Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iosfáhar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iosfáhar. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 lutego 2023

[Iosfáhar] Układy sfer wyższych

    Och, tym razem to już przesadziłeś, Iosfáharze. Naprawdę przesadziłeś...
    Co ty sobie myślałeś? Czy w ogóle cokolwiek pomyślałeś?
    Czy tobie się naprawdę wydawało, że fortheimskie dzieciaki nie sprawią ci ż a d n y c h kłopotów?
    Czy mogłeś być aż tak głupi?
    Rycerz przysunął sobie do stołu krzesło. Opadł na nie ciężko ze zbolałym westchnięciem. Wsparł łokcie o solidny, mocno nadgryziony zębem czasu stół i ukrył twarz w dłoniach. Zupełnie tak, jak robią to małe dzieci, którym wydaje się, że jeśli zamkną oczy staną się niewidzialne dla świata i nic złego im się nie stanie. Albo wręcz przeciwnie: jakby mogły w ten sposób sprawić, że to cały ten zły świat dookoła nich zniknie, jeśli nie będą na niego patrzeć.
    Cóż, Iosfáhar wiele by dał za podobny cud. O ile prostsze byłoby jego życie, gdyby mógł po prostu odwołać cały ten paskudny dzień i przejść od razu do kolejnego – jak miał nadzieję o wiele lepszego. Niestety, o cokolwiek się modlił w tamtym momencie, z pewnością nie mogło zadziałać i nie miał co do tego żadnych, najmniejszych nawet złudzeń. Nie tylko dlatego, że cuda zwykle nie działały na życzenie. Głównie dlatego, że jego problemy – jak najbardziej realne – patrzyły na niego niepewnie, mnąc w palcach przykurzone całym porankiem poza domem rąbki koszulek.
    Dlatego rycerz skwitował chwilowe załamanie nerwowe kolejnym długim westchnięciem i wziął się w garść. To było życie, które dla siebie wybrał. Nie było idealne. Poza oczywistymi zaletami miało  wiele wad, którym czy chciał, czy nie i tak musiał stawić czoła. Miał przecież tyle okazji, by zrezygnować i zacząć żyć inaczej. Z jakiegoś powodu przecież tego nie zrobił. Musiał więc stawić czoła konsekwencjom swoich wyborów. Nawet wtedy, gdy wracały, by się na nim odgryźć. W końcu nie chciał robić scen przy dzieciach. Zwłaszcza tych, które wierzyły, że był odpowiedzialnym dorosłym człowiekiem, który fantastycznie radził sobie w życiu.
    – Czy któryś z was może mi powiedzieć jak do tego doszło? I gdzie jest Jenesin? – poprosił ze słabo skrywaną rezygnacją. Zerkał przy tym przez palce na dwie zaniepokojone sierotki w progu między kuchnią, a jedynym pokojem jego mieszkania.
    – Cóż... – Morven wbił wzrok w podłogę. Z jego rozciętej brwi powoli sączyła się wąska strużka krwi. Spływała powoli wzdłuż policzka dziecka, ale on zdawał się nie zwracać na nią uwagi. Otarł ją niedbale, rozcierając po policzku czerwoną smugę. – O tym to chyba zaraz usłyszysz sam...
    – Od straży miejskiej – dodał drugi chłopak, Pegon. Był równie zmieszany, co jego kolega i dawał temu upust, rysując bosą stopą kółka na drewnianym parkiecie. – I to ze szczegółami...
    Morven skrzywił się i wcisnął głowę w ramiona. Trochę tak, jakby Pegon przez przypadek uderzył go samymi słowami. Cóż, przynajmniej żałują tego co zrobili, pomyślał Ios i wzruszył w duchu ramionami. Było to naprawdę niewielkie pocieszenie. Nie mniej oznaczało, że chłopcy powoli zaczęli się przyzwyczajać do nowych zasad. A nie szło im to ani łatwo, ani szybko.
    – Ale mamy też dobre wieści...? – spróbował po chwili Pegon z zażenowanym uśmiechem.
    – Tym razem naprawdę dobre! – dorzucił Morven.
    Iosfáhar odsunął ręce od twarzy i splótł palce obu dłoni przed sobą. Przymknął oczy, zastanawiając się nad tym jakie dobre wieści mogły go jeszcze spotkać. Zapowiadał się wprost paskudny dzień, a jeszcze nawet nie dotarli do obiadu... którego, nawiasem mówiąc, jeszcze nie zaczął przygotowywać, więc widmo nieobranych warzyw majaczyło z tyłu jego głowy jak wściekłe. Coraz bardziej żałował, że miał tego dnia wolne, a mógł przecież być w pracy i pomagać przy piecach w kuźni, gdzie bezpiecznie ominęłoby go całe zamieszanie. Po dniu takim jak ten, Iosfáhar mógł się już spodziewać naprawdę wszystkiego.
    – Słucham – rzucił po chwili z wyraźnym wahaniem. – Co dobrego nas dzisiaj spotka?
    Ani Pegon, ani Morven nie zdążyli odpowiedzieć. Gęstą od napięcia atmosferę mieszkania rycerza przecięło gwałtowne łomotanie w drzwi. Oraz krótki, acz nieznoszący sprzeciwu okrzyk: Straż! Proszę otworzyć!
    – Ja otworzę! – zadeklarował się Pegon i przeciął kuchnię, kierując się w stronę drzwi. Iosfáhar nawet nie próbował go od tego powstrzymać.
    Po stanowczo zbyt krótkiej chwili do uszu Iosa dotarły przytłumione głosy i ciężkie, chociaż niebyt agresywne – na szczęście – kroki. Dlatego podniósł się z krzesła, by przywitać nadciągające kłopoty, stojąc prosto na własnych nogach. Upewnił się tylko, że Niezłomny w pochwie wciąż stał bezpiecznie oparty o kominek, nieco poza wzrokiem ludzi wchodzących do pokoju.
    Przecież nie chciał nikogo niepotrzebne prowokować widokiem półtorametrowego żelastwa w zasięgu ręki. Znaczy się, nie żeby w ogóle był w stanie się nim dobrze zamachnąć w tak małym, umeblowanym do granic możliwości pomieszczeniu, którego absolutnie nie chciał zniszczyć nawet i czystym przypadkiem. Ale straż miejska mogła nie chcieć wziąć tego szczegółu pod uwagę. Dlatego Iosfáhar nie zamierzał nawet ryzykować. 
    Morven natomiast zdążył w tym czasie ewakuować w głąb pomieszczenia. Prześlizgnął się między stołem, a regałem z książkami i zajął miejsce przy łóżku, ustawiając się przy tym za plecami rycerza. Zupełnie tak, jakby Iosfáhar mógł go ocalić przed konsekwencjami samą szerokością pleców. Ios nie był co prawda pewny czy rzeczywiście mógł. Nie mniej zamierzał chociaż spróbować.
    Do pokoju wszedł tylko jeden strażnik w pełnym umundurowaniu. Trzymał rękę na głowicy przypasanego do biodra miecza. Palce drugiej ręki znacząco zaciskał na ramieniu umorusanego, potarganego chłopca. Iosfáhar zmierzył go wzorkiem od stóp do głów, próbując jakkolwiek ocenić z kim miał do czynienia. Odnotował w myślach, że musiał to być silny człowiek. Jego krępa, potężna sylwetka zdawała się wręcz o tym krzyczeć. Miał też przewagę w postaci krótszego ostrza niż Niezłomny oraz faktu, że nie musiał do swojej broni doskakiwać przez fotel. A poza tym miał bardzo krzaczaste, czarne brwi, spod których łypały groźnie równie ciemne oczy. Czaiło się w nich ostrzeżenie, by nikt niczego nie próbował dla własnego dobra.
    – Dzień dobry – przywitał się rycerz uprzejmie i skinął strażnikowi głową. – Czy mogę w czymś pomóc?
    – Czy to jest pański syn? – spytał strażnik. – Zaklinał się, że tu mieszka.
    Ios tylko znacząco rzucił okiem na piegi i miedziane, proste jak druty włosy dziecka. Chłopiec w niczym go nie przypominał. Mimo wszystko uśmiechnął się, starając się wyglądać łagodnie i bezkonfliktowo.
    – Nie syn, a podopieczny. Nazywa się Jenesin.
    – W tej sytuacji na jedno wychodzi – skwitował strażnik. – A ty nazywasz się...?
    – Iosfáhar Niezłomny.
    Niezłomny? To dość osobliwe nazwisko jak na okoliczne standardy.
    Ios rozłożył ręce w geście mówiącym coś pomiędzy "Cóż mogę poradzić", a "Tak wyszło".
    – Jestem przyjezdny. Pochodzę z południa.
    Strażnik posłał mu nieufne spojrzenie. Chwycił biednego chłopca mocniej i przyciągnął go do siebie.
    – Z Sandengardu?
    – Z Zasmos, nieco bardziej po sąsiedzku – wyjaśnił pojednawczo. – To o co poszło...?
    Ugryzł się w język zanim zdążył dodać: tym razem? Nie trzeba było nikomu przypominać, że to nie był pierwszy raz, kiedy któryś z dzieciaków sprawił mu kłopot. Strażnik nie odpowiedział od razu. Wychylił się natomiast nieco, by spojrzeć z niesmakiem na ukrywającego się za rycerzem Morvena. A potem zerknął za siebie, chyba licząc na to, że cudem zobaczy tam trzeciego z chłopców. Niezłomny nie musiał zgadywać, że po Pegonie nie zostały nawet uchylone drzwi. On doskonale wiedział, że najmłodszy z chłopaków na pewno wykorzystał okazję i czmychnął czym prędzej zaraz po wpuszczeniu straży do mieszkania. Zapewne zamierzał ukrywać się gdzieś w pobliżu i wrócić, gdy po wizycie strażnika nie pozostaną już żadne ślady. Gdyby Ios chciał być ze sobą szczery musiałby wręcz przyznać, że bardziej zaskoczyłoby go, gdyby Pegon zdecydował się zostać i stawić czoło problemom.
    – Trójka twoich podopiecznych pobiła na ulicy grupkę innych chłopaków – oznajmił strażnik w końcu.
    Ios syknął przez zaciśnięte zęby.
    – To brzmi dość poważnie – przyznał. – Mam nadzieję, że nikt mocno nie ucierpiał...
    – Na szczęście nie. Skończyło się na krzykach i kilku siniakach.
    Ton głosu strażnika wskazywał jednak wyraźnie, że to nie kto inny jak właśnie Ios miał szczęście, że nikt nikogo nie połamał czy trwale nie okaleczył. Rycerz mimo wszystko odetchnął z ulgą.
    – Całe szczęście – zgodził się ze strażnikiem.
    Jakby nie patrzeć były to dla niego wcale nie takie najgorsze wieści. Oczywiście w porównaniu do tego jakie mogły być. I jakie bywały. Ios w ciągu swojego krótkiego pobytu w mieście zaczynał sądzić, że przerobił już większość możliwych złych wieści, a mimo to dzieciaki zawsze znajdowały sposób, by czymś go zaskoczyć. Może po prostu to miasto go wprost nienawidziło.
    – Również na twoje szczęście były to prawdopodobnie inne sieroty, więc żaden bogaty dom nie będzie żądał odszkodowań. Tym razem – kontynuował strażnik.
