z pierwszej ręki i oboje wolelibyśmy, żebym nie musiał prosić dwa razy. Napijesz się ze mną? Musimy uczcić ten dzień. 
     Mówiąc to, otworzył butelkę i nalał sobie do kieliszka. Spojrzał wyczekująco w stronę Prześladowcy, czekając na jakąkolwiek reakcję. Raven, przez większość tego wieczora, czuł się jak bardzo dumny, zadowolony z siebie kot bawiący się z myszą. I bardzo mu się to uczucie podobało.

Revan? Long time no see~

poniedziałek, 24 grudnia 2018

Od Ravena - Intruzi

https://pre00.deviantart.net/a2a1/th/pre/f/2017/057/8/3/83180fb72c503a0f3dff69c6ff23019f-db0g2v9.jpg
       Raven Sailence szczycił się swoją legendarną wręcz spostrzegawczością. Do tego nie można mu było odmówić zdumiewająco dobrej jak na swój wiek pamięci. Może i nie pamiętał dosłownie każdej osoby, którą spotkał na przestrzeni ostatnich dwóch tysięcy lat, ale wydarzenia sprzed kilku godzin jeszcze nie zaczęły mu się zacierać. Był pewien, że znał ten zapach. Wcześniej, zanim nieznajomy prześladowca nie zaszczycił go swoją obecnością miał czas, żeby dokładnie przeanalizować kim jest intruz. Teraz, gdy odwrócił się już w końcu w jego stronę zyskał pewność – znał zapach tego człowieka. I był pewien, że nauczył się go na aukcji.
     – ,,Nocny Prześladowca"... – powtórzył starannie, smakując to słowo. – Senny koszmar bogatych i utrapienie straży miejskiej zaszczycił mnie swoją obecnością. Czym zasłużyłem sobie na ten zaszczyt?
     Revan nie odpowiedział od razu. Szczerze mówiąc, wyglądał jakby nie zamierzał odpowiadać wcale. Odpowiedź była po prostu zbyt oczywista, by wysilać się wymyślaniem ładnie brzmiących wymówek.
     – To może nieco inaczej – zachęcił Raven z lekko skrywanym rozbawieniem. Musiał przyznać, że ten człowiek bawił go zupełnie inaczej niż reszta. – Z kim powinienem porozmawiać na temat szczegółów mojej niechybnie przedwczesnej śmierci?
     – Z nikim – odparł krótko Nocny Prześladowca. – Aktualnie nie pracuję dla nikogo.
    Raven pogładził chrapy Alacazma, posyłając zwierzęciu kolejną dawkę uspokajającego impulsu. W innym wypadku koń nigdy nie dałby mu się dotknąć. Stanowczo zbyt wiele przeszedł, by pozwolić pierwszemu lepszemu człowiekowi tudzież nieczłowiekowi podejść aż tak blisko. Czekało przed nim jeszcze wiele pracy. Ale prawdę mówiąc nie mógł się już doczekać.
     – Cóż za paskudny brak manier – stwierdził po chwili, kierując te słowa bardziej do siebie niż do Revana. – Chociaż zapewne i tak dobrze wiesz kim jestem. Jednak dopełnię formalności: Raven Sailence. Dla intruzów Koszmarnik – uśmiechnął się lekko jednym kącikiem ust. Ostatnie słowa wybrzmiały jednak zdecydowanie złowrogo.
     – To groźba? – spytał od niechcenia Prześladowca. Raven wiedział co prawda, że w rzeczywistości odpowiedź na to pytanie realnie interesuje jego rozmówcę, ale nie mógł sobie odmówić ciągnięcia tej dziwnej rozmowy. W życiu nie spodziewałby się, że sprawi mu to aż taką satysfakcję.
     – Skądże znowu... Raczej niewinne ostrzeżenie. Dowiedziałeś się chociaż czegoś przydatnego?
     – Słucham?
     – Czy dowiedziałeś się czegoś przydatnego na mój temat, Nocny Prześladowco?
     Pytanie było bardziej niż niewygodne. Dlatego nie spodziewał się żadnej odpowiedzi. A już na pewno nie zgodnej z prawdą. Ale przecież zupełnie nie o to chodziło – Raven chciał się tylko pobawić biednym śmiertelnikiem. Niestety nie zdecydował czy chciałby także się tym fascynującym intruzem odrobinę wzmocnić. Nie był jeszcze bardzo głodny, ale długie lata życia nauczyły go, by wykorzystywać nadarzające się okazje. Tej nocy mogło stać się jeszcze absolutnie wszystko.
     – Być może – padła w końcu zdawkowa odpowiedź.
     – W porządku. Domyślam się, że praca tego typu wymusza pewną dyskrecję, racja? Powinniśmy wracać na przyjęcie. Ludzie nie lubią, gdy zostawiam ich samych na zbyt długo.
     – ,,My"? – upewnił się Revan, odruchowo zerkając w stronę drzwi stajni. Oceniał swoje szanse? Prawdopodobne... Jednak zupełnie niezgodne z planem Koszmarnika.
     – Owszem. Może i jesteś tu nieproszonym gościem, ale fortheimski zwyczaj nakazuje ugościć każdego kto pojawi się na progu domu. Zdaję sobie sprawę z tego, że do miasta nie jest najbliżej. Dlatego jeśli zaczekasz, spróbuję zorganizować ci transport.
     W tym momencie się zdradził. Jeśli Revan był wystarczająco uważny i bystry, powinien bez trudu zrozumieć, że jego rozmówca doskonale zdaje sobie sprawę z planów jakie jeszcze do niedawna Prześladowca snuł po drugiej stronie ściany. Poza tym był za bardzo miły. Najprawdopodobniej najbardziej od kilku dekad. Czasami lubił tak grać – odrobiną hojności wkupić się w łaski, zdobyć choć namiastkę zaufania... To dobrze działało. I otwierało szerokie kontakty. A Raven nie miał jeszcze w garści przedstawicieli tej najciemniejszej strony Fortheimu. Dlatego chciał, by Nocny Prześladowca doskonale go zapamiętał i wrócił w stosownym czasie. Zwłaszcza jeśli okazałoby się, iż Koszmarnik potrzebowałby pozbyć się kogoś, nie wzbudzając jednocześnie podejrzeń swoją nieobecnością. Jakby nie patrzeć ta znajomość była korzystna dla nich obu.
     Nagle do jego uszu dotarł odległy chichot. Z sykiem wypuścił powietrze mocno zirytowany. Revan wyczuł to bez trudu, od razu cofając się o pół kroku. Raven Sailence czuł na sobie jego badawcze spojrzenie.
     – Ani chwili spokoju... – prychnął pod nosem. Po chwili dodał jednak dla wyjaśnienia: – Zabierajmy się stąd. Ktoś ewidentnie usiłuje sprawdzić jak daleko może się posunąć, nadużywając przy tym mojej gościnności i dobrego humoru.
     – Za pozwoleniem... Ja niczego nie usłyszałem, nie zobaczyłem ani nie poczułem – zauważył Revan, mrużąc oczy w skupieniu.
     – Z pewnością – stwierdził cierpko Raven, gasząc lampę. Upewnił się, że Alacazmowi niczego do rana nie zabraknie, a potem przepuścił Revana przodem ku wyjściu.
     Dwaj mężczyźni opuścili stajnię w ciszy. Tuż za jej progiem natknęli się na grupkę trzech młodych arystokratów; dwóch kobiet i mężczyzny. Skulone postaci usiłowały przemknąć niezauważenie dróżką, potykając się co i rusz. Chichotali przy tym cicho i natychmiast uciszali jeden drugiego, gdy któryś o mały włos nie przewrócił się, niszcząc przy tym efekt wielogodzinnej pracy krawców.  Prawdziwi mistrzowie dyskrecji... Revan także musiał dojść do tego samego wniosku. Sailence w ciemności widział jego zmarszczone brwi.
     – Nie zauważą nas dopóki nie zderzą się z którymś – zauważył szeptem Koszmarnik.
     – Wcześniej mówili, że chcą obejrzeć konia – odpowiedział mu równie cicho Prześladowca. – Są niegroźni...
     – I poza terenem udostępnionym gościom.
     Arystokraci tymczasem zbliżyli się odpowiednio, by zorientować się, że ich misternie przygotowany plan najwyraźniej zawiódł. Przystanęli na środku ścieżki, nasłuchując i rozglądając się, zupełnie jakby mogli dojrzeć cokolwiek w ciemności. Skojarzyli się Ravenowi z sarnami, które widywał w czasach, gdy więcej czasu spędzał na przemierzaniu lasów jako lokalny myśliwy niż w pałacach. Skrzywił się na wspomnienie tych lat. Sarnia krew cuchnęła i smakowała niemiłosiernie paskudnie. Trochę tak jak ta mieszanka radosnej ekscytacji, niepokoju i strachu, którą roztaczała wokół siebie ściśnięta na ścieżce grupka. Ludzie to jednak zwierzęta.
     – Hej, wy! – zawołał ich.
     Przyciszone głosy ucichły. Mężczyzna zebrał się na odwagę dopiero po kilkunastu długich sekundach.
     – Pan Sailence...?
    – A któż by inny? – prychnął Raven, wręczając zgaszoną lampę swojemu towarzyszowi – Byłbyś tak miły i z powrotem zapalił światło, Prześladowco?
      Nie dał Revanowi odpowiedzieć. Wydał polecenie i oczekiwał, że zostanie spełnione. Zresztą miał ważniejsze sprawy na głowie i dlatego właśnie od razu ruszył w stronę grupki. Okazało się, że doskonale ich znał. A ich rodziców znał jeszcze lepiej.
     – Lord ven Aart nie będzie zachwycony, gdy się dowie o tym... incydencie waszej dwójki – spojrzał surowo na rodzeństwo, krzyżując ręce na piersi. A potem przeniósł wzrok na partnerkę chłopaka: – Pan Meese również może nie podzielać twojego humoru, młoda damo.
     Cała trójka zmieszała się. Chłopak wbił wzrok w ziemię, kopiąc jakiś kamyczek, jego siostra mięła w palcach brzeg sukni. Jedynie ta trzecia – Ybnea Meese – miała dość odwagi, by nie opuszczać głowy całkowicie, ale nie patrzyła mu w oczy.
     – My chcieliśmy tylko zobaczyć Alacazma, panie Sailence – broniła się. – Zaraz wracalibyśmy na przyjęcie...
     – Zakradając się do mojej stajni jak, w najlepszym przypadku, złodzieje? – spytał nieprzyjemnie.
     – To nie tak, proszę pana! – wtrącił młody ven Aart.
     – Nie mieliśmy złych zamiarów – dodała jego siostra.
     Raven westchnął dobitnie ciężko i pokręcił głową z wyraźną dezaprobatą.
     – Dobrze wam radzę, wracajcie do ogrodu. Dopilnuję, żeby wasi rodzice dowiedzieli się o tej sytuacji. Rhedianie?
      – Tak, proszę pana?
     – Możesz być pewien, że ojciec dowie się, iż nie jesteś jeszcze wystarczająco dojrzały, by przypadła ci w udziale chociaż jedna zagroda z rodzinnego majątku. Idźcie już – odprawił ich gestem ręki.
     Revan wreszcie zdecydował się podejść bliżej. Wcześniej, przez cały czas trwania tej krótkiej rozmowy, stał w stosownej odległości. Sailence nie miał wątpliwości, że Prześladowca pilnie przysłuchiwał się całej rozmowie. Znał ludzi jego pokroju i wiedział takie rzeczy, bo chociaż każdy z nich był nieco inny, niektóre rzeczy nie zmieniały się bez względu na wszystko. Zwłaszcza w czasach, gdy informacja była cenną walutą.
     – Surowa kara jak na przyłapanie trójki dorosłych ludzi na ścieżce – zauważył mimochodem, kiedy arystokracji oddalili się pospiesznie na odpowiednią odległość.
     – Na niewłaściwej ścieżce – doprecyzował Raven.
     Pomiędzy dwójką bądź co bądź podejrzanych ludzi znów zapadło chwilowe, ale bardzo przyjemne milczenie. Niedługo później dotarli z powrotem do ogrodu. Revan oddał lampę czekającemu słudze. Raven w tym czasie półgłosem wydał polecenie, by dwójka innych sług przeniosła się pod stajnię i pilnowała, by nikt na pewno się do niej nie zbliżył.
     – Alacazm potrzebuje zupełnego spokoju, jeśli kiedykolwiek ma zaufać człowiekowi – wyjaśnił krótko na pytające spojrzenie Revana. – Znam się na tym co zamierzam...
     – To zwierzę dość już wycierpiało...
     – Niezmiernie cieszy mnie to, że się zgadzamy – stwierdził Koszmarnik, lekko mrużąc oczy dla dodania sobie milszego czy bardziej wesołego wyglądu. Nie był przyzwyczajony do takich zachowań, więc z pewnością nie wyszło mu aż tak naturalnie jak planował. Dlatego postanowił zmienić temat nim Nocny Prześladowca zastanowi się głębiej nad tym grymasem: – Podoba ci się moje przyjęcie?
     Revan rozejrzał się dookoła.
     – Cóż... Jest oryginalne.
     – Z jakiegoś powodu arystokracja wszystkich czasów uważa białą cerę za przejaw wysokiego urodzenia, a przebywanie na świeżym powietrzu za prostackie. Mylą się przeokrutnie, moim skromnym zdaniem, bo wystarczy rozejrzeć się dookoła, by stwierdzić, że bawią się całkiem dobrze.
     – Zwłaszcza te młode damy, które tak otwarcie patrzą w tę stronę – zauważył Prześladowca.
     – Spostrzegawczość profesjonalisty – podsumował Raven. – Nie chciałbyś może od czasu do czasu dla mnie popracować?
     – Wszystko zależy od okoliczności i motywu – odparł Revan. Ani nie potwierdził, ani nie zaprzeczył. Był tak samo ostrożny i uważny przez cały czas, zupełnie nieświadomie zaskarbiając sobie coraz żywszą uwagę Koszmarnika. Teraz Raven miał pewność, że ich drogi z pewnością jeszcze się przetną.
     – Doskonale, Revanie. W takim razie spodziewaj się wiadomości ode mnie... – uśmiechnął się lekko, widząc powątpiewanie w oczach mordercy – Bądź pewny, że znajdę cię, jeśli będę chciał.
     – To ten moment, w którym mam sobie iść jak każdy dobry pracownik? – spytał wprost.
     – Nie wyrzucę cię stąd. Jeśli chcesz możesz zostać: popytasz ludzi o interesujące tematy, zjesz lepiej niż kiedykolwiek wcześniej w Fortheimie, być może poznasz damę, która wciągnie cię do świata elity miejskiej, a już na pewno podwiezie do miasta... A jeśli nie chcesz skorzystać z możliwości możesz wyjść tyłem domu przez bibliotekę. W środku każdy sługa, którego spotkasz z pewnością cię pokieruje. Decyzja należy do ciebie, Prześladowco... I dziękuję za to spotkanie. Było fascynujące.
     Re? Nya? Jeśli masz coś do dodania/podsumowania, nie krępuj się. Ja już nie wiem co robię xD

