Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ekaterina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ekaterina. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 czerwca 2018

Od Ekateriny (CD Akhme) - Przekraczając kamień milowy

Kentauros By JeeHyung lee https://www.facebook.com/lee.jeehyung     Każda sekunda była teraz na wagę złota. Jeżeli Ghadi Tambali był winny zamachu – a Ekaterina miała co do tego niemalże całkowitą pewność i tylko brak ostatecznego dowodu powstrzymywał ją od przyznania tego na głos – oznaczało to, że miał też godzinną przewagę nad strażnikami, a wraz z upływem kolejnych minut oddalał się coraz bardziej. Czas działał zdecydowanie na jego korzyść, ale Kata przecież nie miała zamiaru się poddać. Nie byłaby sobą gdyby odpuściła taką sprawę. Zwłaszcza, że chodziło tu przecież o bezpośredni atak na jej osobę. Poza tym ucierpiał Rauer – jeden z jej znajomych. Znalezienie sprawcy i postawienie go przed sądem było w tym momencie wszystkim czego mogła chcieć Ekaterina. Dlatego niecierpliwiła się bardziej niż kiedykolwiek, musząc czekać aż dozorczyni kamienicy wróci z mundurem. Nie umknęło to uwadze Akhme Białopiórego.
     – Jestem przekonany co do tego, że zaraz wszystko się wyjaśni – pocieszył ją ze swoim drobnym, sowim uśmiechem na twarzy.
     Ekaterina odpowiedziała mu równie słabym uśmiechem, doceniając próbę. Była jednak zbyt niespokojna, żeby pojedyncze zdanie cokolwiek zmieniło. Nieświadomie przytupnęła kilka razy lewym przednim kopytem, byle tylko nie tkwić bezczynnie w korytarzu. Naprawdę żałowała, że pomimo szczerych chęci nie miała szansy wygodnie zmieścić się na klatce schodowej. Gdyby naprawdę musiała, pewnie pokonałaby te kilka pięter schodów, bo przecież aż tak niezgrabna nie była, ale nie uśmiechało jej się odpowiadać za wyrządzone szkody. A takowe z pewnością by się pojawiły, choćby i przypadkiem.
     – Tambali z każdą chwilą jest coraz dalej – stwierdziła. – Ucieka.
     – Tego nie wiesz na pewno. Może wcale nie jest winny? Może to tylko nadzwyczajny zbieg okoliczności? – odpowiedział jej Akhme, ale nawet on nie brzmiał na zupełnie przekonanego swoją teorią.
     Wszystko ma sens, dopóki nie znajdziesz argumentów mówiących inaczej – przyznała. – A my mamy tylko strzęp materiału.
     – To stanowczo zbyt mało, żeby mówić o jakichkolwiek argumentach.
     – Wiem...
     – Już jestem! Przepraszam, że tak... Córka schowała go do kufra z rzeczami do wyrzucenia dozorczyni wróciła ze zwiniętym mundurem na rękach i niemal od razu podała go centaurzycy.
     – Nic się nie stało – zapewniła grzecznie Kata. W końcu dozorczyni nie była zaledwie kilka minut, a nie kilka godzin. Nie mogła mieć pretensji do kobiety, bo ta przecież robiła wszystko, by pomóc.
     Serce Ekateriny zabiło mocniej, kiedy rozwijała zawiniątko. Akhme tylko przyglądał się z ciekawością ze stosownej odległości. Najpierw dotarł do niej zapach mułu i słonej wody. Znała ten zapach – sama nie tak dawno temu schodziła do doku. To on... Musiała mieć absolutną pewność. Złapała za rękaw i przyjrzała mu się. Zmarszczyła brwi, kiedy okazało się, że jest cały. Sprawdziła jeszcze drugi i odetchnęła krótko przez usta. Mankiet był uszkodzony, a poszarpana krawędź wskazywała na to, że rozdarcie było raczej przypadkowe. Gdyby ktoś umyślnie wyciął kawałek wzoru z pewnością nie zostawiłby luźnych nitek.