    Tym razem – rzucił prześmiewczo Morven zza pleców Niezłomnego. – Ostatnio to był wypadek!
    Iosfáhar posłał mu przez ramię paskudne, miażdżące spojrzenie. Bardzo wymownie oznaczające: Zamknij się, nie pomagasz mi. Morven nie tylko zrozumiał przekaz, a wręcz cofnął się o kilka kroków i wpadł na łóżko.
    – Pobili się na nabrzeżu niedaleko starego portu. Chyba nie muszę dodawać, że to nie jest odpowiednie miejsce dla dzieci.
    – Och, oczywiście, ma pan rację. Dobrze wiedzieć – stwierdził Ios tonem, który wróżył tylko nadchodzącą pogadankę.
    Rozmawiali już z Morvenem o starym porcie. Nie raz, ani nawet nie dwa razy. Czasami Iosfáhar miał wrażenie, że im bardziej mu zależało, by jego podopieczni nie pojawiali się w konkretnych miejscach, tym bardziej ich tam ciągnęło. Nie do końca tak, jakby robili mu na złość. Nie sądził, by zapuszczali się do niebezpiecznych dzielnic właśnie z tego powodu. Pchała ich tam raczej ta dziecięca ciekawość, by na własnej skórze przekonać się, dlaczego dorośli zabraniali im tam być. Nie mniej nie wymyślał przecież tych ograniczeń dla własnej zabawy. Miał naprawdę dobre powody. Nie chciał, żeby któremuś z chłopców coś się stało.
    – Jestem zmuszony poinformować, panie Niezłomny, że takie sytuacje nie mogą się powtarzać w nieskończoność. A jeżeli nadal będą, straż miejska nie będzie miała innego wyjścia i zostaną wyciągnięte odpowiednie konsekwencje... Nie względem chłopców, oni są na to za mali. Będziemy musieli wyciągnąć konsekwencje wobec ich opiekuna.
    Rycerz skinął głową z pełną powagą.
    – Rozumiem.
    – Pouczenia kiedyś się skończą.
    – Nie dopuszczę do tego – zaprzeczył Ios – dopilnuję, by nic podobnego więcej się nie wydarzyło.
    – Mam taką nadzieję...
    Po tych słowach strażnik pożegnał się krótko i opuścił mieszkanie rycerza, starannie zamykając za sobą drzwi. W mieszkaniu zapadła martwa cisza. Iosfáhar przeniósł spojrzenie za okno, w zamyśleniu stukając palcem wskazującym w usta. Zbierające się nad morzem ciemne chmury nie zwiastowały niczego dobrego. Zastanawiał się czy tak wyglądał zbliżający się sztorm. A jeśli tak – czy będzie miał dość siły, by dotrzeć do miasta? Czy mógłby narobić wielu szkód? Niespecjalnie znał się na morzu. Zaraz jednak jego myśli – zamiast błądzić bez celu po horyzoncie – wróciły do mieszkania. Do rzeczy ważnych i ważniejszych. Tych całkiem przyziemnych, którym musiał stawić czoła. I nad którymi również zbierały się złowrogie, czarne chmury.
    Nie radził sobie.
    Tak po prostu.
    Wiedział o tym, ale nie potrafił znaleźć rozwiązania. Owszem, miał dobrą, chociaż ciężką pracę. Taką, po której zdarzało mu się zasnąć w fotelu z książką w ręce. Zarobionych pieniędzy wystarczało, by opłacić rachunki. A jeśli jedli w miarę skromnie, czyli bez trwonienia velli na bezsensowne słodycze i importowane zza morza przysmaki, nigdy nie brakowało im pieniędzy. Z zewnątrz wyglądało na to, że radził sobie wystarczająco dobrze w swoim samodzielnym, dorosłym życiu, z trójką dzieci na utrzymaniu. Ale prawda wyglądała jednak zgoła inaczej. Ios doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Pilnował, by dzieci tego nie odkryły. Zadanie, które sam sobie wymyślił najwyraźniej go przerastało. A nie było nikogo kto mógłby mu pomóc. Sanctecra cała – jego rodzina i przyjaciele – była zbyt daleko, by móc zdziałać cokolwiek...
    – Tooooo... – zaczął Morven po chwili napiętej ciszy – chcesz usłyszeć te dobre wieści?
    – Pewnie – rycerz potrząsnął głową, przeganiając czarne myśli. – Potrzebujemy teraz trochę dobrych wiadomości.
    – Niedługo będzie nas tutaj ośmiu.
    Iosfáhar w ostatniej chwili zmełł w ustach przekleństwo. Rzucił Morvenowi pełne niedowierzenia spojrzenie.
    – Ilu?!
    – Ośmiu razem z tobą. Inni chłopcy też chcą umieć czytać i się bić. Nie mogliśmy im odmówić, prawda?
    Iosfáhar rozejrzał się po swoim małym, zdecydowanie jednoosobowym mieszkaniu. Podrapał się w potylicę. Ośmiu! Już teraz spał na podłodze w kuchni. Gdzie on miałby zmieścić tylu ludzi? Było im ciasno już we czterech, a co dopiero gdyby było ich dwa razy tyle.
    – Prawda, Ios...? – spytał Morven niepewnie. – Myślałem, że ucieszysz się trochę bardziej...
    Potrząsnął głową.
    – Nie, przepraszam. Oczywiście, że się cieszę. Ośmiu to już cała drużyna! Fantastycznie!
    – Ale? Mam wrażenie, że czegoś mi nie mówisz – drążył dalej Morven. – Wybacz, Ios, nie umiesz kłamać.
    – Po prostu zastanawiam się, gdzie będziemy spać, kiedy będzie nas aż tylu.
    – No, tu... Och.
    Morven okręcił się wokół własnej osi jakby po raz pierwszy zobaczył mieszkanie. Zmarszczył brwi.
    – Och, cóż... Jeśli Jenesin nauczy się nie kopać przez sen... Może uda nam się zmieścić jeszcze kogoś na łóżku? 
    – Hej, ja wcale nie...! – wtrącił Jenesin. Morven uciszył go machnięciem ręki, nie przerywając swojego wywodu.
    – O, ktoś może spać na fotelu! I na dwóch krzesłach...? To już sześciu. Może mógłbyś podzielić się kocem w kuchni? Wtedy będzie w sam raz.
    – Nie będziecie żyć w takich warunkach – zaprzeczył Ios. – Nie dopóki za was odpowiadam.
    – Nie przesadzaj... Na ulicy byłoby nam o wiele gorzej.
    – Morven, nie. To wykluczone.
    – No to co zrobimy?
    – Nie wiem. Nie chcę o tym teraz myśleć. Pomartwię się tym jak już zrobimy obiad.
    – Potrzebujesz pomocy? – zapytał nieśmiało Jenesin.
    Iosfáhar pozwolił sobie na lekki uśmiech.
    – Przy obiedzie? Oczywiście, że tak! Umyjcie się szybko i zbiórka w kuchni!
    Chłopcy biegiem rzucili się w stronę maleńkiej łazienki. Ios po raz ostatni zerknął na niebo za oknem. Chmury kłębiły się coraz bliżej. Przeklęte miasto Fortheim ciemniało w oczekiwaniu na burzę. I właśnie wtedy, gdy myślał, że gorzej już być nie mogło, przypomniał sobie czego nauczył się studiując święte księgi. Przecież żadna burza nie trwała wiecznie. I żadna nie zabierała ze sobą słońca. Ono cały czas tam było, czekając w ukryciu na swój czas. I ten czas miał w końcu nadejść. Wystarczyło tylko przeczekać najgorsze.
    Pochylił głowę i dotknął czoła dwoma palcami. Dziękuję, moja Pani. A potem poszedł prosto do kuchni. Obiad przecież nie mógł zrobić się sam.
   – Hej, widział ktoś marchewkę?
    – Ja nie! A ty, Jen?
    – Widziałem jak Pegon zjadał ją dzisiaj rano!
    Ios parsknął nad garnkiem. Oczywiście, że tak. Jeśli w kuchni znikało jedzenie to zawsze musiał być Pegon.
    – No to będę musiał iść na zakupy po obiedzie. Powinienem wiedzieć o czymś jeszcze? Czegoś więcej brakuje?

~***~

    Nie zdążył nawet wyjść z domu. Ledwo udało mu się włożyć buty i położyć dłoń na klamce, gdy rozległo się stanowcze pukanie do drzwi. Ios zamarł na krótką chwilę, dogłębnie zdziwiony całą sytuacją. Przecież nikogo się nie spodziewał. Dlatego odczekał jeszcze troszkę zanim odpowiedział na pukanie. Nie chciał, żeby osoba po drugiej stronie myślała, że pilnował drzwi przez cały ten czas.
    – Kto tam?
    – Przyjaciel.
    Głos brzmiał poważnie. Nie mógł należeć do nikogo młodego. Rycerz odwrócił się w stronę mieszkania. Morven wpatrywał się w niego z takim samym niezrozumieniem.
    – Zapraszałeś kogoś? – spytał chłopaka przyciszonym głosem. Dziecko przecząco pokręciło głową.
    Otworzył więc drzwi z ręką na sercu i duszą na ramieniu, spodziewając się zastać tam co najmniej nowy problem czekający na rozwiązanie. Albo stary problem, który uprzejmie postanowił o sobie przypomnieć. Jakież było jego zaskoczenie, gdy na progu swojego mieszkania znalazł o wiele starszego od niego mężczyznę odzianego w płaszcz i eleganckie spodnie. Siwiejące włosy miał spięte w schludny kucyk.
    – Dzień dobry – zaczął uprzejmie, a Ios nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że rozmawia z kimś ważnym. – Doszły mnie pogłoski o nowo otwartym przytułku dla sierot. Podobno prowadzi go jakiś rycerz. Jak mniemam to właśnie tutaj?
    – Tak. Tak, to ja jestem jakimś rycerzem.
    – Doskonale...
    Ios nie pozwolił mu dokończyć.
    – Czy wpadłem w jakieś kłopoty? Moi podopieczni coś zrobili? Mogę zapłacić za...
    Nieznajomy podniósł do góry dłoń. Ios zamilkł jak posłuszny uczniak.
    – Wręcz przeciwnie. Przyszedłem zaoferować ci uczciwą ofertę. Mogę wejść?
    – Kim pan jest? – Ios podejrzliwie zmrużył oczy. Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
    – Lekal Grimm. Odpowiadam za finanse tego miasta.
    – Och – rycerz szybko skłonił głowę i uchylił drzwi szerzej. – Najmocniej przepraszam panie Grimm... Znaczy sir...? Wasza godność
    – ,,Lordzie", jeśli już musisz.
    – Tak jest, lordzie Grimm. Zapraszam do środka. Proszę czuć się jak u siebie.
    Poprowadził go przez kuchnię aż do pokoju. Nie był pewien czy lord Grimm uważnie się rozglądał i nie miał odwagi pytać. Cieszył się jedynie, że w mieszkaniu zawsze panował porządek i że posprzątali kuchnię po obiedzie. Oraz że Morven podsłuchiwał całą tę krótką wymianę zdań – obaj mężczyźni zastali go siedzącego z książką na łóżku. Wyglądał jakby nie widział świata poza kartkami. A przecież jeszcze nie potrafił płynnie czytać i wciąż myliły mu się niektóre litery.