niedziela, 14 stycznia 2018

Od Ravena - Z nudów

https://pre00.deviantart.net/a2a1/th/pre/f/2017/057/8/3/83180fb72c503a0f3dff69c6ff23019f-db0g2v9.jpg     Leżąca pod miastem posiadłość wyglądała bogato, choć zupełnie zwyczajnie. Stała samotnie z dala od innych rezydencji, jakby jej właściciel naprawdę cenił sobie spokój wsi i nie chciał, by ktokolwiek mu przeszkadzał. Mógł też szczerze nie znosić sąsiedztwa. Dlatego nic nie stało na przeszkodzie, by olbrzymią willę otaczał odpowiednio obszerny ogród oraz by stała pośród ogromnych soczyście zielonych łąk - niegdyś pól uprawnych, teraz już od dekad odłogów - ogrodzonych białym płotem z drewna.Wszystko to, włączając rozciągający się za domem sad i ogród warzywny stanowiło własność tylko jednego człowieka, mieszkającego wraz z niewielką armią służących w imponującej willi pośrodku wszystkiego. Dom ów nigdy nie był prawdziwym domem, bo nigdy nie mieszkała w nim rodzina. Stara, licząca sobie dobre dwieście lat posiadłość wybudowana została z polecenia tylko jednego człowieka, który żył tam zupełnie sam przez cały ten czas. Przypominała więc bardziej wystawny salon, z którego korzystano wyłącznie na potrzeby rozrywki.
     Posiadłość sprawiała wrażenie zimnej i nieprzyjemnej, ale kwitło w niej życie. Część ogrodników podlewała ocieniające dom drzewa, pozostali przycinali krzewy wielu odmian róż. Właściciel domu naprawdę cenił te kwiaty, więc zdominowały one ogrody i zajęły ich lwią część, stąd dbałość pracowników, by zawsze prezentowały się doskonale. Ponad bujną roślinnością niosły się ciche przyśpiewki pracujących na zewnątrz ludzi. W domu panowała jednak zgoła bardziej napięta atmosfera, bo codzienną rutynę zaburzyło widmo wieczornego spotkania w ogrodzie. Mimo wszystko służba pracowała z uśmiechem na ustach, bo nie było powodu, by przemykać korytarzami ze spuszczoną głową. Nikt nie powiedziałby, że w ów domu, gdzie roześmiane pokojówki prześcigały się w zmiataniu kurzu z wiekowych pamiątek pana domu, a z kuchni regularnie roztaczał się zapach świeżego ciasta, mieszkać może prawdziwy demon. W zasadzie nikt nie podejrzewał niczego takiego i może właśnie przez wzgląd na to w domu panowała czysta i zdrowa atmosfera. Przynajmniej do czasu aż pan domu nie zaszczycił wystawnych komnat swoją obecnością i zwyczajowo podłym humorem.
     Tym razem jednak właściciela domu nie było nigdzie widać. Starym zwyczajem zaszył się na tyłach domu w swojej bibliotece, zaznaczając uprzednio, by nikt nie śmiał mu przeszkadzać. Nie robił niczego nazbyt interesującego czy śmiertelnie ważnego. Izolował się jedynie z czystego kaprysu i chęci pobycia sam na sam z własnymi myślami.
     Raven Sailence nudził się niemiłosiernie, a każdy dzień był znacznie gorszy i jakby dłuższy od poprzedniego. Nuda potrafiła być okrutna. A żeby tylko! Była gorsza od śmierci i wszelkich epidemii, które kiedykolwiek spadły na świat. W ocenie Koszmarnika gorsza nawet niż wojny - brał udział w kilku i wspominał te lata stosunkowo dobrze - czy przyłapanie kochanki na zdradzie, a więc nic nie mogło się z nią równać. Była męcząca, sprawiała, że robił się drażliwy (w każdym razie b a r d z i e j drażliwy) i naprawdę niewiele go cieszyło. Była to jedna z wielu rzeczy, których szczerze nienawidził i na własne nieszczęście zajmowała wysokie pozycje na umownej liście takich rzeczy.
     Mniej więcej dlatego rozparty wygodnie w fotelu mężczyzna z głową odchyloną na oparcie i ze wzrokiem utkwionym w sufit westchnął ciężko i przewrócił oczami. Położył ręce na podłokietnikach i zabębnił o nie palcami, przywodząc tym na myśl śmiertelnie znudzone dziecko, któremu ktoś zepsuł ulubioną zabawkę i teraz nie wiedziało czym ma się zająć. Podobnie zresztą się czuł. Co prawda miał zamiar wystawić w wieczornej porze niewielkie towarzyskie spotkanie przy herbacie i cieście, ale im bliżej było do odpowiedniej godziny, tym mniej miał na to ochotę. Jedynym plusem całego planu była świadomość, że przyjęcie zostało zaplanowane tak, by goście przybyli krótko po zapadnięciu zmroku. W ten sposób można było stworzyć niezwykły klimat za sprawą świec i lampionów, a goście (i sam Raven) zażyć mogli świeżego, wieczornego powietrza. Sam wymyślił ten sposób podejmowania gości, by mówiło się o jego pomysłowości. Po co ktoś miałby zastanawiać się nad praktyczną stroną zakładającą uniknięcie paskudnych oparzeń na skórze albinosa? Znacznie bardziej chodliwym tematem plotek była sama kreatywność gospodarza oraz jej wady i zalety. Naturalnie nie wszystkim podobał się taki pomysł, ale wtedy, oburzeni nie mogli powstrzymać się od mówienia na ten temat, więc w efekcie wieści roznosiły się szybciej i dalej.
     To były jednak wieczorne plany. Szybkie spojrzenie na zasłonięte szczelnie okna biblioteki sugerowały, że pora za oknem nadal była przedpołudniowa, a więc przyjęcie zdawało się być odległe jakby należało do przyszłej dekady. Raven potrzebował zajęcia znacznie szybciej i nadal nie wiedział co zrobić...
    Podniósł się z miejsca, przypomniawszy sobie o czymś. Zaledwie plotce, która do niego dotarła, a która mogła rozwiązać wszystkie jego chwilowe problemy z brakiem zajęcia. Omiótł wzrokiem zapełnione po brzegi regały, upewniając się, że wszystko jest w porządku i wyszedł z biblioteki.
     - Jeevy! - krzyknął na jednego ze służących.
     Sługa przybiegł do niego niemalże natychmiast, więc nie mógł być bardzo daleko. Spieszył się, oczywiście, bo tego wymagały żelazne zasady panujące w domu. Raven nie tolerował, gdy wywołany nie stawiał się od razu na wezwanie. Nie był cierpliwy, więc nie lubił czekać na kogoś, kto mu służył.
     - Tak, panie?
     Sługa ze swoim panem przystanęli pośrodku głównego holu, pomiędzy wyjściem, a schodami z białego kamienia. Drewniane balustrady wspinające się równolegle do stopni obiegały półkoliście otwartą galeryjkę, podtrzymywaną przez równo rozstawione kolumny z rzeźbionymi na kształt siedzących lwów kapitelami. Na lwich łbach opierał się strop, a same zwierzęta zdawały się łypać poważnym wzrokiem na każdego przechodzącego w ich cieniu człowieka. Z galeryjki rozciągał się doskonały widok na cały hol i zawieszony stosunkowo nisko kandelabr z czarnego metalu, połyskujący migotliwie od umieszczonych w nim świecy. Podobne refleksy światła biegały po podłodze parteru, odbite od wypolerowanego na wysoki połysk czarnego jak noc i upstrzonego białymi plamkami kamienia. Przy drzwiach wejściowych (przypominających raczej ciężkie pałacowe wrota) stały misy z czerwonymi i białymi różami, dzięki którym w całym pomieszczeniu unosił się delikatny, słodki zapach. Na ścianach wisiały lustra w ramach z białego złota. Ich zadaniem było optycznie powiększyć pomieszczenie. Równocześnie pozwalały Sailence'owi widzieć całe pomieszczenie niezależnie od kierunku, w którym patrzył. Dom mógł ociekać w luksusy i sprawiać wrażenie, że jego właściciel nie miał czego zrobić z nadmiarem pieniędzy, w rzeczywistości każdy element był starannie przemyślany, zaplanowany i maksymalnie funkcjonalny.
     Raven nie był próżny, wbrew temu, co się o nim mówiło. Otwarta galeria skracała mu drogę do wyjścia w razie gdyby kogoś ścigał lub był ścigany. W każdej chwili mógł przeskoczyć barierkę, nie zadając sobie trudu zbiegania po schodach. Dzięki skrzydłom - hol był odpowiednio obszerny, by dało się w nim wykonać tylko jeden odpowiedni ruch, żeby wybić się z ziemi dalej niż zwykle - mógł przebyć tę drogę także i w drugą stronę, oszczędzając sporo czasu. Ponadto był magiem - potrafił zmusić róże do poderwania się z misy i wykorzystać ich kolce dla upozorowania niefortunnego wypadku. Lustra nie tylko poszerzały pole widzenia, ale także w razie potrzeby mogły zostać rozbite, a ich odłamki ciśnięte z odpowiednią siłą stanowiły potencjalnie śmiertelną broń. Cała posiadłość Sailence'a oprócz oczywistej roli pomniku bogactwa i znaczenia jej właściciela, była jego bronią i najlepiej ufortyfikowaną twierdzą w okolicach Fortheimu. Demon nie pozwoliłby się zaskoczyć we własnym domu niczemu i nikomu.
     - Jak budowa? - spytał krótko.
      - Skończona, panie.
      - Odpowiedni ludzie?
     - Zatrudnieni, panie.
     - Doskonale. Przynieś mi kapelusz i rękawiczki.
     Sługa zniknął we wnętrzu domu tak samo szybko jak się pojawił. Jeevy nie był nikim przesadnie ważnym, piastował w posiadłości rolę garderobianego i zajmował się w zasadzie wyłącznie utrzymywaniem w doskonałym stanie ubrań Koszmarnika. Raven zlecał mu również przygotowywanie wybranych przez siebie strojów. Czasami, gdy nie miał do tego głowy, zrzucał ciężar odpowiedzialności za jego odpowiedni strój zupełnie na barki Jeevy'ego i jak dotąd jeszcze nigdy się nie zawiódł. Nielogicznym było pytać zwykłego garderobianego o budowę na pobliskich łąkach, ale Sailence nie znał nikogo, kto byłby aż tak dobrze poinformowanym człowiekiem. Poza tym nie chciał przerywać przygotowań do spotkania, wzywając do siebie ochmistrzynię czy majordoma. Póki wszystko działało jak należy nie potrzebował rozmowy z zarządcami.