     – Wzór się zgadza – stwierdziła zaskoczona.
     – A kształt uszkodzenia? – dopytał Białopióry.
     Ekaterina wyciągnęła kawałek munduru i przyłożyła go do dziury. Pasował.
     – Wszystko wskazuje na to, że Ghadi Tambali jednak jest winny – stwierdziła w końcu. – Musi odpowiedzieć za zamach na oddział KSF.
     Akhme zmarszczył brwi jakby się przesłyszał. Dozorczyni zasłoniła usta rękami.
     – Nie może być... – szepnęła Taki dobry, porządny człowiek...
     Kata spodziewała się wybuchu euforii. Zawsze jej towarzyszył, gdy coś odkrywała lub z czymś sobie poradziła. Tym razem było jednak inaczej. Nie czuła się szczęśliwa tylko jakby... rozczarowana? Przeczuwała, że Tambali może być sprawcą całego bałaganu w dokach. Wiedziała też, że mogła się mylić i dopiero po fakcie zdała sobie sprawę, że  w o l a ł a b y  nie mieć racji. Chodziło tutaj o tożsamość przestępcy. Ekaterina potrafiła zrozumieć kiedy ktoś biedny, może ciężko chory łamał prawo. Często tacy ludzie albo nie mieli innej możliwości, albo świadomie decydowali się na takie działania, bo wydawało im się, że tak będzie łatwiej. Ludzie, którzy nie mieli niczego do stracenia bardzo często robili złe rzeczy. Ale żeby były zbrojmistrz Gwardii Królewskiej? W Fortheimie nie mówiło się źle o członkach Gwardii i ludziach z nią związanych. Byli przecież wybitni; uchodzili za wzór. Wszyscy o tym wiedzieli. Świadomość jak blado wypada rzeczywistość w porównaniu z plotkami nie mieściła się centaurzycy w głowie. A już na pewno nie rozumiała dlaczego ktoś taki jak Tambali miałby atakować miejskich strażników.
     – Cóż. W imieniu własnym i całej straży konnej dziękuję pani za pomoc i współpracę – wyrecytowała jedną z wielu standardowych formułek.
     – Ależ to drobiazg. Cieszę się, że mogłam jakoś pomóc – zapewniła dozorczyni.
     Ekaterina w towarzystwie Akhme opuściła kamienicę. Dwójka przypadkowych detektywów bezmyślnie ruszyła w drogę powrotną do Szkoły Rycerskiej. 
     – Nie mogę uwierzyć, że tak łatwo poszło. To przecież nie ma żadnego sensu – powiedziała po chwili ciszy. – Dlaczego Tambali miałby chcieć pozbyć się całego oddziału?
     – Nie wiem i nie podoba mi się to – odpowiedział jej Akhme, kręcąc głową. – Najlepiej byłoby spytać go osobiście.
     – Tylko nie mamy pojęcia dokąd się udał – zauważyła Kata, krzyżując ręce na piersi.
     – Brał konia, więc raczej mało prawdopodobne, by wybrał się z powrotem do Noveiru.
     – Co z tego, jeśli wszystkie drogi po tej stronie morza prowadzą do Fortheimu? Mógł wybrać dowolny kierunek byle dalej od miasta. Jest w ogóle na tyle znany, żeby strażnicy w bramach zwrócili na niego uwagę?
     – Jeśli galopował na złamanie karku to może...
     – Trzeba będzie spytać – podsumowała, krzywiąc się lekko.
     Akhme zerknął krótko w stronę najbliższej z bram miejskich.
     – Muszę wracać... – stwierdziła po namyśle – Przepytywanie strażników niczego mi nie da, jeśli będę musiała wracać i prosić o zgodę na opuszczenie miasta.
     – Nie możesz opuszczać Fortheimu bez pozwolenia, Ekaterino? – zdziwił się Akhme.