    – Zdaję sobie sprawę z tego, że nie są to idealne warunki jak na przytułek – zaczął tłumaczyć, gdy usiedli przy stole. – Chciałem zarobić pieniądze, żeby przenieść się w lepsze miejsce. Przede wszystkim większe i...
    – Spokojnie, zacznijmy od początku: Jak się nazywasz?
    – Ja... Iosfáhar, lordzie Grimm.
    – Jakieś nazwisko? Przydomek?
    – Niezłomny.
    – Dobrze, Iosfáharze – mężczyzna położył dłonie płasko na blacie. – Powiedz mi proszę dlaczego do tej pory nie zgłosiłeś się po oficjalną pomoc od miasta?
    Ios popatrzył na niego tak jakby Lekal Grimm przestał mówić we wspólnym języku.
    – Oficjalną pomoc?
    – Tak. Masz w ogóle świadomość, że mogłeś to zrobić? Nie ubiegałeś się do tej pory o pieniądze, które normalnie mogłyby ci się należeć.
    – Nie miałem pojęcia, jeśli mam być szczery. Nawet nie jestem stąd. Ledwo co nauczyłem się nazw dzielnic.
    – Rozumiem...
    – Pomoc bardzo by mi pomogła, lordzie Grimm. Naprawdę. Nie chcę, żeby zabrzmiało to źle, w końcu nie zamierzałem o nic żebrać, ale... – zawahał się.
    Ale? O co chodzi?
    – Dzisiaj dowiedziałem się, że zamiast trzech chłopców będę miał pod opieką całą siódemkę. Nie jestem idealistą i wiem, że to – szerokim gestem wskazał na mieszkanie – nie jest odpowiednie miejsce dla tylu dzieci. Nie chodzi nawet o jedzenie. Chodzę do pracy i myślę, że z tym sobie poradzę. Chcę dla tych chłopców jak najlepiej, a własne łóżko nie powinno być nieosiągalnym luksusem.
    Lekal nie odpowiedział od razu. Wyglądał jakby się zastanawiał, a Iosfáhar ani myślał go poganiać.
    – Powiedz mi... Długo jesteś rycerzem?
    – Ślubowałem dwa lata temu. To niewiele, ale przygotowywałem się do tej roli przez czternaście lat – uśmiechnął się jednym kącikiem ust. – Chyba możemy mówić o powołaniu.
    – Opowiedz mi jeszcze o przytułku. O potrzebach, wielkości obiektu...
    – Myślałem o czymś odpowiednio dużym, żeby chłopcy nie musieli mieszkać w jednym pomieszczeniu. Może nie do poziomu, by każdy miał osobny pokój, ale jednak, żeby nie było im ciasno. Potrzebowalibyśmy miejsca na kuchnię i może pokoju do nauki...
    – Miejski system szkolnictwa nie odpowiada twoim potrzebom? – zainteresował się lord Grimm.
    – To nie tak. Uważam, że poza ogólną wiedzą wyciągniętą ze szkoły, chłopcom na pewno nie zaszkodziłoby trochę etyki czy klasycznej literatury. A pomieszczenie z biblioteczką i kilkoma biurkami zdecydowanie pomogłoby też przy nauce czytania czy przy odrabianiu zadań domowych.
    – Czy to wszystkie twoje wymagania?
    – W zasadzie... – Ios potarł kark dłonią. – Nie, to głupie. Zwykłe, nierealne marzenie.
    Lord Grimm posłał mu długie, nieodgadnione spojrzenie.
    – Głupie i nierealne marzenia zbudowały to miasto, Iosfáharze – pouczył go. – Nic jeszcze nie jest postanowione, możesz mówić bez ogródek.
    Ios westchnął krótko.
    – Marzy mi się własny plac treningowy. W końcu ruch to zdrowie, a ja mogę nauczyć tych chłopców wystarczająco dużo. Tęsknię za rutyną, którą zostawiłem w domu.
    – Rozumiem.
    Z tonu głosu Lekala Grimma nie sposób było niczego wyczytać. Iosfáhar nie miał bladego pojęcia dokąd zmierzała ta rozmowa. Może był głupi, jeśli myślał, że może sobie wymyślić przytułek? Może nie wiedział na co się porywał? Albo wręcz przeciwnie i miało to jakiś, najmniejszy nawet sens? Nie wiedział. Mógł jedynie liczyć, że szczerość i dobre intencje wyciągną go z całego tego bałaganu.
    – Powiedziałeś mi wystarczająco na początek – podsumował Lekal. – Przyszedłem do ciebie z ofertą nie bez powodu. Za tydzień mamy tutaj święto, być może o nim słyszałeś.
    – Tamlan?
    – Dokładnie tak. Proponuję ci układ: chciałbym ci pomóc z przytułkiem, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku, a w zamian reprezentowałbyś dom Grimmów na turnieju.
    – Na turnieju w przyszłym tygodniu, tak? – spytał ostrożnie.
    – Ewentualnie również na innych turniejach. To nie jest kontrakt na wyłączność. Mówimy tu raczej o... nazwijmy to prosto... pewnym wynajmie usługi. Byłbyś zainteresowany?
    – Musiałbym wrócić do regularnych treningów. Nie mam ostatnio wielu okazji, by trzymać miecz w ręku... Ale myślę, że byłbym w stanie. Nie zawiodę, lordzie Grimm.
    – Doskonale. Szczegóły ustalimy później – zarządził Grimm. – Przyślę kogoś z umową do podpisania.
    Podniósł się z krzesła. I wtedy właśnie Ios zobaczył coś, co zmroziło go do szpiku kości. Pod płaszczem ukrywały się dwa dodatkowe ramiona. Kimkolwiek Lekal Grimm był, raczej nie był zwyczajnym człowiekiem. O ile w ogóle był człowiekiem. Dodatkowe ramiona zniknęły z widoku tak szybko jak się pojawiły, zostawiając go z masą pytań, których nie wypadało mu zadać.
    Brawo, Ios. Wpakowałeś się w pakt z demonem dla dobra dzieci. Mistrz byłby z ciebie dumny.
    Lord Grimm wyciągnął rękę – tę normalną – w stronę rycerza. Ios zerwał się z miejsca, uznając, że arystokracie nie wypada czekać na zwykłego rycerza. Ale dłoń lorda uścisnął z wahaniem.
    – To będzie dla mnie zaszczyt służyć pańskiej rodzinie, lordzie Grimm.
    Lekal skinął mu głową i ruszył do drzwi. Odwrócił się w progu.
    – Ach, Iosfáharze, turniej będzie na drewniane miecze. Do zobaczenia.
    I wyszedł. Najzwyczajniej w świecie. Tak jak zrobiłby to każdy człowiek. Ios jednak swoje wiedział. Te dodatkowe ramiona z całą pewnością nie były ludzkie. Na szczęście miał na głowie inne problemy.
    – Na drewniane miecze? – powtórzył sam do siebie.
    – Dobrze słyszałeś – rzucił Morven od niechcenia. – Będziesz się bił jak dziecko.
    Ios parsknął. Fortheim co i rusz go czymś zaskakiwał.
    – Idę na zakupy – oznajmił i wyszedł z domu.

poniedziałek, 22 lipca 2019

Od Iosfáhara – Mały człowiek z wielką misją

     W porcie wrzało już od rana. Ludzie przepływali z miejsca na miejsce w tylko sobie znanym kierunku i do tylko sobie znanego celu. Czasem zatrzymywali się, tworząc nieruchome wyspy, by po chwili znów podjąć swoją drogę. Po całym nabrzeżu kręcili się marynarze. Starzy, zniszczeni wieloletnią żeglugą, zaprawieni w bojach, świadomi niebezpieczeństwa, które niesie ze sobą otwarty ocean i mądrzy. Prawdziwe wilki morskie. Byli też i młodzi, świeży, biegający po trapach z ciężkimi skrzynkami niewiadomej zawartości. Kolejni krzątali się na bujających się, przycumowanych solidnie statkach, przygotowując je do kolejnego rejsu. Każdy zajęty i każdy ze swoim zadaniem. Niektórzy przechodnie kupowali ryby, muszle czy cokolwiek innego, co można było dostać bezpośrednio od ludzi, którzy właśnie przybili do brzegu. Nie brakowało tu również turystów, zachłannie rozglądających się na boki, którzy chcieli zobaczyć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Z którejś z tawern dobiegała skoczna, wesoła muzyka. 
     Iosfáhar nie czuł się częścią tego zgiełku. Siedział na murku oddzielającym miasto od położonego dużo niżej nabrzeża ciągnącego się nad samym morzem. Idealnie na granicy dwóch różnych zamętów, sam nie będąc częścią żadnego z nich. Siedział, zwieszając nogi ponad przechadzającymi się ludźmi, z łokciami wpartymi na udach i mrużył oczy w ostrym słońcu, odbijającym się od bezkresnego morza. Słony wiatr, pachnący jodem, wodą morską i przyprawami z okolicznego straganiku rozwiewał mu rozpuszczone w nieładzie włosy; oblepiał twarz i szyję lepką, solną mgiełką. Rycerz nie miał na sobie zbroi. Bryza poruszała sznurkami skromnie zawiązanej z przodu roboczej koszuli przypominającej w dotyku bardzo dobrej jakości jasny worek. Mało tego, uparty wiatr wdzierał mu się pod koszulę i drażnił nieprzywykły tors. 
     Ios podniósł ręce do ust i zatopił zęby w miękkim drożdżowym cieście. Nie tak dawno kupił u niskiego człowieczka coś, czego nazwy nawet nie znał. Wyglądało to jak wyjątkowo puszysta bułka z ledwością mieszcząca mu się na dłoni, podobna do tej, które jadł jeszcze w twierdzy Sanctecry. W dodatku nafaszerowana była podsmażanymi, dobrze przyprawionymi warzywami. W skupieniu przeżuł odgryziony kęs, delektując się każdą sekundą i przełknął z zadowoleniem. Dziwna bułka była smaczna. Oblizał wargi, pozbywając się resztek przypraw i słonej mgiełki, a potem znowu ugryzł. 
     Nigdzie mu się nie spieszyło. Gdyby przyszło o ścisłość Fortheim go nie potrzebował. Większość tutejszych – gdyby w ogóle zdawała sobie sprawę z tego kim jest i skąd przybył – już od pierwszych jego słów widziała w nim raczej nieszkodliwego wariata, który ubzdurał sobie, że ma jakąś misję. Nikt nie usiłował potraktować go poważnie, więc Iosfáhar także zaczął patrzeć na siebie z dystansem. Z początku nie wychodził z mieszkania inaczej niż w pełnej zbroi, a ubranie jej w pojedynkę proste wcale nie było. A teraz proszę! Częściej wychodził ubrany jak każdy inny Fortheimczyk. Niezłomny także jakby częściej zostawał w domu oparty o ścianę w kącie, patrząc z wyrzutem na swojego właściciela. Pod wpływem Fortheimu Ios zdawał się jakby... normalnieć? Nie byłoby w tym nic dziwnego, oczywiście. Z pewnością ułatwiłoby mu to życie i nieco poprawiło zdanie sąsiadów na jego temat. 