     Dotarł do zamkniętej hali na długo przed rozpoczęciem aukcji koni. Hala nie była szczególnie okazała jak na standardy miejsc, w których bywał. Co prawda wysypany drobnym piaskiem maneż spełniał wszystkie stawiane względem niego wymagania, a pachnąca farbą trybuna musiała zostać niedawno odmalowana, ale czegoś ewidentnie brakowało. Dookoła krzątało się kilku ludzi z obsługi aukcji. Jedni zamiatali siano i drobne śmieci z podłogi po której stąpać mieli zaproszeni goście; ktoś bardzo niski (krasnolud? niziołek?) grabił piasek, żeby go wyrównać. Ravena Sailence nikt się w tym miejscu nie spodziewał, bo prawdę powiedziawszy on też nie spodziewał się, że przyjdzie akurat tego dnia. Nikt więc nie przyszedł go powitać.
     Zwijając w palcach białą przepaskę, którą przed chwilą zdjął sobie z oczu podszedł do płotu i oparł się na nim przedramionami. Z braku lepszego zajęcia rolował w palcach kawałek materiału niby chcąc go zwinąć do końca, a jednak robiąc wszystko, żeby nie skończyć. Rozwijał go co chwilę, gdy w jego ocenie nie było perfekcyjnie i zaczynał od nowa. Znudzony wzrok utkwił w postaci z grabiami na środku maneżu. Po chwili zmrużył oczy i przekrzywił lekko głowę w zamyśleniu, nadal przypatrując się grabiącemu mężczyźnie. Jego postać zafalowała lekko, jak gdyby był zaledwie fatamorganą. Otoczyła go rozedrgana mgiełka podobna z koloru do niezbyt nasyconej barwy fiołków, jednoznacznie wskazująca na to, że ów pracownik jest tylko człowiekiem.
     Karzeł, prychnął z rozczarowaniem w myślach, krzywiąc się przy tym. Ten kolor aury zawsze oznaczał człowieka. Przynajmniej tak było w oczach Ravena, który z doświadczenia wiedział, że różnie bywało z doborem kolorów do poszczególnych ras. Tam, gdzie Koszmarnik widział fiolet człowieka, ktoś inny mógł widzieć przykładowo czerwień, zieleń, brąz lub dowolny inny kolor kojarzący się mu z daną rasą. Nie było to jednolite i umowne dla każdego.
     - Przepraszam, coś się panu stało? - usłyszał miękki i uprzejmy głos z pewnością należący do kobiety.
     - Wszystko jest w jak najlepszym porządku. - odpowiedział sztywno, prostując się i omiótł niezainteresowanym wzrokiem szaro-biały uniform stojącej obok niego kobiety. Bez wątpienia była z obsługi aukcji, ale nie oznaczało to, że nie należy jej się absolutne minimum dworskiej uprzejmości. Jeśli Raven nauczył się czegokolwiek o śmiertelnikach niepodzielnie służących mu w domu wiedział, że zadowolona służba pracuje chętniej i lepiej, jest też bardziej skłonna do wykazywania się drobną inicjatywą w zamian za dobre traktowanie.
     - Jeśli można... Kim pan jest? - kobieta zmarszczyła brwi zapewne zaniepokojona obecnością obcego. Było o wiele zbyt wcześnie na pierwszych gości, o czym wiedzieli oboje.
      - Nazywam się Raven Sailence - oświadczył. Na jego usta wypłynął bardzo oszczędny uśmiech wyższości, gdy puls kobiety przyspieszył, a na jej twarz wypłynął delikatny rumieniec. Znała to nazwisko. - Obawiam się, że nikt nie poinformował o moim przybyciu, mylę się?
     - To niedopatrzenie. Raczy pan wybaczyć, panie Sailence. Zaraz wszystko naprawimy. - kobieta dygnęła przed nim i błyskawicznie odwróciła się na pięcie, by odejść.
     Powstrzymał ją przed tym lekkim i nic nieznaczącym złapaniem za łokieć. Kobieta znowu odwróciła się, żeby na niego spojrzeć. Miała twarz bardziej czerwoną niż jeszcze przed chwilą. Przez chwilę patrzyła mu w oczy, niezbyt świadoma tego, że nie wypada jej tego robić. Gdy tylko się otrząsnęła natychmiast spuściła wzrok na ziemię i poprawiła spódnicę. Dopiero wtedy wypuścił z palców jej rękę.
     - Jak masz na imię? - spytał, litościwie ignorując minione niedopatrzenie.
     - Indira, panie Sailence. - odpowiedziała.
     - Może być. - skwitował - Nie potrzebuję miejsca na trybunie. Nie musisz się tym martwić, Indiro.
    - Ale to niestosowne, proszę pana...
    - Wiem, co jest stosowne, a co nie. - upomniał ją - I mam przywilej ignorowania tego, więc bądź łaskawa w tej rozmowie zwracać się do mnie po imieniu, jasne?
     - Tak, panie Raven.
    Koszmarnik skrzywił się na myśl, że być może wygląda starzej niż myślał. W każdym razie czuł się staro właśnie przez stałe nazywanie go ,,panem". Miał jednak wyjątkowo dobry humor i nie zamierzał go sobie psuć.
     - Opowiedz mi trochę o koniach. Czy są w ofercie jakiekolwiek, które byś kupiła?
    - Nie za bardzo się na tym znam, panie Raven... - przyznała Indira po krótkiej chwili namysłu. - Słyszałam jednak trochę o tym, że ma być kilka naprawdę wartych zainteresowania ofert.
    - Doprawdy? - zainteresował się demon. - Zdradzisz mi szczegóły?
     Dalej rozmowa potoczyła się już sama.