     Kata uśmiechnęła się nieznacznie, słysząc swoje imię. Brzmiało dobrze w sowim dziobie. Jednak Ekaterina nie miała złudzeń. Podziwiała Białopiórego jak niewielu innych i była wdzięczna mu, że zechciał jej towarzyszyć. Po prostu poczuła się jak uczniak, który usłyszał swoje imię wypowiadane przez swój największy autorytet. Podobało jej się to uczucie.
     – Prywatnie mogę bez najmniejszych ograniczeń. To wolne miasto – wyjaśniła. – Jednak podczas służby wolno nam wychodzić głównie w przypadku rutynowych patroli okolicy.
     – Strażnicy miejscy najskuteczniejsi są w mieście – skwitował Akhme. – Od której bramy masz zamiar zacząć?
     Ekaterina nie odpowiedziała od razu. Zmarszczyła brwi, przypominając sobie mniej więcej plan miasta.
     – Chyba od tej przy Targu Kamieniarzy. Wydaje mi się, że będzie najbliżej.
     – Brama Kamienna – powtórzył Akhme w zamyśleniu. – W porządku, spotkajmy się tam. Muszę jedynie zapowiedzieć w szkole, że przez kilka dni będę nieobecny.
     – Hę? Spotkajmy się? ,,My"? – zdziwiła się Kata.
     – Jak już mówiłem, moja droga, Ghadi jest moim znajomym i dla własnego spokoju ducha muszę sprawdzić co z nim – wyjaśnił rzeczowo Białopióry, przystając niedaleko Szkoły Rycerskiej. – Jeżeli to nie problem, oczywiście. Nie chciałbym przeszkadzać lub zmuszać cię do łamania zasad.
     – Żaden problem. Właściwie to nawet przyda mi się towarzystwo – zapewniła Ekaterina, uśmiechając się miło. – Do zobaczenia!
     A potem Akhme ukłonił się głęboko i oboje poszli w swoje strony. Uśmiech centaurzycy zbladł odrobinę, gdy widmo rozmowy z dowódcą zaczęło jej ciążyć bardziej niż do tej pory. Co prawda nigdy nie naraziła się Vernerowi Benthamowi i ten nie miał powodów utrudniać jej życia, ale i tak nie lubiła z nim rozmawiać. Nawet jeśli Bentham chwalił ją stosunkowo częściej niż innych, a nie przepadał za chwaleniem swoich podwładnych bez wyraźnego powodu. Nie mniej istniała pewna przepaść pomiędzy nią, a budzącym respekt i szanowanym ćwierćelfem.
     Minęła infirmerię w pośpiechu, nie zadając sobie trudu zajrzenia do środka. Rauer był w najlepszych możliwych rękach, więc nie trzeba było się nim przejmować. Ekaterina i tak miała zamiar kupić całą torebkę słodkich rogalików zanim zdecydowała się złożyć mu wizytę. Bez prezentu nie było takiej potrzeby.
     – Gdzie tak pędzisz, łaszaku? – usłyszała nagle. Odwróciła się w stronę głosu, przez chwilę drepcząc bokiem. Kreig Bremoth przerwał czyszczenie siodła i przerzucił sobie szmatkę przez ramię.
     – O, Kreig! Wybacz, okropnie się spieszę. Muszę jak najszybciej porozmawiać z Benthamem.
     – Wszystko w porządku? – spytał, marszcząc krzaczaste brwi.
     – Pewnie, że tak! Chyba wpadłam na trop. Możliwe, że wiem kto stoi za zamachem.
     Bremoth pokręcił głową, śmiejąc się cicho.
     – Mogłem się spodziewać, że to powiesz... Kto to taki?
     – Nie będę rzucać oskarżeniami, które nie są sprawdzone – skrzywiła się lekko. – Dowiesz się, kiedy wrócę do miasta.
     – Wyjeżdżasz? Potrzebujesz czegoś? Kogoś?
     – Muszę dogonić swojego jedynego podejrzanego w sprawie. Wszystko co potrzebne mam tutaj – wskazała na swoją głowę – a swoje towarzystwo zaproponował mi Akhme Białopióry. Przepraszam, Kreig, naprawdę muszę już iść!
     Uśmiechnęła się przepraszająco, odwróciła i szybkim kłusem ruszyła w stronę biura dowódcy. Odprowadziło ją jeszcze donośne: ,,Powodzenia!". A czas uciekał. Każda minuta oddalała ją od Tambaliego. Trzeba było się spieszyć.