     Ale czy sam Iosfáhar tego chciał? Czy chciał czuć się nikomu niepotrzebny, chociaż całe dzieciństwo wmawiano mu, że jego obowiązkiem służyć ludziom za ochronę? Czy chciał rozleniwiać się absolutnym brakiem zajęcia? Czy chciał marnować dnie na bezużyteczny trening dla zachowania sprawności? Czy… 
     Oczywiście, że nie chciał. Był przede wszystkim sanctekrytą. Nie mógł nawet znieść myśli o tym, że miałby tak po prostu odwiesić zbroję na stojak, schować Niezłomnego do szafy i zająć się tym, czym każdy w tym piekielnym mieście. Ale postęp nie potrzebował bohaterów. Ani tych najmniejszych, codziennych, własnych ani tym bardziej tych wielkich, obcych. Nie potrzebował Iosfáhara. A Iosfáhar nie potrzebował Fortheimu. 
     Znowu wgryzł się w bułkę, jakby nieco agresywnej niż do tej pory. Przeżuł razem z nią swoje wątpliwości, przegryzł się przez niemoc i bezsilność. Właśnie przez takich jak on Sanctecra była coraz bliższa krańcowi swojej wielkiej historii. Poczuł wstyd. Był Niezłomnym i wątpił. Co powiedziałby Wielki Mistrz Arucarn? Czy Nieulękły pochwaliłby go za to? 
      Powiedziałby: Nie szkodzi, Iosfáharze, nie szkodzi. Jesteś jeszcze młody, możesz popełniać błędy. Wątp w nas, jeśli to przyniesie ci ulgę. Zadawaj pytania, szukaj sensu, to rzecz młodych. Kiedyś zrozumiesz... 
     Z trudem przełknął nagle zbyt wielki kęs – bułka smakowała teraz poczuciem winy. Mistrz Arucarn nie okazałby wprost zawodu. Był wielkim mędrcem i wspaniałym wojownikiem. Ale byłby zawiedziony, może nawet rozczarowany postawą swojego ucznia. A Iosfáhar musiałby żyć ze świadomością, że niewypowiedzialnie zawiódł Wielkiego Mistrza, który ocalił go od – w najlepszym przypadku – życia ulicznika. 
     W dodatku Nieulękły zaufał mu i pozwolił zupełnie samemu wyprawić się aż za ocean. Musiał mieć w tym cel… Musiał, inaczej Iosfáhar nadal stacjonowałby w pustoszejącej twierdzy, czekając na cud i wielkie odrodzenie zakonu. Ale Sanctecra nie była feniksem i nie zamierzała odradzać się sama z siebie. W okolicy także nie było nikogo, kto miałby ochotę wyciągnąć do wymierających świętych rycerzy pomocną dłoń. A skoro tak, pomocy należało poszukać gdzieś indziej. Gdzieś, gdzie o Sanctecrze jeszcze nie słyszano. Gdzieś, gdzie można było osiedlić się, dostosować do nowego oblicza świata, ponownie zrównać się z najświetniejszymi… W stolicy postępu – Fortheimie. 
     Iosfáhar wyprostował się jak struna, płosząc przysiadłe obok mewy. Zaraz potem, nie zwracając uwagi na ich oburzony jazgot, zmrużył podejrzliwie oczy. Czyżby…? Czy to mogło być jego zadanie? Czy Wielki Mistrz odważyłby się, by wysłać go tak daleko i mieć nadzieję, że Ios sam się domyśli? Mógłby – był najodważniejszym z odważnych. I często zdarzał się wierzyć w swoich podopiecznych bardziej niż oni sami w siebie kiedykolwiek. A skoro tak, nie było czasu na zwłokę. Ważne zadanie czekało. Tylko od czego zacząć? Nie potrafił zakładać nowych zakonów. Ani tym bardziej siedzib dla już istniejących. W ogóle młody był jeszcze i niedoświadczony. Było tak wielu sanctekryckich Mistrzów, którzy nadawali się do tego lepiej. Którzy już czegoś dokonali. 
     Zwiesił ramiona, czując z powrotem jak przygniata go bezsilność. Znalazł cel, już prawie-prawie uczynił go swoim, a ten jak na złość mu się wymknął. Ios został z pustką w duszy. Tym gorszą i straszniejszą, iż już prawie znalazł na nią sposób i przez chwilę poczuł się znów dobrze. Ale i to zostało mu odebrane. 
     Niechętnie skończył jeść i otrzepał palce z okruszków. Wstał ze zdumiewającym wysiłkiem. Czuł się staro, jakby w przeciągu zaledwie paru minut przybyło mu nagle kilkadziesiąt lat. Nic to, trzeba było żyć dalej. Gdyby tylko nie ta okropna świadomość, że zostało się wyznaczonym do czegoś wielkiego… I nie było się w stanie temu podołać. Czemu? Czemu Mistrz Arucarn wybrał akurat jego? Niezłomnego, z psiej łaski. Jaki on tam Niezłomny? Nie dość, że jak najbardziej złomny, to jeszcze do tego zagubiony i kompletnie sobą rozczarowany. I pomyśleć, że kiedyś uważany był za wzór w kwestii wiary w zakon. Dawno temu, gdy jeszcze wszystko było z nim w porządku. Upadł. Czy tego chciał, czy nie, upadł i nie było komu pomóc mu się podnieść. 
     Poprawił przytroczonego do pleców Niezłomnego. Miecz ciążył bardziej niż powinien. Ios pogładził głowicę niemalże z czułością. Łudził się, że w taki sposób udobrucha oręż, ale ten również zawiódł się na nim przeokrutnie. Nawet miecz był silniejszy od Iosfáhara i nie omieszkał mu tego boleśnie uświadomić. 
     Nie pozostało mu nic innego jak odejść. Wrócić do domu, spakować się i wyjechać byle dalej od Fortheimu i plamy na honorze. Zachowanie tchórzliwe i przeciwne jego wychowaniu, ale czy mógł zawieść jeszcze bardziej? Gorzej byłoby chyba tylko wtedy, gdyby znalazł sobie kobietę, a potem sam siebie uśmiercił. Nic innego nie mogło mu już bardziej zaszkodzić. Tylko niestety Iosfáharowi nie spieszyło się do opuszczania miasta. Powód był prosty: chłopak (bo na bycie mężczyzną jeszcze nie zasłużył) nie miał się gdzie podziać. Ani myślał podkulić ogona i wrócić do domu. Nie zniósłby spojrzenia Mistrza Arucarna. Nie wytrzymałby pytań innych rycerzy. A dalej w świat? Kto wie, co czekało na niego dalej. Może świat kończył się na Sanrewii i nie było gdzie dalej iść? 
     Ios nie wiedział. A im bardziej się zastanawiał, tym bardziej docierało do niego jak paskudnie był nieprzygotowany. 
     Nie doszedł jeszcze nawet do końca ulicy, gdy wpadło na niego jakieś umorusane dziecko. Iosfáhar zamrugał w konsternacji, nagle wyrwany z głębokich i ciemnych odmętów swoich myśli i spojrzał na dziecko. Wychudzony chłopczyk w potarganych, brudnych spodenkach i za dużej kamizelce mocno się przeliczył, podejmując się szarży na rycerza i sam jeszcze do końca nie doszedł do siebie. Ale w ręce trzymał sakiewkę Iosa. 
     – Hej! 
     Iosfáhar sięgnął po swoją własność. Dzieciak zdążył się zorientować w czym rzecz i rozpaczliwie rzucił się do tyłu poza zasięg rąk Iosa. A potem zebrał się w sobie i odbiegł w popłochu, nawet nie oglądając się za siebie. Każdy normalny człowiek na miejscu Iosfáhara wyrzuciłby z siebie serię niewybrednych przekleństw. Iosfáhar jedynie westchnął, wznosząc oczy ku niebu i również zaczął biec. Przecież nie mógł być wolniejszy od jakiegoś tam dzieciaka, czyż nie? 
     Otóż mógł być. I niemalże był. Złapał dziecko dużo później niż zamierzał i tylko dlatego, że chłopczyk popełnił błąd, skręcając w ślepy zaułek. Potem nie zdążył się wspiąć na murek i zniknąć w uchylonym oknie, bo Ios złapał go i siłą postawił przed sobą, trzymając właśnie za podarte spodenki. 
      – Chyba coś mi zabrałeś, chłopczyku – zaczął surowo. 
     Mimo wszystko nie wściekał się. Nie był nawet zły. Sieroty kradnące na ulicach nie były dla niego żadną nowością. Prawdopodobnie on sam by to robił, gdyby nie przygarnęli go sanctekryci. 
     Chłopczyk odwrócił głowę, nie chcąc z nim rozmawiać. 
     – Oddaj sakiewkę – zażądał Iosfáhar. W jego głosie pobrzmiała stanowczość. – Jeśli zrobisz to teraz, przysięgam, że nic ci się nie stanie. 
     – Jasne! A Avril dogada się ze Sandengardem – prychnął chłopiec, krzyżując wątłe ramionka na piersi. 
     W lewej dłoni kurczowo ściskał własność Iosa i ani myślał jej zwracać. Iosfáhar wyciągnął do niego wolną rękę, zachęcająco poruszając palcami. Mimo to dziecko nadal uparcie trzymało się sakiewki. 
     – Proszę, zwróć ją. 
     Chłopczyk roześmiał się w głos i pokręcił głową z niedowierzaniem. 
     – Nowy w mieście, co? Na pewno nowy! My to tutaj inaczej załatwiamy… 
      – Czyli? – spytał Iosfáhar, przyswajając niechętnie fakt, że poucza go małe dziecko z ulicy. 
     – Noooo… W najgorszym obrocie spraw wleczesz mnie do najbliższego patrolu straży i oni oddają ci sakiewkę, a mi spuszczają lanie. W nieco lepszej wersji wyrywam ci się i uciekam, a potem już nigdy się nie spotykamy – Chłopczyk wyliczał na palcach kolejne możliwości, uśmiechając się przy tym szelmowsko. – I ta wersja podoba mi się dużo bardziej. A w ogóle w najlepszej z możliwych opcji naciągam cię na jeszcze więcej kasy i potem uciekam. Ale na to chyba za późno… 
     Iosfáhar zamrugał skonsternowany. Chłopiec, zauważając jego dezorientację, szarpnął się w nadziei, że faktycznie ucieknie. Iosfáhar jednak trzymał go w stalowym uścisku i z łatwością usadził z powrotem przed sobą. Może i nie był tak zwinny jak mały ulicznik, ale z pewnością o wiele silniejszy. 
     – Wobec tego – ciągnął chłopczyk niezrażony nieudaną ucieczką – jako, że jestem człowiekiem biznesu, a ty chyba nierozgarnięty, zaproponuję ci układ. Moja wolność za dowolne informacje, co? Stoi? 
     – Nie ma mowy, chłopczyku. – Iosfáhar pokręcił głową. – Raz jeszcze proszę, zwróć sakiewkę. 
     Chłopiec wyrzucił w górę ręce w geście irytacji. 
     – Ja nie mogę! Jak grochem o ścianę! Robisz dla przygłupa wyjątek, proponujesz uczciwą ofertę to nie! Sakiewki mu się zachciało i na tym został! Człowieku, a co ja z tego będę miał? Co? 