     Niedługo później trybuna zapełniła się bogatymi i mniej bogatymi ludźmi reprezentujących różne społeczne klasy i stan posiadania. Raven także znalazł swoje miejsce w jej pierwszym rzędzie. Stało się tak za sprawą przemiłej panienki imieniem Indira, która uparła się, że znajdzie mu najlepsze miejsce, a on nie śmiał jej przerywać. Po prawej Sailence'a siedziała wysoko usytuowana urzędniczka. Kobieta nosiła się dumnie jakby jej imię widniało w kolejce do tronu. Była wysoka i smukła, z niemalże białymi włosami i roziskrzonymi wewnętrznym światłem błękitnymi tęczówkami. Włosy splecione miała w wysoko upięty, wymyślny wianek, choć według Ravena fryzura ta nie pasowała do jej pociągłej twarzy. Nie prezentowała jej w najkorzystniejszym wydaniu. Suknia urzędniczki zgodnie z modą dworską sięgała samej ziemi i miała głęboki, ciemnofioletowy odcień, dzięki któremu jej blada cera zdawała się być wręcz niezdrowo jasna i papierowa. Rękaw sukni sięgał do łokcia, dzięki czemu chude przedramiona i długie palce złożone skromnie na kolanach sprawiały wrażenie rażąco białych, karykaturalnych szponów. Najnowsza moda nie służyła każdemu i naprawdę niewiele kobiet wyglądało w niej naturalnie dobrze. Szkoda, że żadna z pechowych dam, którym fiolety nie pasowały zdawała się nie mieć o tym pojęcia.
     Raven westchnął cicho i poprawił się na siedzeniu, czym zwrócił na siebie uwagę tak dokładnie oglądanej kobiety. Uśmiechnął się uprzejmie i skinął jej głową w pozdrowieniu, a ona odwdzięczyła się podobnym kiwnięciem, choć wyraz jej twarzy wyraźnie dawał do zrozumienia, że nie pochwala ona przyglądania jej się aż tak jawnie.
     Po lewej natomiast miejsce zajmował bardzo bogaty, sądząc ze stanu ubioru, kupiec. Musiało naprawdę mu się powodzić w życiu, bo pękaty brzuch wystawał o wiele dalej niż powinien, wystawiając na ciężką próbę kilka guzików. Koszmarnik odniósł nieprzyjemne wrażenie, że jeśli guziki jednak ustąpią życie jego i paru innych osób będzie w niebezpieczeństwie. Prawdę powiedziawszy nie tylko guziki, ale i siedzenie było zagrożone, bo kupiec zajmował sobą zarówno przeznaczone sobie miejsce, jak i połowę sąsiednich miejsc, zmuszając Ravena, by przesunął się nieco w stronę urzędniczki w fiolecie. Nie ochroniło go to od poszturchiwań i niezgrabnych przeprosin, które i tak były zbędne, bo powtarzane pusto jak mantra wcale nie zapowiadały, by sytuacja miała się poprawić. Ponadto kupiec paradoksalnie miał długie włosy i był łysy. Łysy czubek głowy niezbyt dobrze przykrywały rzadkie włosy zebrane w kitkę z tyłu głowy. Gruby roztaczał dookoła siebie mdlący zapach piwa i wysmażonego tłuszczu. Co mieszając się z perfumami kobiety po drugiej stronie stanowiło paskudnie ciężką mieszankę niemal zupełnie maskującą wszystko inne.
     Jeśli wytrzymam do połowy, wydarzy się prawdziwy cud.
    Skupił wzrok na środku areny, odcinając się jak najsprawniej od niezbyt udanego towarzystwa. Przyszedł po doskonałego konia, więc mógł chociaż spróbować znieść tłok na trybunie. Zwłaszcza, że nie była to szczególnie szemrana aukcja i jak na razie wszystko wydawało się być w porządku. Aukcjoner dopiero odczytywał zasady, padło kilka imion największych perełek wśród wystawianych koni, ale poza tym nie wydarzyło się jeszcze zbyt wiele. Raven nie potrafił się już doczekać aż zobaczy pierwsze konie.
     Brakowało mu tych zwierząt. Tęsknił za nimi, chociaż nie zdawał sobie z tego sprawy, wierząc, że jest ponad tym. Mimo wszystko to były konie. Konie, które w przeciwieństwie do ludzi nie chowały się za fałszywością i zawsze zachowywały się adekwatnie do swojego humoru. Które odpowiednio wyszkolone potrafiły być wartościowymi towarzyszami. Dawno temu jego Arkan był takim wiernym towarzyszem. Raven miał go od małego źrebięcia, które odrzuciła matka. Konik zdawał się być najodważniejszym ze wszystkich źrebaków, ale okropnie bał się burz. Dlatego, ilekroć niebo zasnuwały ciemne chmury, a powietrze przeszywał grom, Raven brał koce i szedł do stajni. Tam robił sobie posłanie w boksie konika i czekał, aż źrebak zrozumie, że może podejść. Brał go do siebie, kładli się razem na sianie nakryci kocem dla ochrony przed złym światem (powszechnie wiadomo przecież, że koce to najlepsza z domowych barykad chroniąca wszystko co dobre i właściwe) i zasypiali razem. Raven nie pamiętał ile nocy spędził w końskim boksie z łbem wtulonym w jego brzuch, bo mimo że konik rósł przyzwyczajenie do spędzania razem burzowych nocy zostało. Były to jedne z jego najlepszych wspomnień, bo po Arkanie nie znalazł konia, któremu ufałby tak bardzo i z wzajemnością. Koszmarnik potrafił być dobry. Niestety tylko i wyłącznie dla koni.
     Na maneż wprowadzono pierwszą klacz. Była siwa, ze zręcznie zaplecioną grzywą i ogonem zaledwie o ton ciemniejszym niż barwa sierści, a przez to zdawało się, że wręcz w kolorze srebra. Miała naprawdę ładnie zarysowaną szyję - a wprawne oko Sailence'a natychmiast kazało mu odnotować w myślach - i krótki, zdawało się, że wygodny grzbiet. Niestety brakowało jej tu i ówdzie, więc w oczach Ravena, klacz była mu zupełnie nieprzydatna. Szukał czegoś lepszego; czegoś doskonałego, a nie tylko ładnego. Klacz imieniem Shambari nie miała mu niczego do zaoferowania. I zbyt przypominała mu w chodzie i maści Arkana.
     Klacz, bez wątpienia dobrze ułożona, pozwoliła przeprowadzić się dookoła maneżu najpierw w stępie, następnie w kłusie, a potem zaczęła się licytacja. Raven nie brał w niej udziału, zdecydowanie cierpliwie zaczekać na to, co przyniesie mu przyszłość. Dlatego odchylił się do tyłu w geście ostatecznej rezygnacji. Następne konie także nie spełniły jego oczekiwań, a on wzorem rasowego arystokraty wybrzydzał na wszystko, co nie zadowalało go dostatecznie. Czasem zwykły kuc podobny bardziej do beczki na czterech belkach, czasem koń, którego widział miał zbyt wybijający kłus (wtedy od razu czuł jak bardzo bolałaby kilkugodzinna przejażdżka, nawet bez sprawdzania tego faktu), czasami źle rozłupany zad, a czasem linia głowy była zbyt mało szlachetna, a krok nie dość sprężysty. Sailence miał wysokie wymagania. Tak wysokie jak wysokie mogą być tylko u znawcy w danej dziedzinie.
     W końcu, jako ostatni na maneżu pojawił się szczególny ogier. Prowadziło go czterech ludzi i zdawało się, że to nadal za mało, by utrzymać narowistego konia.
     - Panie i panowie! - rozległ się głos aukcjonera, który przezornie wycofał się z maneżu w bardziej bezpieczne części hali. Jego krzyk sprawił, że koń zarżał i stanął dęba, kopiąc przednimi kopytami w powietrze. Raven pochylił się i oparł łokcie na kolanach, nagle zaintrygowany ogierem. - Jako ostatni na dzisiejszej liście jest ten oto dzikus! Jego pierwszy i jedyny właściciel dał sobie radę tylko z nadaniem mu imienia Alacazm. Ogier jak widzicie ma ognisty temperament i jest silny jak sam diabeł. Spójrzcie tylko na tę głowę! Gdzie indziej szukać tak wyrazistej szczęki i doskonale prostego profilu? Zwróćcie szczególną uwagę na tę krótką i muskularną szyję oraz nie zapomnijcie o zwartej i mocnej sylwetce. A te pęciny? Czy państwo kiedykolwiek widzieli u konia równie mocne i odporne?
     Raven widział to wszystko. Widział nawet więcej niż to, na co zwrócił uwagę aukcjoner. Demon widział też mocno zarysowany kłąb i skośne łopatki i coś podpowiadało mu, że koń jest nie tylko silny, ale i szybki. Widział krótki i bardzo wygodny grzbiet ani nie szeroki, ani wąski. Widział gładką, skarogniadą sierść ogiera tak ciemną, że gdyby nie brązowy rozbłysk mogłaby uchodzić za karą. Widział też jasne znaczenia na tylnych nogach ogiera, nazywane wśród hodowców ,,skarpetkami" i białą plamkę sierści przebijającą spod splątanej grzywki nazywaną ,,gwiazdką". Pierwsze rzuciło mu się jednak w oczy inteligentne spojrzenie walczącego z ludźmi ogiera.
     - Czy są jakieś pytania? - usłyszał i wiedziony czystym impulsem poderwał się na nogi, strasząc siedzącego tuż obok otyłego kupca.
     - Koń chodził pod siodłem? - spytał na tyle głośno, by aukcjoner go usłyszał.
     - Miał siodło. - szpakowaty mężczyzna potwierdził - Ale nigdy nie brał jeźdźca.
     - Ile ma lat?
     - Jest pan zainteresowany kupnem? Dobrze, baliśmy się, że nam zostanie. Na jakie nazwisko przepisać Alacazma? - aukcjoner uśmiechnął się. Raven zmrużył nieufnie oczy i spojrzał na wierzgającego i rżącego ogiera, który bardzo nie chciał być w tym miejscu. Jego wzrok padł na ciemną pręgę zakrzepłej krwi na boku konia. Zbyt ciemną, by ludzie oko mogło zobaczyć ją z takiej odległości.
     - Ile ten koń ma lat? - spytał jeszcze raz, mocno akcentując to pytanie.
     - A po co panu taka informacja? - zdziwił się aukcjoner. - Bierze pan czy nie?
     - Bądźmy profesjonalistami. - odparł Raven - Jeśli ukrywa pan wiek tego konia jak mogę być pewien czy pozostałe informacje nie są zmyślone? Albo czy inne konie zostały uczciwie sprzedane?
     Kilkoro szczęśliwych nabywców zesztywniało nagle, gdy uświadomili sobie, że taka możliwość faktycznie istnieje. Paru wstało z miejsca, również domagając się wyjaśnienia tej kwestii. Uśmiech aukcjonera zrzedł.
     - Na pewno się nie dogadamy? Co pan może wiedzieć o koniach, że ośmielę się pytać? Pierwszy raz pana tu widzę i nie wyglądasz mi pan na wielkiego hodowcę albo znawcę.
     Raven przeciągnął się i strzelił kostkami, a potem jak gdyby nigdy nic przeskoczył barierkę trybun i swobodnym krokiem ruszył przez maneż w stronę aukcjonera. Alacazm w tym czasie ostatecznie wyrwał się ludziom i pogalopował na oślep wprost na idącego ze wzrokiem utkwionym w aukcjonera Sailence'a. Kilka kobiet krzyknęło do wtóru kilku nabieranych z sykiem wdechów, ale Raven nawet nie zwrócił na to uwagi. Koń i tak nie mógł go stratować, a na ewentualny unik był gotowy. Jego celem był człowiek, który katował biednego ogiera, żeby zmusić go do posłuszeństwa mimo braku wyszkolenia. Raven nie potrzebował oczywistych dla ludzi dowodów - koń pachniał krwią, aukcjoner poza ludzkim zapachem miał na sobie tę samą woń końskiej krwi. Ten człowiek, który potraktował go jak panicza udającego dla zabawy kogoś, kim nie jest. Ten, który miał być już niedługo skrwawionym workiem rozszarpanych wnętrzności.
     Wpadł mu do głowy pewien pomysł. Skoro miał widownię mógł wykorzystać okazję i sprawić, by mówiono o nim jeszcze częściej i więcej. Dlatego, gdy Alacazm przebiegał tuż obok niego, mijając go ledwie o włos, Raven chwycił swobodnie wiszącą linę i ściągnął ją do siebie, usadzając ogiera w miejscu. Koń stracił równowagę i przewrócił się na bok, wzbijając chmurkę piasku. Poderwał się na nogi i wierzgnął. Raven był jednak cierpliwy i skrócił sobie linę, uniemożliwiając ogierowi wspięcie się na tylne nogi. Odczekał jeszcze chwilę aż ogier przestał z nim walczyć i delikatnie pogładził bok jego pyska. Alacazm szarpnął głową w proteście i łypnął na niego jednym, upartym okiem, niespokojnie drobiąc kopytami.
     Raven uśmiechnął się do siebie i wypuścił linę, żeby zwisała swobodnie między nim i koniem. Poluzował mu też uwiązanie, bo w jego ocenie było stanowczo zbyt ściśnięte. Przeszedł kilka kroków i zatrzymał się, delikatnie ciągnąc koniec liny. Alacazm opuścił łeb i postąpił o krok bliżej demona.
     - Ile ma lat? - spytał Raven po raz kolejny, czekając aż koń przysunie się jeszcze bardziej. Nie bał się odwrócić do niego tyłem.
     - Żeś się pan uparł! - aukcjoner wyrzucił w powietrze kilka kartek - To trzylatek!
    - I co? Tak strasznie było? - zadrwił - Przemilczmy oczywistą kwestię, że koń ten nigdy nie mógł mieć jeźdźca.
    - Sądzisz tak, bo...?
    - Wyrażaj się, wywłoko. - warknął Koszmanik - Nie jesteś ze mną na ,,ty".
    - A ty moż...
    Demon spojrzał na człowieka tak, jak tylko drapieżnik potrafi patrzeć na ofiarę. Ustawiony był plecami do reszty i miał przed sobą tylko aukcjonera. Dlatego rozciągnął usta w imitacji szerokiego uśmiechu, będącego w istocie ostrzeżeniem, którego efekt spotęgowały wystające czubki kłów. Aukcjoner zbladł, ale zanim zdążył zawołać kogokolwiek na pomoc, Raven przyłożył palec do ust, nakazując mu milczenie. Niewerbalne polecenie zmusiło mężczyznę by poddał się woli igrającego z nim maga. Raven zjechał też palcem nieco niżej i przeciągnął nim po swoim gardle w najstarszym znanym ludzkości geście zwiastującym śmierć. Aukcjoner powiódł dookoła przerażonym spojrzeniem, nie mogąc wykrztusić żadnego słowa.
     Sailence skłonił głowę przed aukcjonerem, jakby dobili targu.
     - Zabieram Alacazma - oświadczył spokojnie, ale tak, by był doskonale słyszalny - Rachunek przyślecie mi na nazwisko Sailence.
     Po tych słowach opuścił maneż, ciągnąc za sobą ogiera. Musiał odstawić go w jakieś bezpieczne miejsce - przykładowo do jednej z miejskich stajni - i wrócić po aukcjonera. W końcu obiecał mu śmierć, a demon nie rzuca słów na wiatr.