Akhme? Teraz przynajmniej mamy jakiś cel!

wtorek, 30 stycznia 2018

Od Ekateriny (CD Huginna i Muninna) - Kawałek czerwonego materiału

     Ekaterina zabębniła palcami o przypiętą do pasa tarczę, zastanawiając się nad trzymanym w palcach materiałem. Znała Białopiórego. Chociaż może to nieco zbyt duże słowo. Nasłuchała się o nim niejednej opowieści i dlatego czuła, że poznała Noveirczyka. Nigdy jednak nie spotkała go osobiście. Nie tylko dlatego, że dwójka odmieńców, w imię niezapisanego nigdy porozumienia unikała siebie nawzajem. Nie poznała Akhme dlatego, że daleko jej było do nazywania siebie szermierzem i nigdy miała nim nie zostawać. Konnych strażników szkolono przede wszystkim w walce z grzbietu konia i przeważnie bronią drzewcową tak niepodobną do chociażby rapierów. Po prawdzie rzadko zdarzało się, by jakiś jeździec wykazywał się talentem i predyspozycjami, które odsyłały go na kurs u sławnego Akhme. Dlatego służyli w konnych oddziałach, a nie gwardii królewskiej. Ekaterina ze swoimi rozmiarami nie miała żadnych szans w starciu z dobrym szermierzem. Równie nikłe szanse miała na to, by sama mogła nauczyć się tego stylu walki. Była silna, to prawda, ale stanowiło to jej jedyny atut. Cztery kopyta i postura konia pociągowego skutecznie uniemożliwiały jakiekolwiek sensowne uniki przed ciosami. Dlatego nosiła przy boku sejmitar – takim ostrzem można było rąbać, ale było wygodniejsze w użyciu i bardziej wszechstronne niż topór. Stanowiło też miłą przeciwwagę dla naginaty, bo ta chociaż nieoceniona podczas walki zwykle odrobinę przeszkadzała.
     – Nie czekamy – odpowiedziała krukom – Na szczęście to niedaleko.
     Naprawdę chciała poznać odpowiedzi. Miała wiele pytań i niewiele rozumiała. Wcześniej była skłonna uwierzyć, że zastawiona pułapka była dziełem wynajętej przez kogoś grupy zbirów. Ot, takich zwykłych jak to włóczą się po karczmach w poszukiwaniu zaczepki. Dopuszczała do siebie, że sami złodzieje zdecydowali się realnie stawić opór strażnikom. Możliwym było też, że jakiś herszt miał osobiste zatargi ze strażą i zdecydował się krwawo wyrównać rachunki. Mundur jednak wszystko komplikował. Absolutnie wszystko, bo Kata nie pomyślała nawet o spisku. W głowie jej się nie mieściło, że ktoś mógłby chcieć śmierci ludzi, z którymi pracował od miesięcy czy nawet lat. Zdrada była czymś, czego istnienia Ekaterina uparcie do siebie nie dopuszczała. Miała świadomość istnienia gdzieś takiego zjawiska. Tylko tyle do niej docierało.
     Już niedługo wszystko się wyjaśni, pocieszyła się w myślach. Przecinała na skos główny plac, maksymalnie skracając sobie drogę do Szkoły Rycerskiej. Kłusowała szybko, z ledwością hamując się przed rozpędzeniem się jeszcze bardziej. Galopowanie w pełnej zbroi pośród niewinnych niczemu ludzi nie było przejawem rozsądku ze strony świadomego swoich możliwości centaura. W oczach postronnych centaurzyca w pełnym galopie z powodzeniem konkurować mogła z taranem. Logicznym było, że nikt nie miał ochoty sprawdzać w jakim stanie wyszedłby z takiego zderzenia. Ekateriny też nie pociągała wizja wysłania kogoś do infirmerii.
     – Białopióry nie zwykł znikać podczas treningu – zakrakał pomocnie jeden z kruków.
    Kata, nie widząc lecących obok ptaków, nie potrafiła powiedzieć który. Na razie oba brzmiały jej identycznie.
     – Możesz zwolnić – dodał któryś z nich po chwili – Niektórzy dziwnie patrzą.
     – To niech patrzą. – Ekaterina przewróciła oczami.
     Nie obchodziła jej cudza opinia. W swojej ocenie miała powód, by się spieszyć. Nikt i nic nie było w stanie jej od tego odwieść. Poza tym jakoś trudno było jej przekonać się do wizji dorosłych, poważnych strażników i strażniczek plotkujących ze sobą jak stare przekupki na targu, tylko dlatego, że centaurzyca raz niemalże przebiegła placem. 
     Plac przed Szkołą Rycerską zasypany był drobnym piaskiem i doszczętnie zadeptany. W gąszczu odcisków różnych kształtów, wzorów i rozmiarów okrągłe końskie ślady niemal natychmiast znikały. Trudno byłoby tutaj kogoś wytropić – była to pierwsza myśl Ekateriny, gdy tylko postawiła kopyta na placu. W następnej chwili potrząsnęła głową z kwaśnym uśmiechem, uświadamiając sobie, że praca musiała paść jej na mózg bardziej niż sobie tego życzyła. Nie mogła jednak nic na to poradzić. Była taka, jaka była.
     Prawdą było jednak, że nie dało się prześledzić ścieżki poszczególnych osób. Na szczęście nie musiała tego robić. Białopióry trenował właśnie z niewielką grupką po zachodniej stronie placu. Wyróżniał się na tle rekrutów nie tylko nienaturalnym skrzydłem w miejscu ręki i sowim dziobem. Było w jego sylwetce i ruchach coś, czego nie miał żaden rekrut czy już wyszkolony gwardzista. Akhme miał po swojej stronie przedziwną grację, pozbawioną zbędnych ozdobników, ale przez to jeszcze subtelniejszą. I piękniejszą.
      – Chcę się u niego uczyć – oznajmiła cicho.
     Huginn otworzył dziob, zdając się niemo z niej śmiać. Muninn przekrzywił głowę, zmierzył Katę wzrokiem i wydał z siebie odgłos, który przywoływał na myśl parsknięcie. Ekaterina nie potrzebowała bardziej dosadnego wyśmiania. Sama zresztą myślała podobnie – nie było o czym mówić. I to nie w pełni zakończone szkolenie było tu przeszkodą. Nie każdy wszędzie się nadawał, a centaur znał swoje miejsce.
     Plac przed Szkołą zdawał się nawet nie dostrzec jej przybycia. Rekruci w niemal zupełnej synchronizacji powtarzali poszczególne sekwencje ruchów. Niby kopiowali swojego mistrza, ale Kata, przyglądając się im ze stosownej odległości widziała, że przed nimi jeszcze daleka droga. Surowy głos nauczyciela, częściej wskazujący braki niż chwalący tylko ją w tym utwierdzał. Żaden rekrut w walce z cieniem nie wyglądał szczególnie naturalnie. Ich ruchom, chociaż precyzyjnym i odpowiednio wyważonym, brakowało płynności mistrza.
     Kata przysiadła na zadzie i wyciągnęła przed siebie przednie nogi. Wiadomym było, że musi zaczekać. Nie śmiałaby przerwać Białopióremu w treningu, ale też nie zamierzała przez cały czas stać jak kołek. Tym bardziej, że najwyraźniej nikomu w tym miejscu nie przeszkadzała. Poprawiła chroniący jej końską pierś pancerz, żeby nie uwierał.i odłożyła na bok tarczę. Mogła zaczekać do końca treningu, nie zwracając na siebie uwagi. W zasadzie mogła się nawet nie ruszać, ale i tak nie spuściła wzroku z trenujących przyszłych gwardzistów i ich mistrza.