     – Dobry uczynek i czyste sumienie? – spróbował Ios. 
     Chłopiec tylko zaśmiał się szyderczo. 
     – Czystym sumieniem to ja się nie najem, dziękuję bardzo – fuknął. 
     Iosfáhar zniósł to wszystko z niesamowitym spokojem. Nadal nie był bliski tego, by stracić cierpliwość. Mało tego, słowa chłopczyka nie tylko nie robiły na nim najmniejszego wrażenia, ale także sprawiły, że zaczął mu współczuć. 
     – Masz jakąś rodzinę? – spytał łagodnie. 
     – Oczywiście, że mam! Pół ulicy do wykarmienia jest! Jak ty sobie to wyobrażasz bez tych twoich pieniędzy? Silny z ciebie przygłup, zarobisz se. A z nami co? Z głodu mamy w rynsztoku pozdychać? 
     – Nie. To niedopuszczalne. Ale nie mogę cię wypuścić… 
     – Jak to nie? Po prostu puść spodenki i już. Na pewno sobie dasz z tym radę! 
     – Zrobiłeś coś bardzo złego, chłopczyku… 
     – A więc do straży – skwitował chłopiec ponuro. – I tak nawiasem mówiąc, to nazywam się Morven, a nie żaden „chłopczyk”. Dla nieznajomych Żuraw. 
     Iosfáhar zmrużył oczy, szukając w pamięci symboliki tego ptaka. 
     – To od wierności, piękna czy mądrości? – zmarszczył brwi, usiłując się doszukać którejś cechy u chłopczyka. 
     Morven tylko przewrócił oczami, najwyraźniej spisując nierozgarniętego przygłupa na straty. 
     – Od nieszczęścia… 
     – Och… To bardzo zły przydomek. 
     – Ale za to trafiony! Puścisz mnie w końcu czy mam potargać swoje spodenki? Albo weź mnie już do tych strażników, a nie… Co cię tak na dyskusje wzięło. Nieuczciwym ulicznikom w pracy przeszkadzasz… 
     – Mam lepszy pomysł – odparł, starannie ignorując drugą część – Oddasz sakiewkę, a ja kupię ci jedzenie, w porządku? 
     – Nie kręcisz? – Chłopiec zmierzył go podejrzliwym spojrzeniem. 
     – Nie śmiem. Słowo rycerza. 
     – Tak? To puść! – Morven wyszczerzył zęby w cwaniackim uśmiechu. 
     Iosfáhar pobłażliwie pokręcił głową, raz jeszcze wyciągając rękę do dziecka. 
     – Najpierw pieniądze, cwaniaczku. 
     Morven westchnął ciężko, godząc się ze swoim losem. Z drobnym ociąganiem wcisnął rycerzowi w rękę jego własność i skrzyżował ręce na drobnej piersi. 
     – Za szybko się uczysz jak na przygłupa… – mruknął. 
     Iosfáhar zaśmiał się krótkim, szczerym śmiechem, ale rozluźnił uchwyt i uwolnił dziecko. Morven odsunął się od niego na bezpieczną odległość. Poprawił swoje spodenki. 
     – Hej! – drgnął nagle, przypominając sobie o czymś. – A byłeś już na jarmarku? 
     – Na czym? – spytał Ios. 
     Morven prychnął. 
     – A ten znowu nietutejszy… Chodź, pokażę ci! Tam mi kupisz to jedzenie, które obiecałeś! 
     Morven zgrabnie wyminął Iosa i ruszył przed siebie szybkim, zwartym krokiem ulicznika. Poruszał się jak polujący kot. Trzymał się ścian, z rzadka wychodząc na bardziej otwarty teren środka ulicy. Dzieciak musiał spędzać większość dni na byciu niewidzialnym. Iosfáhar podobnego zmysłu i wyczucia nie miał, więc parł przed siebie jak lodołamacz, tupiąc ciężko. Robił co mógł, by nadążyć za przemykającym jak cień dzieckiem, bo Morven nie przepuścił żadnej okazji na to, by mu dogryźć. Im bardziej się jednak spieszył, tym częściej potrącał przypadkiem innych przechodniów, rzucając pełne skruchy: „Przepraszam!”. Ios miał się do tej pory za całkiem sprawnego mimo swojej słusznej postury… A Fortheim znowu znalazł sposób, by dać mu prztyczka w nos. 
     W tenże sposób z wątpliwą gracją przecięli całą dzielnicę portową i zagłębili się w zgoła bardziej handlową część miasta. Budynki tutaj nie pokrywały się solą. Ogólnie wyglądały ładniej i przytulniej, chociaż ściśnięte były do granic możliwości. Pomalowano je na przyjemne dla oka kolory i chociaż trudno było znaleźć obok siebie dwa w podobnych odcieniach, nie wydawały się krzykliwe. Nad ciasną ulicą rozpięto sznurki, na których ponad głowami przechodniów suszyło się cudze pranie. Domy musiały należeć do kupców, bo tak nakazywała Iosowi jego logika. Z drugiej jednak strony za drzwiami mógł mieszkać ktokolwiek – Iosfáhara niewiele mogło już zdziwić. 
     – Co to za jarmark? – spytał w końcu. – I daleko jeszcze? 
      – Nieee… No może z cztery ulice zostały – Morven odwrócił się w jego stronę, ale nawet idąc tyłem nie stracił nic z kociej sprężystości – Naprawdę nigdy nie słyszałeś o jarmarku? Wiesz, o jarmarku na cześć handlowej solidarności połowy kontynentu? Nic, a nic? 
     Iosfáhar pokręcił głową. Uciekł wzrokiem w górę, ku rozwieszonemu ponad nim praniu. Na widok bezwstydnie rozwieszonej damskiej bielizny jeszcze szybciej spuścił wzrok, wbił go w bruk pod nogami i spłonął rumieńcem wstydu. 
     – Aleś ty święty – skomentował Morven ze śmiechem, podążając wzrokiem za spojrzeniem rycerza. – Kim ty właściwie jesteś? I skąd tyś się wziął w Fortheimie? Ewidentnie to nie twoja bajka… 
     – Nazywam się Iosfáhar. Iosfáhar Niezłomny. Z Sanctecry – odparł Ios. 
     – Z Sanc-czego? 
     Iosfáhar podniósł wzrok z powrotem na chłopca, starannie nie spoglądając wyżej niż było trzeba. Nie mógł ponownie ryzykować zobaczenia czegoś, czego nie powinien. Mimo to uśmiechnął się z zadowoleniem. 
     – Nie mogę uwierzyć, że słynny Żuraw Morven czegoś nie wie. 
     Morven obruszył się i nastroszył. 
     – Oczywiście, że wiem – oświadczył, nim na jego twarzy wykwitł przebiegły uśmieszek – tylko zapomniałem sobie. Może mi, świętoszku, odświeżysz pamięć? 
     Chłopiec zniknął nagle w bocznej uliczce, czym zmusił Iosa do równie gwałtownej zmiany kierunku i wejścia w jeszcze ciaśniejsze, ciaśniejsze zakamarki miasta. 
     – Otóż Sanctecra, mój drogi Morvenie, to najwspanialsze na świecie miejsce – zaczął Ios, z niekłamaną czułością w głosie. – Mój dom. 
     – To jakiś kraj? 
     – Przeciwnie. To twierdza zakonna. 
     – Czyli nie jesteś wyznania Świetlistej? 
     – W żadnym wypadku. 
      – To się lepiej nie przyznawaj, dobrze ci radę. Świetliści nie lubią innowierców. 
    – Ja też nie przepadam… – przyznał niechętnie Iosfáhar. – Ale obawiam się, że jestem w tak przerażającej mniejszości, że i tak nie mam niczego do powiedzenia. 
     – Dobra, a czym wy się tak właściwie zajmujecie? 
     Na twarz rycerza wypłynął uśmiech, który mógłby z powodzeniem konkurować z przebiegłym uśmieszkiem kombinatora Morvena. 
     – Znasz bajki o wielkich rycerzach? Tych od smoków i ratowania wiosek? 
     Morven zatrzymał się w pół kroku, mierząc Iosa uważnym spojrzeniem. W oczach chłopca podziw mieszał się z niedowierzaniem i nieufnością. Iosfáhar, widząc to, uniósł podbródek w niemym wyzwaniu. 
     – Teraz to na pewno mnie kłamiesz – zarzucił mu chłopiec. 
     – Nie mógłbym. Ślubowałem zawsze mówić prawdę i tylko prawdę. A święty rycerz zawsze dotrzymuje danego słowa… 
     – Załóżmy, że ci wierzę… I tak hipotetycznie byłbym zainteresowany poznaniem cię bliżej. Masz zamiar uratować w najbliższej przyszłości jakąś wioskę? Albo uwolnić księżniczkę z wieży? 
     – Och, ależ skądże… – Ios machnął niedbale ręką, siląc się na pewność siebie – Mam zamiar zrobić coś znacznie lepszego. Ale cicho sza! To tajna misja. 
      Morven zatrzymał w miejscu. Oczy błyszczały mu zainteresowaniem. 
     – Obawiam się, świętoszku, że zaskarbiłeś sobie moją uwagę. Powinieneś zacząć się bać, ale jeszcze nie teraz. Jarmark jest tuż za rogiem! 
     Jak na zawołanie do uszu rycerza i ulicznika dotarły pierwsze dźwięki skocznej melodii. Przed sobą Ios widział już wyjście z ciemnej, ciasnej uliczki wprost na szeroką arterię. Zatem dziwaczny skrót, którym przeprowadził go Morven, musiał prowadzić w pobliże któregoś z licznych miejskich placów. Iosfáhar przyspieszył kroku, chcąc jak najszybciej znów znaleźć się na nagrzanej słońcem, a przez to o wiele przyjemniejszej ulicy. 
     – Patrzcie państwo jak wyrwał do przodu! – zaśmiał się Morven, ale nie pozwolił zostawić się w tyle. – Kto by pomyślał, że jarmark aż tak go zaciekawi! 
     Iosfáhar zbył jego słowa nieokreślonym pomrukiem. 
     Ledwie wypadł z uliczki wprost pod nogi idącej w stronę jarmarku grupki mężczyzn, a jego oczom ukazały się cuda, o których nie śmiał nawet marzyć. Obiecany mu jarmark przerósł najśmielsze oczekiwania Iosa. Był ogromny – zajmował nie tylko całą powierzchnię placu, ale rozlewał się również w każdą z odchodzących od niego ulic. Oszołomił go gwar wielu głosów i unosząca się dookoła egzotyczna muzyka. Widział tłum ludzi, przeciskający się od straganu do straganu w poszukiwaniu osobliwości, których nikt po tej stronie morza nie miałby prawa zobaczyć. Iosfáhar powiódł wzrokiem po najbliższych mu straganach, szybko orientując się, że oto nadarzyła się okazja, by zobaczyć kawał świata, właściwie nie ruszając się z miasta. Dlatego rycerz ruszył przed siebie, starając się zamaskować zaciekawieniem niepokój, który go ogarnął. Morven jak cień podążał tuż za nim. 