(Revan? Jeśli chcesz pobrudzić sobie rękaw właśnie stwarzam ci okazję > <)

piątek, 29 grudnia 2017

Raven Sailence

A najśmieszniejsze jest to, że najbardziej pogrąża nadzieja.

  Opis
 
Dobrze... Miejmy to już za sobą. Od czego mam zacząć?
Może od początku? Przedstaw się i powiedz kim jesteś.
Tylko po co? Wszyscy aż zbyt dobrze wiedzą kim jestem.
Takie są zasady i to nie mnie przypadło ich ustalanie. Możemy już przejść do rzeczy?
Jeśli to oznacza, że szybciej dasz mi spokój... Nazywam się Raven, Raven Sailence, gdybym chciał być dokładnym. Nie przyszedłem na świat z tym imieniem, co nie oznacza, że jest fałszywe. Bardziej prawdziwego podać nie jestem w stanie, zważywszy na to, że w chwili, gdy upadałem straciłem prawo do przedstawiania się mianem Astearotha czy nieco później także i Azerotha. Po tym wydarzeniu znano mnie pod wieloma innymi imionami, ale żadnego z nich nie nosiłem na długo. Czasami była to kwestia zaledwie kilku lat, czasem dekad, rzadziej stuleci - pamiętam dość dokładnie imię Athora, ale niewiele poza tym. Znacznie dłużej przetrwały rozmaite pseudonimy i tytuły. Historia - niekoniecznie fortheimska, bo to miasto nie żyje na tyle długo, by móc szczycić się osobnym rozdziałem w moim życiu - zna mnie przede wszystkim jako Księcia Ciemności... Śmiejesz się? Uważasz, że to przerost pychy i dumy?
Raczej, że to pomnik monstrualnego ego i źle o tobie świadczy, ale kontynuuj. Mnie tutaj nie ma - to twoja chwila, o wielki Książę Ciemności.
Naprawdę nie rozumiem dlaczego tak wielu ludzi to bawi, choć oni sami w większości nie dorobią się żadnego rozpoznawalnego tytułu. A wracając do tematu: poza tym jakże szlachetnym mianem poznano mnie także pod wieloma mniej wdzięcznymi pseudonimami. Nie wszystkie bywały przyjemne. Mam tu na myśli głównie nazywanie mnie pogardliwie Upadłym, Dziwadłem lub - co chyba jeszcze gorsze - Wygnańcem. Mam osobisty uraz do tych kilku określeń. Znacznie milej mi słuchać, gdy ktoś zwie mnie Koszmarnikiem, choć po prawdzie nie zamierzam nawet zastanawiać się cóż oznaczać może ten neologizm. Imię Ravena, początkowo będące zaledwie niezbyt eleganckim przydomkiem ukrywającym prawdziwą istotę mojej natury, stało się tym najważniejszym, którym bez wahania dane mi się przedstawiać imieniem lubianym bardziej niż każde inne. Co do nazwiska... Początkowo nie przysługiwało mi żadne i raczej trudno się temu dziwić, patrząc na to, że prędzej ludzie posiądą na własność sekret nieśmiertelności niż trafi się anioł obdarzony tak trywialną i ludzką ułomnością. Swoją drogą trudno byłoby wymyślić jakiekolwiek, które byłoby godne reprezentowania istoty rozumianej w pojęciach blisko graniczących z boskimi. Nie potrafię powiedzieć w którym momencie przywarła do mnie przynależność do dawno zapomnianego rodu Sailence'ów. Mogę być natomiast pewien tego, że jestem jedynym i ostatnim, który ma prawo przedstawiania się jako Sailence, a wraz z tym podać jednoznaczny dowód mojej racji - pierścień, będący charakterystyczną cechą przynależności do rodu...
 Myślę, że tyle wystarczy w kwestii imienia, wiesz? Są jeszcze inne, ciekawsze kwestie do poruszenia. Jak choćby to z jaką rasą się identyfikujesz...
Nigdy więcej mi nie przerywaj, ty żałosna, śmiertelna kreaturo.
Muszę, jeśli chcemy skończyć jeszcze w tym roku.
Wytęż ten ograniczony móżdżek i zapamiętaj sobie w końcu raz na zawsze, że nie będziesz decydować co mam robić czy mówić.
Cokolwiek powiesz... Więc jak to jest z twoją przynależnością do konkretnego gatunku?
Zwykle uchodzę za kolejnego z wielu ludzi. Potrafię dobrze ukrywać to kim jestem, więc zaledwie garstka co większych pechowców widzi we mnie wampira, a nawet oni są niemożliwie daleko od prawdy. W zasadzie od zawsze byłem wyłącznie tym, którego przynajmniej połowa śmiertelnych nazywa aniołem. Nie sądzę, by to kiedykolwiek się zmieniło. Nawyki można zmienić, podobnież sprawa ma się z charakterem, ale ta jedna, upierdliwa kwestia własnej natury jak na złość nie zamierza się poddawać w obliczu nawet najbardziej drastycznych zmian. Co również nie oznacza, że nie można nad nią zapanować, czego jestem nieskromnym przykładem. Nie oczekuj ode mnie tego, czego nauczono cię o aniołach - istotach wręcz pławiących się w miłosierdziu, współczuciu, dobroci czy litości. Nie jestem czymś, co znasz z opowieści. Jestem przeklętą hybrydą dwóch sprzeczności; niewdzięcznym demonem; upadłym po dwakroć aniołem, dla którego nie ma miejsca ani w niebie, ani w piekle. Na to nie mogła cię przygotować żadna z twoich historii.
Dlaczego tak myślisz?
Bo takie rzeczy zwyczajnie się nie zdarzają. Nie wierzę, by ktokolwiek miał takie szczęście jak ja. Zwykle upadającego anioła zostawia się w spokoju, żeby mógł odpokutować swoje winy i za karę przeżyć resztę nieskończonego życia z dala od ukochanego domu, racja? To oczywiste, bo sam liczyłem na podobny los. Tego, że zostanę przeklęty i wyrzucony po raz drugi nie śmiałem nawet podejrzewać. Mimo wszystko tak się stało i najwyraźniej wyszło mi to na dobre. Patetyczna wojna niebios w najstarszym na świecie i zupełnie bezsensownym konflikcie dobra ze złem na szczęście nie jest już moją sprawą. Tylko skończony głupiec wierzyłby w absolutną nieskazitelność aniołów i ostateczne zepsucie demonów. Nic w tym świecie nie jest wyłącznie białe lub czarne, a wyjątki od reguły nie zwykły się zdarzać. Czasami trzeba po prostu pogodzić się z podobnym stanem rzeczy, nie pytać o nic i robić swoje. Dokładnie tak jak to robię od stuleci.
Nie mam powodów, by wierzyć, że ani trochę cię to nie rusza.
Nie chcesz, żebym cię przekonał, wierz mi.
I nie zamierzam drążyć. Mamy do omówienia jeszcze inne sprawy.
Ech... Co tam jeszcze masz...?
Najbardziej pilne? Twój charakter lub twoja niebywale charakterystyczna aparycja. W dowolnej kolejności. 
Nie masz zamiaru niczego mi ułatwiać. Przypomnij dlaczego właściwie jeszcze cię nie zabiłem, co?
Nadal żyję, bo jeszcze mnie potrzebujesz. Mógłbyś nie odbiegać od tematu?
A ty zadawać mniej ogólne pytania?
Raven... Naprawdę nie mamy na to czasu. Po prostu opisz jakoś to, co widzisz codziennie w lustrze i miejmy tę kwestię z głowy, dobrze? 
Co widzę codziennie w lustrze? Nawet nie muszę na nie patrzeć, by wiedzieć co pokaże. Nie jestem w stanie powiedzieć od jak wielu lat oglądam bez przerwy to samo ciało. Po prostu się nie zmieniam. Będę żył wiecznie w swojej obecnej formie i aż do skończenia świata, chyba, że wcześniej ktoś zadecyduje inaczej. Dlatego świat skazany jest na oglądanie mnie takiego jakim jestem... czyli w zasadzie nie ma czego żałować. W końcu w lustrze zwykłem widywać młodego i zdrowego człowieka - w kwestii doprecyzowania: dojrzałego mężczyznę, a nie dziecko - o nieskazitelnej, białej jak świeży śnieg barwie cery. Żadna, nawet najmniejsza blizna nie ma racji bytu na kimś obdarzonym regeneracją pozwalającą wyleczyć nawet odrąbaną od reszty ciała głowę. Przynajmniej pod tym względem natura poskąpiła mi większych wad. Zdaje się, że moja nienaturalna wręcz bladość została zaplanowana, by wspaniale współgrać z doskonale pozbawionymi nawet śladowych ilości pigmentu włosami. Jedno i drugie pozostaje tak samo białe niezależnie od pory roku i wszelkich innych warunków. Albinosi zwyczajnie nie mają w zwyczaju się opalać, bo nawet krótkotrwały kontakt ze słońcem zamiast upragnionej opalenizny przynosi jedynie oparzenia słoneczne. Kwestia mojej demoniczności zdaje się wyłącznie kilkukrotnie potęgować tę właściwość. Może tak jest lepiej, patrząc na to jak dobrze wygląda biel w zestawieniu z czerwienią rubinu lub wina, a właśnie do tych dwóch odcieni utarło się porównywać moje tęczówki. Nie jest to efekt żadnego zaklęcia czy nałożona iluzja, bo choć mógłbym dowolnie zmienić swoją aparycję, nie odczuwam takiej potrzeby. Zwyczajnie podoba mi się to z czym trafiłem na ziemię. Ponadto w niektórych kręgach zwykłem uchodzić za urodziwego młodzieńca ze swoimi ostrymi rysami twarzy, dość klasyczną urodą i proporcjonalną budową ciała. Co prawda nie do mnie należy chwalenie się imponującą masą mięśniową czy wzrostem niedźwiedzia, choć nie poczytuję tego jako niedogodności. Zwykle taka postura, odbierająca co prawda właściwej grozy, którą powinienem budzić, nie przeszkadza w życiu codziennym. A nawet więcej - nie stawia mnie w absolutnym centrum uwagi, jeśli tego nie chcę. Trudno pozbyć się kilku mniej lub bardziej natarczywych spojrzeń, gdy przypomina się marmurowy pomnik. Fortheim na szczęście jest inny - ludzie są bardziej obojętni, gdyż na co dzień przebywają w towarzystwie wszelkiej maści dziwadeł. Mimo wszystko najbardziej charakterystyczny aspekt mojej zwyczajowej aparycji pozostaje ukryty pod potężną iluzją maskującą. Dalece niekomfortowym jest przechadzać się zatłoczonymi ulicami, mając za sobą dwa niebagatelnych rozmiarów skrzydła, których nie sposób przeoczyć czy pomylić. Powód tego jest prosty: prawe ze skrzydeł nadal pochodzi od anioła i w budowie przypomina śnieżnobiałe skrzydło orła. Lewe skrzydło, będące do pary straciłem, gdy upadałem, a to, które odrosło, stanowi już część demona i zamiast przywodzić na myśl opierzone ptasie skrzydło, wydaje się pochodzić od wyjątkowo ogromnego nietoperza, bądź smoka. Co do kwestii stylu ubioru, bo przecież to równie ważne w przypadku elity miasta... Cóż, szczerze pogardzam każdymi ustępstwami od stosowności. Należę do warstwy najbogatszych Fortheimczyków, więc wyglądam i ubieram się jak jeden z nich. Głównie bogato i skrajnie elegancko, choć bardzo często wbrew karykaturalnej modzie. Mam swój całkiem zdrowy gust.
 Mówienie o sobie zawsze było twoją mocną stroną, hm?
Zabawne, że słyszę to akurat od ciebie. Chcesz, żebym opisał podobnie szczegółowo co dzieje się, gdy przyjdzie mi walczyć lub polować?
O tym też mieliśmy porozmawiać, więc proszę bardzo. Nareszcie zaczynasz rozumieć o co w tym chodzi.
Rozpraszasz mnie... Wydaje mi się, że zdjęcie, które ma mnie przedstawiać jest najdokładniejszym opisem dziwnego stanu, w który zdarza mi się wpadać. Zwykłem nazywać to Seveil, co w dawno zapominanym przez Sanrewię języku oznaczać miało ni mniej, ni więcej jak ,,szał". Zdaje się, że to póki co najlepiej opisujący tak specyficzną metamorfozę zwrot. Jak tu inaczej nazwać odbierający zdrowy rozsądek stan, który zmusza cię do słuchania najbardziej zwierzęcych i pierwotnych instynktów, nagradzając ów posłuszeństwo stanem naprawdę blisko graniczącym z euforią i obłędem? Zwłaszcza, gdy dodatkowo pełnisz rolę drapieżnika ciśniętego między nieogarnięte wzrokiem skupisko łownej zwierzyny, a twoja świadomość dyktuje ci nieuzasadnioną nienawiść do wszystkiego co żywe i zdolne do ruchu? Szał wydaje się być jedynym adekwatnym określeniem. Bardzo łatwo go rozpoznać, choć nie przypominam sobie, by dało się go uniknąć. Pierwszą i najbardziej oczywistą wskazówką jest wcześniej wspomniana przeze mnie fizyczna metamorfoza. O ile na ogół nie różnię się szczególnie od przeciętnych ludzi o tyle w stanie szału znacznie bliżej mi do nieudolnie maskującego się wampira. Oczywiście długie, podobne pazurom bestii i podobnież wytrzymałe szpony, o trwałości pozwalającej wręcz krzesać iskry na bruku, nie są jedyną groźną bronią, którą dane mi na wpół świadomie dysponować. Mam też - i brzmi mi to jak niesamowicie śmieciowa literatura bogata w tani romans błyszczącej brokatem kreatury i ludzkiej śmiertelniczki, która dodatkowo pisana była ku uciesze niezbyt rozgarniętej młodzieży - pełen komplet kłów. Zarówno dolnych jak i górnych, choć różnią się one między sobą. Dolne są krótsze i masywniejsze, gdyż służą głównie do przytrzymania ofiary w jednym miejscu. Górne natomiast w swojej długości są w stanie oprzeć się na mojej dolnej wardze, a nawet ją rozerwać. Warto odnotować, że aby takie wysunięcie się kłów na pełną długość było możliwe, muszą one najpierw rozerwać dziąsła, co niestety powoduje dotkliwy, choć krótki ból. Mniej widocznymi aspektami też przemiany może być przykładowo zwiększenie się gęstości kości, by przygotować je na znoszenie znacznie większych obciążeń niż zwykle. Zmysły, zwykle i tak niebywale dostrojone i pozwalające nawet usłyszeć bicie serca myszy będącej w sąsiednim pomieszczeniu, także wyostrzają się jeszcze bardziej, by móc podołać wyzwaniu jaki stanowią łowy czy otwarta walka. Tak doskonały odbiór otoczenia, wraz z błyskawicznym refleksem oraz zdolnością poruszania się z prędkością trudną do zarejestrowania dla ludzkiego oka jest typowy dla istot drapieżnych, polujących na ludzi. Większość podobnych mi stworzeń, atakujących w bezpośredni i określony sposób, dysponuje zbliżonym arsenałem możliwości, gdyż właśnie takie są niezmienne prawa rządzące światem. Czy to wystarczy?
W zupełności. Zaimponowałeś mi. Jednak jesteś w stanie skończyć mówić bez pomocy.
Nawet nie podejrzewasz jakie to głupie i niebezpieczne tak otwarcie drażnić się z demonem. Twoim obowiązkiem nie jest czasem powiedzieć mi o czym mam opowiedzieć teraz?
Przecież jesteś telepatą i zapewne doskonale wiesz jaki temat teraz ci podam... Opowiedz o swoich zdolnościach, jeśli masz ochotę. Myślę, że skoro już o tym wspomniałeś możemy wyczerpać temat.
O których zdolnościach dokładnie mówimy?
Najpierw tych naturalnych, a później nabytych. Uprzedzając twoje narzekanie - wiem ile tego jest i liczę, że wybierzesz tylko te najważniejsze.
    W porządku. Kwestie naturalne zostały już właściwie opisane przy okazji szału, więc niewiele będę mieć do dodania. W zasadzie jestem po prostu fizycznie stworzony do tego, by żaden człowiek nie mógł mi dorównać. Nie tyczy się to wyłącznie najbardziej podstawowych zmiennych jak ogólnej prędkości ruchu, siły czy wytrzymałości. Uwarunkowanie to sięga głębiej i obejmuje w zasadzie każdą pojedynczą komórkę, z której jestem stworzony. Chociażby szybkość z jaką mój organizm się regeneruje. Większość zadrapań to kwestia sekund, a poważniejsze rany to minuty. Ponadto zarówno tak wykształcony zmysł równowagi, jak i metabolizm, a nawet kontrola nad pulsem nie leżą w puli zdolności przeciętego człowieka. Przykłady można by mnożyć dalej. Nie muszę jednak wspominać o wszystkim i skupię się głównie na tym co mam naprawdę wyjątkowego i charakterystycznego. Pierwsza przychodzi mi na myśl kwestia lotu. Z tytułu posiadania dwóch skrzydeł w rozmiarach, które powinny umożliwiać mi swobodne uniesienie się nad ziemię wielu ludzi uznaje moją zdolność lotu za pewną. Prawda jest zgoła inna. Nie jestem w stanie podjąć zupełnie swobodnego lotu i być zupełnie niewrażliwym na czynniki zewnętrze. Skrzydła, nawet i tych rozmiarów, owszem mogą mnie wynieść na dach budynku czy bezpiecznie sprowadzić na ziemię, jestem też w stanie podlecieć do określonego punktu. Nigdy nie będę mógł jednak zatrzymać się zupełnie w jednym miejscu, gdyż najprawdopodobniej spadnę na ziemię, nagle tracąc wszelkie unoszące mnie masy powietrza. Sama kwestia jakiegokolwiek lotu także pozostaje kwestią sporną, bo chociaż zdarza mi się czasami szybować zwykle staram się tego unikać. Powód jest dziecinnie prosty: dwa różne skrzydła zupełnie inaczej zachowują się w trakcie ich używania, więc nie mam pełnej kontroli nad tym co się ze mną stanie. Co więcej lot na takich skrzydłach jest zwyczajnie trudny, stąd moja niechęć. Inną, znacznie częściej wykorzystywaną przeze mnie zdolnością jest umiejętność zmiany postaci. Nie tylko w zakresie upodabniania się do innych ludzi i istot, bo to stanowi dziecinną zabawę dla kogoś o moich zdolnościach. Potrafię przybrać też postać białego kota, podobnież białego kruka - co swoją drogą przeważnie budzi nadmierne zainteresowanie - lub zwyczajnej, choć wyraźnie zbyt gęstej mgły. Co do innych form... Zwyczajnie nie próbowałem, ale gdyby dać mi odpowiednio dużo czasu bez wątpienia ostatecznie mógłbym stać się wszystkim. Jak już zostało wcześniej powiedziane potrafię także wniknąć do cudzego umysłu oraz odczytać myśli czy intencje, a nawet wspomnienia i nie jest to szczególnym problemem, zwłaszcza, gdy trafiam na kogoś, kto nie potrafi się przed tym obronić. Żadne myśli nie są przy mnie bezpieczne, jeśli chcę je słyszeć. Zwykle jednak odcinam się od wszystkich tak, by nie przysłuchiwać się setkom bezsensownych i chaotycznych głosów, bo jest to zwyczajnie dezorientujące. Gdybym się wysilił mógłbym nawet zmieniać lub kasować wspomnienia, bądź zaszczepić w umyśle konkretną myśl. Byłbym nawet w stanie żerować na cudzych emocjach i czerpać z nich siłę, ale zwykle unikam tak skomplikowanych i drastycznych operacji, za powód podając, że jest to męczące nawet dla tak doświadczonego telepaty jakim się stałem, gdy zapragnąłem nauczyć się tej dziedziny magii czy - według opinii innej teorii - parapsychologii. O wiele prościej jest po prostu przemawiać swoim głosem w czyimś umyśle, zamiast pozorować absolutny brak cudzego wpływu. Jestem też w stanie wyczuć i zobaczyć aurę osób w moim otoczeniu. Przyznaję, że nie jest to moja najmocniejsza ze stron, bo znacznie lepiej odnajduję się w pozornie najbardziej parszywym odłamie szeroko zakrojonych czarów, uznawanym za magię czarną. O tym jak ironicznie musi wyglądać fakt, że demon przywołuje na swoje usługi mniejsze i słabsze demony, wypowiadać się nie zamierzam. Przynależę do przywoływanej przeze mnie grupy istot w równym stopniu co człowiek do małpy człekokształtnej. Faktem pozostaje jednak, że gdyby wierzyć w zapewnienia mistrzów, u których pobierałem nauki, a nie mam powodów, by nie dawać im wiary, uchodzić mogę za potężnego i niebezpiecznego, choć nie do końca przewidywalnego maga. Dziwny defekt będący zapewne jednym ze skutków ubocznych kombinacji anielskich i demonicznych cech mojej osoby sprawia, że część zaklęć niesie ze sobą trudne do przewidzenia efekty, zupełnie jakby coś zmieniało ich przeznaczenie już po ich rzuceniu. Na ogół nie są to drastyczne różnice, które całkowicie zmieniają istotę czaru, a raczej przedziwne dodatkowe właściwości niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia. Prawdopodobnie nigdy nie będę w stanie nad tym niedopatrzeniem zapanować, bo sama zmiana zachodzi w czasie, gdy nie mam już wpływu na rzucany przeze mnie czar. Jedynym pewnym wyjściem, by obejść taką niedogodność jest rzucanie