     Noveirski handlarz rozłożył swój dobytek na barwnym, wzorzystym dywanie. Handlował jakimiś błyskotkami, których Ios nigdy przedtem nie widział. Złote i srebrne przedmioty były finezyjnie powykręcane i przyozdobione kolorowymi kamieniami. Nie sposób było zgadnąć do czego służą. Jednakże z twarzy wiekowego handlarza biła mądrość i spokój. Więc Ios założył, że dziwne przedmioty mają związek z wiedzą. I być może – ale tylko może – mogły służyć za zbytecznie luksusowe zakładki czy przyciski do papieru. W każdym razie on sam by ich do tego użył. 
     – Podobają ci się moje drzewka? – zaczepił go handlarz. Miał wyraźnie wyczuwalny akcent. Siedział na swoim dywanie, oparty o ścianę za plecami i ze skrzyżowanymi nogami. Sprawiał wrażenie jakby odpoczywał. Ale oczy pozostały czujne. I wpatrywały się natarczywie w Iosa z taką mocą, że ten poczuł się niezręcznie. 
      – Drzewka? – podłapał Niezłomny. 
     – Drzewka pomyślności. Musisz kupić jedno, zasadzić w ziemi i czekać na dar od duchów przodków, które obdarują cię niewyobrażalnymi łaskami! 
     Iosfáhar zmrużył podejrzliwie oczy. Czy handlarz usiłował właśnie przekonać go do uwierzenia w gusła? Niedoczekanie. 
     – Są metalowe – oświadczył z całkowitą pewnością i powagą. – Nie ma sensu ich sadzić w ziemi. Nie mogą urosnąć bardziej. 
     Morven szarpnął go za koszulę. Ios zerknął w jego stronę tylko po to, by odkryć, iż na twarzy chłopczyka maluje się pobłażający wyraz. Oraz lekkie, zupełnie niezrozumiałe dlań zażenowanie. Handlarz tymczasem podniósł się na kolana, ujął w dłoń jedno z mniejszych drzewek i gotów był już wcisnąć je w dłoń Iosa. 
     – Tanio sprzedam… Taniutko. Tak tanio jak u mnie to nigdzie nie ma – przekonywał gorliwie. 
     – Nie chcemy pana drzewek – uciął Morven, ciągnąc Iosa w stronę reszty jarmarku. 
     – Nie odzywaj się, dziecko, kiedy rozmawiam z ojcem – skarcił go handlarz. – To bardzo nieuprzejme przeszkadzać starszym. 
     – To nie jest mój ojciec! – zaprzeczył stanowczo Morven. – Jest pod MOJĄ opieką! I musimy już iść! 
     Szarpnął Iosfáhara mocniej i bardziej nagląco. A Ios zgłupiał kompletnie, więc stał tylko ze zdumioną miną i wysoko uniesionymi brwiami. Dał się jednak odciągnąć chłopczykowi na bezpieczną – zdaniem Morvena – odległość, czyli wprost pod straganik młodej kobiety handlującej tkaninami. 
     – Nigdy, ale to nigdy więcej, nie wdawaj się w rozmowę z noveirskimi kupcami, łapiesz, świętoszku? – zaczął pouczać go chłopczyk. 
     Musiało wyglądać to wprost komicznie. 
     – Jasne… – mruknął Ios, wciąż niepewny tego, co stało się chwilę wcześniej. 
     – A w ogóle najlepiej będzie jak nie będziesz się odzywał wcale. Zostaw mówienie mi, stoi? 
     – Nie. Nie ma szansy – zaprotestował. – Po prostu poszukajmy jedzenia i wynośmy się stąd. 
     – Nie chcesz sobie pozwiedzać? 
      Niczego już nie rozumiał i nie był pewien. Jarmark przytłoczył go już na wejściu, czego nawet nie starał się ukryć. Poza tym Ios nigdy nie widział aż tylu ludzi pochodzących z tak wielu miejsc w tym samym czasie. I wszyscy byli inni. Tak wiele odmienności na raz. A Iosfáhar nie przepadał za nowościami, nad którymi nie miał żadnej kontroli. Co innego testować technologię przyszłości w zaciszu własnego mieszkania, a co innego ścierać się z obcą kulturą na ulicy, gdzie wszyscy dookoła byli mimowolnymi świadkami. Ale nawet pomimo swojego zagubienia, pomimo dezorientacji i niezrozumienia, jednej rzeczy był absolutnie i niezachwianie pewien. Przyjście na jarmark było jednocześnie najlepszą i najgorszą rzeczą, która go do tej pory spotkała. 
     – Tylko troszkę. Nie mam zamiaru przejść tutaj każdej alejki… 
     – Ale tak trochę zerknąć to już tak? – dokończył za niego Morven. 
     – Tak. 
     – Przepraszam – wtrąciła dziewczyna zza szerokiej ławy, na której rozwiesiła swoje materiały. – Skoro już wszystko ustaliliście, może skusicie się na któreś z tych cudowności? 
     Ios rzucił okiem na wytworne, kolorowe tkaniny i ręcznie haftowane wzory. Potem spojrzał kobiecie w oczy. Ujrzał w nich cień zainteresowania i ten charakterystyczny błysk natarczywości, który zobaczył u tamtego handlarza drzewkami. Spłoszył się więc i czym prędzej oddalił, nie przejmując się zbytnio śmiechem, którym Morven skwitował jego zachowanie. 
     – Wygląda na to, że mnie potrzebujesz, świętoszku – oznajmił mu wesoło chłopczyk. – Beze mnie z g i n i e s z śmiercią tragiczną! 
    – Jakimś cudem jednak dotrwałem do momentu naszego spotkania… – mruknął Iosfáhar w odpowiedzi. 
     – Dokładnie tak. Dotrwałeś czystym cudem. Ale nic się nie bój, Żuraw nie da ci zginąć. 
     – A ile mnie to będzie kosztować? 
     Morven przystanął na krótką chwilę, unosząc brwi w geście zdziwienia. Szybko doszedł do siebie i na jego twarzy na powrót zagościł pewny siebie, zbójecki uśmieszek. Mimo wszystko chłopczyk sprawiał wrażenie o wiele starszego niż był w rzeczywistości. 
     – No proszę, proszę… Stanowczo za szybko się uczysz… 
     – Ile? 
     – Tyle co nic! Ledwo dach nad głową i pełny brzuch, co to dla ciebie? 
     Iosfáhar zastanowił się nad złożoną mu propozycją, krytycznie przyglądając się Morvenowi. Czy chłopczyk mógł zmieścić się w jego niewielkim mieszkanku? Zapewne mógł – przecież nie zajmował wiele miejsca. I ewidentnie miał coś, czego brakowało rycerzowi. Morven miał konieczne dla przeżycia w Fortheimie obycie. Ios go potrzebował. Czy tego chciał, czy nie. 
     – Dla mnie? Nic, a nic – uśmiechnął się lekko. – Pytanie tylko czy ty jesteś na to gotowy. 
     – Hę? 
     – Mój dom, moje zasady, chłopczyku. Przygarnę cię, oczywiście, bo dlaczegóżby nie? Ale obawiam się, że nie podołasz. 
     Morven napuszył się pomimo tłumu, który szczelnie ich otaczał. 
     – Dam radę wszystkiemu! 
     – Tak? 
     – Tak! Tak, tak! Co mam zrobić? 
     – Nic prostszego… Tylko przyuczę cię na rycerza. 
     Chłopczyk posłał mu ostrożne spojrzenie i założył wątłe ramionka na piersi. 
     – Takiego jak ty? – upewnił się. 
     Iosfáhar pokiwał głową. 
     – I o mnie też będą opowiadać historie? 
     – Jeśli będziesz dobry i dokonasz czegoś godnego… To tak. Raczej tak. 
     Chłopczyk posłał mu szeroki, szczerbaty uśmiech. 
     – Idę na to! – zadeklarował ze śmiechem. – Zostanę rycerzem jak z bajki! 
     – Zostaniesz, zostaniesz… 
     – A inni? – spytał Morven. – Mam wielu kolegów. Oni też mogą być chcieć być rycerzami, wiesz? 
     Iosfáhar uśmiechnął się. Jednak potrafił otwierać nowe siedziby zakonów. Przecież Sanctecra także zrzeszała młodych chłopców z ulicy, by dać im cel i godną przyszłość. Czyli wystarczył jeden rycerz po ślubach i grupka sierot. Sierot, do których Ios właśnie otwierał sobie drzwi. To bez wątpienia był dobry początek. Dokładnie tak, jak chciał i zapewne przewidział Mistrz Arucarn. 
     – Możesz przyprowadzić każdego, kto będzie chciał mnie słuchać. W porządku? 
     – Aha! – zgodził się chłopczyk, szybko przytakując – Powiem wszystkim, których spotkam! 
     – Ale koniec z kradzieżą, tak? Od dzisiaj tylko uczciwa praca – Iosfáhar żartobliwie pogroził mu palcem. 
     – A jaką to pracę może dostać dzieciak? – zdziwił się Morven. 
     – Pokażę ci w swoim czasie, Morvenie. 
     – Dobrze, dobrze… Koniec ze złodziejstwem. Szkoda, dobry w tym byłem… 
     – Rycerzem będziesz jeszcze lepszym – obiecał mu Ios. – A teraz proszę cię, poszukaj nam czegoś jadalnego. 
     – I zabierzesz mnie do swojego domu? – upewnił się Morven. 
     – Teraz to już raczej do naszego domu.

sobota, 13 stycznia 2018

Iosfáhar Niezłomny


ArtStation - project "gaia" "white scroll", sangsu jeong
Sangsoo Jeong
Był z nimi Rycerz, szlachetny i prawy,
Który od pierwszej młodości wyprawy
Rycerskie cnoty umiłował kornie:
Wierność, cześć, hojność, obyczaje dworne.
Opis
- Przysięgasz uznawać honor za wartość najwyższą i kierować się dyktowanymi przezeń prawami, a także żyć w zgodzie z własną naturą?
- Przysięgam, Wielki Mistrzu zwany Nieulękłym.
- Czy gotów jesteś walczyć z fałszem oraz żyć w prawdzie nawet za cenę własnej godności, reputacji oraz materialnego mienia?
- Jestem gotów do walki, Szlachetny.
- Ślubujesz gorliwe posłuszeństwo własnej religii, jednocześnie godząc się na istnienie innych? Decydujesz się cierpliwie znosić wszelkie przejawy prześladowania, nie prześladując przy tym innowierców?
- Ślubuję na własne imię, Dobrotliwy.
- Przyrzekasz kornie pokutować za każde odstępstwo od kodeksu i cnót najwyższych, którym winien jesteś bezwzględne posłuszeństwo?
- Przyrzekam, Litościwy.
- Czy potrafisz dać żywe świadectwo najwyższej pokory, nie oczekując w zamian szacunku właściwego bohaterom, których sławią nasze legendy?
- Potrafię, Szczodry.
- Przyrzekasz miłować sprawiedliwość bardziej niż siebie i wszystko co widzą twe oczy?
- Przyrzekam, Sprawiedliwy.
- Gotów jesteś odrzucić własne wygody dla miłosierdzia względem bliźnich? Być hojnym, gdy inni skąpią?
- Jestem gotów poświęcić wszystko, Miłosierny.