czarów, wymagających stałego podtrzymywania przez cały czas trwania jego działania. Długie czary nie mogą ulec zmianie, jeśli nigdy nie zostają poza moją władzą. Inny odłam czarnej magii sprawił, że zdarzało mi się krążyć nocami po cmentarzach, zgłębiając tajemnice śmierci i ponownego ożywienia. Tam najłatwiej o przywołanie do tego świata duchów zmarłych, czym nawiasem mówiąc niegdyś parałem się znacznie częściej niż teraz. Nadal nie stanowi to dla mnie większego problemu nawet i bez sprzyjającej aury cmentarza, choć Fortheim stanowczo nie sprzyja podobnym praktykom. Nieobca mi jest też umiejętność nazywana przeze mnie perswazją. Kontakt wzrokowy na niezbyt dużych odległościach pozwala mi chociażby podjąć próbę wmówienia komuś czegoś bez potrzeby grzebania w jego świadomości. Oczywiście wymaga to nakładu siły i czasami zawodzi, zwłaszcza przy próbach zawładnięcia kimś obdarzonym naprawdę silną wolą. Z jakiegoś powodu mężczyźni są w stanie oprzeć mi się częściej niż kobiety, ale nie łączę tego z niczym poza różnicami w sposobie postrzegania świata. Pomimo braku gwarancji całkowitego powodzenia nadal pozostaje to jedną z moich ulubionych zdolności. Nadal pozostaje jeszcze kwestia alchemii, której także oddaję się z pasją. Nie ma tu jednak wiele do omawiania. Zwyczajnie lubię od czasu do czasu uwarzyć eliksir czy to na konkretne zamówienie czy ze zwyczajnego kaprysu, który powędruje do komisu na sprzedaż. A to zaledwie kropla w morzu rzeczy, których potrafię dokonać.
Doskonale. Skoro jesteśmy na umiejętnościach to może jeszcze z trzy słowa o tym co cię ogranicza?
Słońce. Świętość. Głód. Nie ma innej siły, by mnie poważniej uszkodzić, a rany powstałe za sprawą pierwszych dwóch wymienionych nie chcą goić się ani szybko, ani dobrze, a przy tym bolą jakby kilkakrotnie bardziej. Głód może i nie jest w stanie mnie zabić - mógłbym pościć przez dekady i nadal być daleki od śmierci, ale potrafi bardzo mocno mnie osłabić. Nie jest to zwyczajne pragnienie jedzenia, jak sprawa ma się w przypadku śmiertelnych. Ten głód rozwściecza, sprawia, że nie da się myśleć o niczym prócz jego zaspokojenia, zmusza do polowania. Masz wrażenie, że tracisz zmysły, czując pustkę, której nie można wypełnić żadnym znanym ludzkości pokarmem. Co gorsze nawet nie jesteś w stanie skosztować ludzkiego jedzenia, bo o ile z płynami w rozsądnych ilościach twój organizm potrafi sobie poradzić, o tyle jakiekolwiek jedzenie przydaje ci cierpień i sprawia, że jesteś chory. Nie jestem nawet w stanie dokładnie wyjaśnić czym dokładnie jest ów głód. To jak rozpaczliwa potrzeba, by utopić miasto we krwi i by wypić jej tyle, by już nigdy tego nie doświadczyć. Ale głód zawsze wraca niezależnie od wszystkiego. Zupełnie inaczej ma się sprawa w przypadku, gdy wystawiam się na działanie słońca. Promienie słońca mnie parzą za każdym razem, gdy znajdę się w ich zasięgu. Dlatego nie wychodzę za dnia na ulice, jeśli nie jest to niezbędne. Czasem jednak jest to niezbędne, wtedy w miarę możliwości zakrywam każdy skrawek ciała ubraniem, by chociaż przez chwilę się ochronić, a oczy osłaniam białą przepaską, żeby przypadkowo nie stracić wzroku. Nadal jest to skrajnie nieprzyjemne doświadczenie, nawet jeśli nie potrzebuję wzroku, by swobodnie się przemieszczać. Podobnież parzą mnie wszelkie poświęcone w dowolnej religii przedmioty. Zupełnie jakby wchodziły w konflikt z tym, kim jestem. Miejsca uważane za święte i poświęcone przez kapłanów także pozostają mi niedostępne. Ych... Długo jeszcze będziemy rozmawiać? To męczące tak się zwierzać ze wszystkiego.
Proszę, wytrzymaj jeszcze trochę. Został nam jeszcze tylko charakter i kilka mniejszych pytań. Obiecuję, że kiedy już skończymy nikt nie będzie niczego od ciebie chciał.
 Trzymam za słowo... Opisać mój charakter nie będzie trudno. Jestem po prostu najgorszym co mogło cię spotkać. Niektórzy są nawet przekonani co do tego, że nie mam żadnych zalet. Oczywiste kłamstwo, choć wcale nie dziwię się, że ktoś mógł tak pomyśleć. Pozytywne strony mojej osobowości są wręcz nieproporcjonalnie małe względem tych negatywnych. Z pewnością potrafię zachować się zgodnie ze wszystkimi zasadami właściwego zachowania, jeśli tylko mam na to ochotę. Niektóre damy widzą we mnie nawet szarmancję, choć prawdę mówiąc to tylko gra, ledwo odrobina wysiłku, gdy wymaga tego sytuacja. Dziwne zrządzenie losu sprawia, że co bardziej podatni na obce wpływy ludzie dosłownie do mnie lgną, nie potrafiąc się oprzeć chęci poznania mnie. Jeśli mogę łudzić się, że da się to wyjaśnić w zgodny z logiką sposób, zwyczajnie uważam, że to kolejny z mechanizmów służących ułatwieniu polowania - ofiara sama cię znajduje i wykorzystanie jej nie jest wtedy większym problemem. Oczywiście potrafię być miłym i zgoła bardziej przyjaznym, ale wyłącznie w chwilach, gdy opłaca mi się być kimś takim. Z przyjemnością korzystam z różnorakich pozorów, które mogę po sobie zostawić. Niestety, nawet i zalety potrafię spaczyć według swoich nie do końca ludzkich i właściwych zasad. Prawdą jest, że szybko wpadam we wściekłość. Zawsze byłem impulsywny, a teraz, gdy przyszło mi poznać jak głośne mogą być nad wyraz silne w mojej osobie instynkty, cecha ta tylko się wzmocniła. Wielu zarzuca mi skończoną arogancję i brak szacunku. Jak tu szanować marne i słabe kreatury, które wchodzą ci pod nogi i przeszkadzają w najmniej odpowiednim momencie? Nie będę nawet próbował ukryć swojej pogardy. Nie najlepiej radzę sobie też z przyjmowaniem rad, bo, nie bójmy się tego przyznać, nie znajduję potrzeby w wysłuchiwaniu jak ktoś głupszy ode mnie myśli, że wie więcej. Żyję na świecie dość długo, by nie potrzebować żadnej pomocy. W zasadzie w ogóle nie potrzebuję w moim życiu któregokolwiek śmiertelnika. Stanowczo zbyt szybko starzeją się i umierają, by był sens wiązania się z którymś na stałe. A przy tym zwyczajnie mnie denerwują, co w połączeniu z faktem, że nigdy nie grzeszyłem cierpliwością stanowi prawdziwie wybuchową mieszankę. Nie znam sprawiedliwości i honoru, bo w towarzystwie, w którym przyszło mi się obracać także nie uznaje się podobnych wartości. Dla jasności: nie przeszkadza mi to ani odrobinę. Jestem skrajnie niezależnym człowiekiem, który od lat wiedzie samotniczy tryb życia. Mówi się, że nie znam strachu. Może i jest to prawda, bo nie spotkałem na swojej drodze kogoś, kto byłby dla mnie większym zagrożeniem niż ja sam. Nie spotykam co prawda zbyt często ludzi zdolnych choćby wyglądać groźnie, bo miejscy bogacze rzadko są w stanie zrobić cokolwiek poza rzucaniem pustych pogróżek. Na szczęście jestem inny niż oni, choć przecież dla nich taki sam jak wszyscy. W przeciwieństwie do nich, moich gróźb nie powinno się lekceważyć. Nawet jeśli nie postrzegam czasu tak jak wszyscy i lata nie mają dla mnie wartości, jeżeli obiecałem, że cię zabiję, zrobię to bez względu na wszystko, a czy stanie się to za tydzień, rok czy sześćdziesiąt lat nie ma najmniejszego znaczenia. Nie zwykłem słynąć z litości i dobroci serca. Jestem po prostu kolejnym z łowców, wielokrotnym mordercą, który stulecia temu przestał liczyć swoje ofiary i nawet nie pamięta każdej z nich. Mordowanie nie jest czymś nad czym się zastanawiam, bo po co? Jeśli muszę zabić, po prostu zabijam i nie czynię z tego niepotrzebnej sztuki. Nie jestem chory jakkolwiek psychopatycznie nie brzmiałaby moja deklaracja. Jestem maszyną stworzoną do zabijania i zwyczajnie daje mi to satysfakcję. Uwielbiam też luksus w szerokim tego słowa pojęciu. Przywykłem do życia na wysokim poziomie i taki też poziom utrzymuję niezależnie od kosztów. Po wszystkim co przeżyłem należy mi się to. Trudno jednak przejrzeć co rzeczywiście sprawia mi radość, a co nie - jestem tym mrukliwym typem człowieka o szczątkowej mimice, który za swój naturalny wyraz twarzy uznaje lodowato zimną obojętność. Mimo wszystko nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych do zrobienia, a słowa takie jak ,,nie dam rady" zwyczajnie nie znajdują miejsca w moim słowniku. Jeśli czegoś chcę mogę to dostać i nic nie jest w stanie mnie powstrzymać. Dlaczego miałbym liczyć się z kimkolwiek, sam będąc istotą tak doskonale wyższą niż reszta? Z podobnego względu przestałem ufać komukolwiek dookoła. Nie jestem tym, który będzie bratał się z obcymi ludźmi. To nawet nie zupełnie kwestia upartego i nieprzyjemnego charakteru - raczej sprawa nabytej ostrożności. W tym świecie nie nikomu nie można ufać, a ci, którzy o tym wiedzą nie przeżywają rozczarowań. Nie bywam tchórzem, skoro wielu zarzuca mi przesadną pewność siebie, a nawet i narcyzm. Prawdą jest, że przemaszerowałbym przez salę pełną królów, sam zachowując się po cesarsku i oczekując należnego mi szacunku i posłuszeństwa. Takie sytuacje nie zwykły się jednak zdarzać ku mojemu niezadowoleniu. Mógłbym mówić jeszcze długo, nawet bardzo długo i wyliczać wszystkie moje liczne cechy. Zakończę jednak swój opis po ogólnym przybliżeniu tego, kim jestem. Cała reszta bez wątpienia wyjdzie na jaw, gdy pozwolą na to okoliczności.
Dziękuję, Raven. Dobrze sobie poradziłeś.
Kończmy już ten cyrk. 