- Przysięgasz w każdym momencie życia kierować się słuszną szczerością oraz wielkodusznością?
- Przysięgam, Łaskawy.
 - Ślubujesz być skromnym, nie umniejszając własnych zasług, a przy tym nie pozwalając, by poniosła cię pycha i duma?
- Ślubuję, Skromny.
- Przyrzekasz własną piersią chronić tych, którzy pomocy potrzebują? Zawsze stać po stronie słabszych i uciśnionych?
- Zawsze i wszędzie, Pewny.
- Potrafisz dowieść swojej bezwzględnej lojalności prawdzie, prawu oraz swojemu Mistrzowi?
- Potrafię lepiej niż ktokolwiek, Lojalny.
- Gotów jesteś nieść pomoc czystą i bezinteresowną, przekładając dobro cudze ponad własną korzyścią?
- Jestem gotów, Pokorny.
- Czy w swym życiu wykazywał się będziesz odwagą, która pozwoli ci mierzyć się nawet z najgorszymi przeciwnościami? Zdecydowany jesteś do ostatniego tchu walczyć ze złem i każdym przejawem mocy nieczystej?
- Tak, jestem, Nieustraszony.
- Czy gotów jesteś żyć tak jak nakazuje tradycja? W zgodzie z obyczajem i kulturą?
- Jestem gotów, Mocny.
- Ślubujesz cechować się godnością i odnosić się z najwyższym szacunkiem względem każdego, kogo spotkasz?
- Ślubuję, Cierpliwy.
- Powstań więc, Iosfáharze, zwany od teraz Niezłomnym. Oto zbroja i święty oręż, byś mógł kontynuować dzieło swoich wielkich poprzedników. Bądź pozdrowiony, zaślubiony rycerzu zakonu Sanctecra wierny naszym ideałom. Niech światło prawości prowadzi cię dokądkolwiek pójdziesz.
* * *
     Dawno temu, w zamierzchłej przeszłości, gdy smoki panoszyły się na świecie, a ziemię porastała gęsta i nietknięta puszcza, świat opiewał czyny wielkich bohaterów. Były to lata, gdy powstawały wszystkie znane wszystkim legendy. Czasy mroczne i niebezpieczne, czasy potworów i wojen, magii i miecza, wielkich starć i jeszcze większego poświęcenia, ale także czasy herosów, mocarzy i tytanów dzielnie walczących o dobro, skutecznie dających odpór beznadziei i walczących w słusznej sprawie. Czasy prawdziwych rycerzy bez skazy, służących swojej świętej i jedynej misji, obrońców prawdy i zbawców ludzkości. Różnie mawiało się o ów herosach w różnych zakątkach świata, lecz zawsze z szacunkiem i uznaniem. Porównywano rycerzy do dumnych płomieni tańczących pośród czarnych mogił krzywdy i niegodziwości oraz do wielkiego ognia, który objął cały świat. Nie był to jednak straszliwy pożar trawiący królestwa i krainy, ani taki, który pożerał wszystko na swojej drodze. Rycerze przywodzili na myśl skojarzenia z wesoło trzaskającym płomieniem przydomowego ogniska, który rozświetlał mroki nocy i zapewniał ciepło, obiecywał spokój, radość i bezpieczeństwo.
     Czasy jednak zmieniły się i świat przestał potrzebować swoich bohaterów. Niegdyś traktowani z najwyższymi honorami rycerze doczekali się upadku równie majestatycznego, co czyny, którymi zasłynęli. Świat potrzebował postępu i rozwoju znacznie bardziej niż wiernych starym tradycjom ludzi w lśniących zbrojach i gotowych bez wahania oddać życie w obronie słabszych. Nadal darzono ich szacunkiem, bo jakżeby inaczej postąpić, ale nikt nie postrzegał ich roli za niezbędną. Zapomniano więc o rycerzach - szlachetnych płomieniach przeszłości. Nigdy jednak nie zapomniano tego, co zrobili. Opowieści powtarzano i cieszono się nimi ku uhonorowaniu dawnych czasów, wyłącznie po to, by odwrócić swoją uwagę od podupadających coraz bardziej bohaterów, bez których ów historie nigdy by się nie narodziły. Rycerze zniknęli tak jak nigdy nie powinni byli zanikać: cicho i bez walki. Dumnie podnosząc głowy, odeszli w cień, bo współczesność bez wahania oddała ich przeszłości, ale nie złożyli broni i nie powiedzieli ostatniego słowa. Wrócili do rodzinnego kraju, gdzie pamięć o nich jeszcze trwała, bo królestwo szczyciło się swoim tytułem ojczyzny bohaterów. Po wielu latach wędrówki znów spotkali się przy jednym stole tak jak winni byli to robić, nim każdy poszedł w swoją stronę.
     Zakon Rycerski Sanctecra - wszyscy bohaterowie dawnych lat - powrócił do swoich starych twierdzy i warowni, by w spokoju przetrwać złe lata. Rycerze nie pozwolili sobie jednak na marnowanie czasu. Wielkie ideały nigdy nie upadły całkowicie, a dawne wzorce znalazły swoje nowe, odpowiednio nowoczesne odpowiedniki. Zakon rycerski mógł na powrót zyskać siłę niezbędną, by świat nie został na łasce istot zrodzonych ze zła. Świat nadal potrzebował swoich bohaterów minionych lat, a więc nie mogło ich zabraknąć w chwili próby. Mistrzowie zakonni nie mogli na to pozwolić.
     Nawet jeśli przyszło im mierzyć się z wyzwaniem trudnym i wymagającym. Musieli sprawić, by podupadający w zrujnowanych siedzibach zakon powrócił do dawnej chwały i potęgi. Aby tego dokonać nie wystarczyło jednak zmienić organizacji i uwspółcześnić metody. Zakon potrzebował nowych, świeżych głów, gotowych do zaszczepienia w nich wartości zakonnych.
     Młodzi chłopcy - sieroty, dzieci niechciane, porzucone czy takie, których rodzice zaplanowali służbę dla dobra ludzi - napływali do bram warowni, gotowi stawić czoła czekającym ich wyzwaniom. Żaden z nich nie miał więcej niż sześć, może siedem lat. Wśród nich także i młodziutki blond chłopczyk bez własnego imienia o przestraszonym spojrzeniu jasnych oczu i bardzo wychudzonym ciałku - syn niezidentyfikowanego nigdy z imienia mężczyzny i jednej z wielu prostytutek, która nie miała ochoty utrzymywać dziecka powstałego z błędu. Już za murami twierdzy dostał swoje imię Iosfáhar na pamiątkę jednego z dawno zmarłych rycerzy. Otrzymał też przyszłość, której nigdy nie miał, rodzinę, której mu poskąpiono oraz jasny i dobry cel w życiu, żeby miał do czego dążyć. Surowe, wymagające wychowanie zakonne oraz nauka i ćwiczenia pod okiem wielkich mistrzów ukształtowały charakter dziecka odpowiednio dla czekającego go powołania. Chłopiec znosił wszystko bardzo dobrze, lepiej nawet niż jego rówieśnicy i nieco starsi chłopcy. Przenigdy się nie skarżył i nie tęsknił za domem, bo prawdę mówiąc im był starszy, tym lepiej wiedział, że nie ma do czego wrócić. W Sanctecrze miał wszystko i mury warownej twierdzy traktował tak jak powinien traktować swój dom i rodzinę. Nie mógł tęsknić za swoim kawałkiem świata, bo przez cały czas był u siebie.
     Lata mijały, a czas swoim odwiecznym zwyczajem nie zwykł nikogo oszczędzać. Mały, zagubiony chłopiec - bękart bez perspektyw - wyrósł i zmężniał aż stał się młodym, dorosłym mężczyzną o niespotykanie twardym jak na swój wiek spojrzeniu stalowo jasnych oczu i dumnej postawie zdeterminowanego i silnego rycerza. Trudno było połączyć przypominającego podobnego do małego szkieletu dzieciaka, patrzącego mętnym wzrokiem z wysokim i potężnie zbudowanym sanctekrytą o szerokich barkach i świetnie zarysowanych ciężkimi ćwiczeniami mięśniach. Iosfáhar przynajmniej z daleka sprawia wrażenie człowieka surowego i poważnego. Całkiem słusznie zresztą, bo nawet jeśli uprzejmy uśmiech bardzo często rozjaśnia jego twarz i gości na wąskich wargach, trudno pozbyć się wrażenia, że rycerz przedwcześnie dorósł i teraz jest starszy niż na to wygląda. Mimo wszystko same rysy jego twarzy przywodzą na myśl raczej niewinnego anioła w aureoli złotych włosów, sięgających nieco ponad ramię. Jego szczękę od czasu do czasu porasta wynikający z drobnego zaniedbania jasny zarost, ale mężczyzna nigdy nie pokazałby się w towarzystwie w tak niegodnym stanie. Dbałości o wygląd nie można mu odmówić, bo stosowną prezencję wpoiło mu wychowanie. Dlatego Iosfáhar zawsze jest zadbany (wbrew temu, co mówi się o mężczyznach i ich luźnym podejściu do higieny). Co prawda niemal codziennie nosi swoją zakonną zbroję, ale wynika to raczej z poczucia obowiązku niż lenistwa. Wtedy, gdy nie wypada zakładać na siebie stalowych płyt ubiera prosty, skromny strój pozbawiony zbędnych ozdobników, ale koniecznie czysty i świeży. Do ćwiczeń zwykł natomiast ubierać najprostsze, luźne koszule z najtańszych materiałów (w końcu i tak wcześniej czy później się podrą). Długi i masywny miecz z wyrytymi na zbroczu glifami oznaczającymi słowo Niezłomny towarzyszy mu jednak bez względu na wszystko. Rycerz ma na lewym obojczyku poziomą bliznę, a pytany o nią ze zbolałym uśmiechem tłumaczy wypadek jako ,,głupi błąd żółtodzioba". Podobna blizna przecina mu wnętrze prawej dłoni i powstała w czasie innego treningu. Iosfáhar poza treningami nie ma większych zainteresowań, bo w zasadzie nigdy ich nie potrzebował.
     W zakonie spędzał czas, słuchając kapłańskich nauk, wertując stare księgi w bibliotece lub ćwicząc pod okiem mistrza Eramorna Lojalnego - największego spośród wojowników. Nawyk codziennego ćwiczenia został mu nadal, choć w zaciszu niewielkiego mieszkania jest to dość trudne. Niezłomny potrafi walczyć długim mieczem tak, jak niewielu w Fortheimie. Ponadto w swój arsenał bez trudu wciąga kuszę i zwykłe pięści. Nie wyróżniał się wyjątkowymi umiejętnościami w Sanctecrze, ale błyszczący sławą Fortheim wypada w tym porównaniu zaskakująco blado. Iosfáhar, jak na przeznaczonego na życie poza murami twierdzy przystało, opanował też sztukę oglądania świata z grzbietu wierzchowca, ale nigdy nie czuł się w siodle dość pewnie, by uważać, że lubi to robić. Co prawda podróże wozami są jeszcze bardziej uciążliwe dla kogoś jego postury. Dlatego rycerz w ogóle nie przepada za szybkim zmienianiem miejsca pobytu. Bycie w drodze mu nie przeszkadza - w końcu kocha widok gwiazd świecących nad pustym traktem - jej konsekwencje dla jego samopoczucia i owszem. Niezłomny ma niekłamany talent wokalny, ale nigdy nie rozwijał się w tym kierunku. Czasami nuci sobie przy pracy i w zasadzie tylko wtedy można usłyszeć głos, który najzwyczajniej w świecie marnuje się, bo nie jest wykorzystywany tak, jak powinien być. Iosfáhar jednak na pytania o karierę muzyka, zwykł wzruszać ramionami i zapewniać, że to nie jest jego świat i nie mógłby znieść myśli, że ludzie płaciliby, żeby go słuchać. Zresztą i tak jest zbyt skromny, by występować na scenie. Więcej znaczących się zdolności Iosfáhar najzwyczajniej nie przejawia. Chwytał się wielu prac, więc nie ma dla niego rzeczy nie do zrobienia. Dziurę potrafi zaszyć, deski poprzybijać, rozpalić ogień, ale w zasadzie niczym nie zajmuje się na co dzień i niespecjalnie ma się czym chwalić.
     Słowa przysięgi, którą składał każdy z rycerzy Sanctecry mają wiążącą moc, która nie pozwala na ich złamanie. Nie dzieje się tak za sprawą pradawnej magii, nadającej przysiędze rangę potężnego czaru, a jedynie przez wzgląd na tytanową dyscyplinę i honor rycerzy, dla których słowa te są święte. Pozbawieni większych skaz sanctekryci wykazują się przy tym jednak skończonym zaślepieniem w tradycję. Zupełnie jakby bracia Iosfáhara nie byli w stanie dopuścić do siebie żadnej nowości. Nowinki techniczne czy nawet moda - zakon pozostaje niezmieniony, choć nie zwalcza postępowego rozwoju świata. Sanctekryci nie są już aż tak odlegli jak w przeszłości, ale ich stosunek do nowoczesności pozostawia nadal wiele do życzenia. Iosfáhar także ma tę cechę, ale walka z nią z góry skazana jest na porażkę, więc spokojnie pozwala jej istnieć. Niezłomny w gruncie rzeczy nie jest zbyt skomplikowanym człowiekiem, więc bez trudu można go przejrzeć i zrozumieć. Zawsze prostolinijny i szczery, bo święta przysięga zabrania mu szerzenia fałszu, tak więc nigdy nawet nie pomyślał o tym, by skłamać. Nawet wtedy, gdy jako młody chłopak uciekł z zakonnej twierdzy, żeby zobaczyć jak wygląda życie w pobliskiej wsi i narobił tam sobie niemałych kłopotów. Zna pojęcie konsekwencji swoich działań i jest świadomy, że wszystko co zrobi będzie za sobą ciągnąć coś innego, więc bierze pełną odpowiedzialność za wszystko to, czego dokonał i dokona. Ma dość odwagi, by przyznać się nawet do błędów, a to wymaga znacznie większego wysiłku woli niż starcie się z przeciwnikiem. Tej też na szczęście nigdy mu nie brakowało. Iosfáhar jest tak zwyczajnie i bezinteresownie dobrym człowiekiem, nieważne ilu ludzi mniejszej wiary i dyscypliny zarzuciłoby mu grę dla zysków. Nigdy niczego nie udaje - jeśli się cieszy, jego twarz promienieje od uśmiechu, jeśli coś go zdenerwowało, też będzie to po nim widać. Uważa zwyczajnie, że granie kogoś, kim nie jest i udawanie, że czuje się coś innego niż w rzeczywistości to niepotrzebny nikomu jego pokroju wysiłek. Sanctekryta nie ma nic do ukrycia, a więc i stosowanie masek jest mu zbędne. Mężczyzna jest ponadto zupełnie niewrażliwy na cudzą krytykę. Potrafi uszanować cudze zdanie i poglądy (przysięgał w końcu być tolerancyjnym wobec wszystkiego i wszystkich, włącznie z prześladowaniami go za przekonania), ale nie mają one na niego większego wpływu. Zna wartość dobrej rady i potrafi się za nią odpowiednio odwdzięczyć, ale nie można go wykorzystać. Da się teoretycznie spróbować, ale wątpliwym jest by było warto - żadną przyjemnością słuchać rycerskiego apelu do moralnej dobroci, bo nazbyt przypomina to trudny do wytrzymania wykład. Nie można jednak odmówić Iosfáharowi dobrych intencji, bo nigdy nie zdecydowałby się na świadome działanie na krzywdę innych. Przy czym nie jest pacyfistą, a miecz Niezłomny na plecach nie służy za ozdobę. Rycerz potrafi poważnie poturbować lub odebrać życie, jeśli sprawiedliwa ocena sytuacji podpowie mu takie wyjście. Zobowiązał się przecież do zwalczania wszystkiego co złe, by świat był bardziej bezpieczny. Nie jest jednak zagorzałym zwolennikiem siłowych rozwiązań problemów, bo przemoc sama w sobie nie prowadzi do niczego. Poparta odpowiednimi wnioskami i okolicznościami może przynieść pewne korzyści, ale nigdy nie będzie dla sanctekryty jedynym pewnym rozwiązaniem. Jest wierny swojemu zakonowi i wszystkim cnotom, którym ślubował, bo nie potrafiłby znieść myśli o tym, by zejść z takiej drogi. Jest pewien, że ścieżka życia wiedzie go ku światłu, nieważne jak często jego mądrości negujące każdy przejaw kombinatorstwa i działania w luźnym pojęciu dobra i prawa doprowadzić mogą do szewskiej pasji ludzi, mających dość pecha, by być w pobliżu. Prawdą jest, że przy nim zwyczajnie trudno zrobić coś nieodpowiedniego. Iosfáhar w swojej misji jest uparty i nie zwykł ustępować nawet w obliczu doskonałych wymówek, bo jeśli uważa coś za złe, to jest to złe niezależnie od żadnych usprawiedliwień. Taka irytująca cecha ma też swoje drugie, mniej uciążliwe oblicze - Iosfáhar ze swoją rozbrajająco łatwą analizą sytuacji, przypomina czasami szczenię, które nie do końca wie jak działa świat, a jego próby zrozumienia Fortheimu (największego dziwu, który przyszło mu oglądać) tylko utwierdzają w tym porównaniu. Nie zawsze pojmuje jak właściwie ma rozumieć to, co go otacza. Zupełnie nie rozumie na przykład dlaczego ludzie, których spotkał po przybyciu do miasta potraktowali jego opowieść o misji, z którą przybył jako wymysł chorego umysłu szaleńca. Gdy okazało się, że przywykli do postępu Fortheimczycy nie wiedzą nawet czym jest Sanctecra i traktują ów zakon za bajkę, Iosfáhar po raz pierwszy zwątpił w siebie i swój cel. Będąc w oczach mieszkańców miasta zaledwie uciekinierem z zakładu dla obłąkanych, który ukradł komuś zbroję i bredzi o wielkich rycerzach i ich dziedzictwie zaczął zastanawiać się nad tym, jak ma się całe jego wychowanie w duchu rycerskiej tradycji do nowoczesnego miasta postępu. Przed przybyciem do Fotheimu nigdy nie zakwestionował prawd, które uważał za pewne. Fortheim jednak go zmienił. Tak właśnie święty rycerz poznał smak wewnętrznego kryzysu, rozdzierającego go na dwie, zwalczające się strony. Jedna z nich nakazuje mu odrzucić wszystko, co znał jako sanctekryta, druga natomiast prosi, by pozostał wierny przysiędze. Fortheim po raz kolejny w swojej historii dokonał cudu - ofiarował Niezłomnemu prawdziwy kryzys wiary w zakon i jego archaiczne wartości.

Song Theme

Relacje z innymi
    Niezłomny nie miał jeszcze okazji poznać kogoś bliżej. W zasadzie nie szuka sobie wrogów, a przyjaciele jakoś go nie znajdują. Póki co jest tylko kolejnym z wielu bezimiennych przyjezdnych, których mija się obojętnie na chodniku.

Inne
  • Iosfáhar zdobył swój przydomek w okolicznościach zgoła innych niż te, które podpowiada przeciętnym Fortheimczykom ich logika. Wedle niej człowiek ten musiał zasłużyć się gdzieś swoją niezłomnością i stąd zaczęto go tak tytułować. Teoria prosta, choć niezupełnie zgodna z prawdą. Owszem, zyskał dobre imię i odznaczył się przywoływaną cechą, a nawet wyróżniał się nią na tle innych młodocianych rycerzy swojego zakonu. Będąc jednak zupełnie zgodnym z tradycją i naśladując swoich mistrzów, wybrał imię jednakowe do imienia miecza, którym się posługuje. Dla sanctekryty - nie bez powodu członków zakonu nazywa się żartobliwie powołanymi - miecz stanowi nieomal święty artefakt. Nosić imię, będące równocześnie mianem boskiego oręża, jest zaszczytem, na który trzeba zasłużyć ciężką i pełną wyrzeczeń pracą. Stąd trudno skrywany ton dumy w głosie, bo chociaż skromność jest cnotą i nie wypada się wywyższać, brzmienie słów: Iosfáhar Niezłomny przywoływane wraz ze światłymi rycerzami zakonnymi pokroju Elibetheusa Litościwego czy Jeveriona Sprawiedliwego, Cawnatosa Miłosiernego, a nawet Arucarna Nieulękłego napawa niemożliwym do stłumienia poczuciem lekkości zlokalizowanym gdzieś głęboko w duszy.
  • Wielka woda odbiera mu pewności siebie. Iosfáhar, wychowany z dala od mórz i oceanów, nie jest najlepszym pływakiem. Ponadto trudno utrzymać się na powierzchni, będąc w pełni uzbrojonym. O samym ciężarze zbroi nawet nie warto wspominać. Stąd niechęć rycerza do przebywania w pobliżu wody głębszej niż ta sięgająca mu do pasa. Nie ufa też czekającym w porcie okrętom, bo te morskie diabły, mogą przecież zatonąć gdzieś pośrodku wielkiej wody, a wtedy znikąd nadziei na ratunek. Tak więc nieustraszony sanctekryta, który jest w stanie czoła stawić każdemu rodzajowi bestii, odczuwa nieprzyjemny dyskomfort na myśl o zanurzeniu się w morze po szyję.
  • Niezłomny, jak każdy jeden młody sanctekryta złożył śluby czystości. I ma zamiar ich dotrzymać. 
  • Wpojono mu niechęć do wszystkiego co uznawane za słodycze. W zakonie nigdy tego nie miał i nawet nie wie jak smakuje osławiona na cały świat czekolada, ale też niezbyt mu to przeszkadza. Woli jeść rzeczy bardziej treściwe i takie, które rzeczywiście mu się przysłużą, a nie będą tylko ochotą wynikłą z kaprysu. Lubi owoce- też są słodkie.
  • Niemalże codziennie o świcie wychodzi trochę pobiegać dla zachowania kondycji. Wyjątkiem są tylko deszczowe dni, bo pod wpływem wilgoci włosy Iosfáhara kręcą się i zmieniają w dziecinne sprężynki, a on sam nie potrafi nad nimi zapanować. Naturalnym odruchem unika więc moknięcia na deszczu.