Definiujesz całą moją osobę z pomocą tylko trzech krótkich utworów muzycznych? Nawet nie potrafię stwierdzić czy jestem tym bardziej zdumiony czy zirytowany.
Wybacz. Gdyby zależało to ode mnie miałbyś tu całą playlistę. Wiesz... Tak to jest, gdy...
Ani słowa więcej o tym jak to okrutnie wiążą cię wszelkie zasady. Przynajmniej to, co mnie reprezentuje trzyma jakiś poziom. Może i najniższy, ale zawsze.
 
Relacje z innymi postaciami
Jak wspominałem wyżej: nie potrzebuję nikogo, by być szczęśliwym. Mam wrogów, którzy mnie nienawidzą i obracam się w towarzystwie elit, wśród których jestem poważany. Nie są to dla mnie pojedynczy ludzie, którymi warto się interesować, tylko szare masy istnień, które egzystują gdzieś obok mnie.

  Inne

Raven?
Co jeszcze?
Garść ciekawostek o tobie. To już naprawdę prawie koniec.
No dobra... Więc co konkretnie cię interesuje?
Co jest takiego w balach, że tak chętnie się na nie wybierasz?
Jak dobrze wiesz należę do ścisłej elity elit tego miasta i nie jest to moje własne skrajnie wygórowane zdanie. Jak na młodego i przystojnego arystokratę przystało lubię wszelkie rozrywki, które oferuje mi życie towarzyskie, bo nawet jeśli gardzę ludźmi, przynajmniej się nie nudzę. Stąd tak chętnie biorę udział w najróżniejszych bankietach, galach, sztukach teatralnych - bo teatr jest sztuką piękną i wartą swojej ceny - czy właśnie balach. Lubię tańczyć, a dzięki niebywałej wytrzymałości mojej osoby, przetańczyć mogę znaczną część nocy. To bardzo dobry sposób, by poznać wiele interesujących kobiet, a one z kolei otwierają drogę szerszym wpływom. Dlatego właśnie jestem niezrównanym tancerzem, a ponieważ jestem starszy niż najstarszy tańczony na balach układ mogę pochwalić się znajomością wszystkich kroków każdego wariantu tańca. Przykładowo walca uczyłem się w czasach, gdy był to taniec powszechnie uważany za wulgarny i nieprzyzwoity. 
Powiedz o Ibraahilu.
Ibraahil to słowo oznaczające ,,Wygnańca". Nie muszę po raz drugi tłumaczyć dlaczego taki akurat wybór padł, gdy przyszło mi nazwać wykuty dla mnie miecz. Dość powiedzieć, że wiele światów przemierzyłem wzdłuż i wszerz, dzierżąc w dłoni półtoraka wdzięcznym imieniem Ibraahil. To niezawodny miecz, który wbrew wszystkiemu nigdy się nie wyszczerbił i nie stracił ostrości pomimo stuleci służby. Wiążą go potężne zaklęcia, których źródłem siły jest umiejscowiony w głowicy czarny diament, starannie przeze mnie ładowany nową energią.
Teraz ulubione zwierzę, proszę.
Lubię koty. Zupełnie bez związku z tym, że sam potrafię przybrać jego postać. Podoba mi się charakter tych zwierząt i sposób ich bycia.
I tylko koty lubisz...?
Doskonale wiesz, że nie znoszę wracać do tematu Arkana... Który był moim białym ogierem i jedynym prawdziwym przyjacielem, a któremu na moich oczach odrąbano łeb od korpusu. Możemy nie powtarzać tej historii po raz kolejny? Następnym razem powiem, że lubię róże... Będzie prościej.
Jasne, jeśli znajdziesz mi różę, która będzie jednocześnie zwierzęciem. Czyli, wracając do historii, której nie chcemy tu przywoływać, mówisz, że jazda konna jest twoim hobby?
 Mało powiedziane. Uwielbiam to bez reszty. Towarzystwo koni odpowiada mi bardziej niż ludzi.
Twój albinizm był zaplanowany?
Oczywiście. Sam chciałem, żeby tworząc to ciało, ktoś zepsuł jego DNA i obarczył mnie wadą genetyczną. Na pewno wszystko było zaplanowane i zgodne z moją wolą.
Cóż... Każdy chce od życia czegoś innego. Powiedz nam jeszcze o tym jak wygląda twoja biblioteka, bo wiem, że masz się czym chwalić.
Długo by gadać. Naprawdę długo i niezbyt ciekawie, jeśli ktoś nie jest zainteresowany tematem. Wystarczy powiedzieć, że kocham literaturę i nie ograniczam się do jednego tylko rodzaju czy gatunku, a ponieważ mam aż nadto czasu na wszystko czytam w zasadzie każdą książkę, która wpadnie mi w ręce i wyda się godna zainteresowania. Stąd moja - dwupiętrowa już i stale rosnąca - biblioteka stanowi najprawdziwszy raj na ziemi dla każdego zapalonego czytelnika. Zakładając, że ów czytelnikowi nie przeszkadzała by moja nadmierna obecność, bo zwykłem zaszywać się wśród książek przy każdej nadarzającej się okazji. Na półkach można znaleźć absolutnie wszystko od encyklopedii - ukazujących jak zmieniało się ludzkie postrzeganie świata na przestrzeni stuleci; doprawdy bezcenny skarb - przez prozę mnogich rodzajów aż po poezję czy dramaty. Największą dumą napawa mnie jednak nie różnorodność, co ilość bezcennych egzemplarzy ksiąg pochodzących nawet i z samych początków, gdy ludzie dopiero zaczynali tworzyć wspaniałe dzieła. Niektóre utwory uchodzą za zaginione lub bezpowrotnie utracone dla kultury, inne z kolei są tak rzadkie, że nie każdy potrafi uwierzyć w ich oryginalność. Osobiście mnie to uraża, bo w końcu każdą swoją książkę nabywałem niemal u źródła, nierzadko skupując jeszcze niewiele znaczące tytuły właściwie z ręki samego ich autora. Ręczę za prawdziwość mojej biblioteki własną głową.
Wytłumaczysz mi może fenomen twojego geniuszu kulinarnego?
Węch. Odpowiedzią, której szukasz jest szersza skala odbierania zapachów. To prawda, że ludzkie jedzenie jest dla mnie jałowe i przypomina nijaką, nieapetyczną breję, bądź papier. Żyję jednak dość długo na świecie, by sprawdzić się w roli zarówno arystokraty - co przypadło mi do gustu zgoła bardziej - jak i prostego mieszczanina. Stąd potrafię gotować i podobno wychodzi mi to zaskakująco dobrze. Bywa nawet, że sprawia mi to przyjemność. Sekretem jest więc odpowiednie dobranie przypraw i składników, by otrzymana mieszanina pachniała dokładnie tak, jak wtedy, gdy ktoś inny dobrze ją przygotował. No i wiele wyczucia także odgrywa swoją rolę.
Często chodzisz pijany, zdajesz sobie z tego sprawę?
Jak każdy, kto ma powody do tego, by przez chwilę nie pamiętać o rzeczywistości. Każdy ma swoje wady i słabostki, prawda? Najbardziej lubię drogie, czerwone wino i dobrą whisky. Niekoniecznie w tym samym momencie.
A może jeszcze...?
Wystarczy. Może kiedy indziej wrócimy do tej rozmowy. Teraz daj mi spokój.