     Podniosła się dopiero wtedy, gdy Noveirczyk skłonił się lekko. Za jego przykładem grupka rekrutów także stanęła na baczność i skłoniła się. Wyglądało to jak pełna szacunku tradycja, której nie sposób się przeciwstawić. Ekaterina miała nieszczególnie dobre doświadczenia z tradycjami i nie przepadała za nimi. Ta jednak wyglądała całkiem niegroźnie.
     – Przepraszam! – zawołała za odchodzącym z wolna Akhme.
     Szermierz przystanął i odwrócił się w jej stronę, sprawdzając, do kogo należy głos. Kata pośpieszyła do niego, dopiero po paru krokach uświadamiając sobie, że kruki magicznie wyparowały, a ona sama nie ma pojęcia jak zacząć rozmowę. Było już za późno, żeby się wycofać. Mam mówić przez ,,panie" czy po pseudonimie? Może jeszcze inaczej?
     Tak? – spytał Akhme uprzejmie, gdy znalazła się odpowiednio blisko.
     – Wybaczy mi pan to najście, proszę pana – zaczęła, starając się nie krzywić, gdy sama sobie skojarzyła się z ledwie żółtodziobem. Mimo że Akhme musiał patrzeć lekko w górę, by utrzymać kontakt wzrokowy, czuła się przy nim maleńka jak źrebię – Jestem Ekaterina, strażniczka pierwszego oddziału Konnej Straży Fortheimu. Przewodniczyłam dzisiaj obławie w dokach, ale, jak pan być może słyszał, nie wszystko poszło zgodnie z planem. Dlatego przychodzę po pomoc. – tu wyciągnęła zaciskany w dłoni strzępek czerwonego materiału – Bo widzi pan, wydaje mi się, że może mi pan pomóc ustalić czy ten materiał może pochodzić z munduru gwardzisty.
     Po tych słowach zamilkła, niepewnie czekając na reakcję Białopiórego. Mógł jej pomóc i miała nadzieję, że to zrobi. Mógł równie dobrze odprawić ją z kwitkiem albo wyśmiać. Akhme Białe Pióro mógł zrobić wszystko, co chciał. Oboje zdawali sobie z tego sprawę.

Akhme? Bądź łaskaw, proszę

piątek, 17 listopada 2017

Od Ekateriny (CD Huginna i Muninna) - Ruiny

     Ekaterina wpatrzyła się w dwa posilające się ptaki i przekrzywiła lekko głowę. Była niemal pewna, że zarówno kruki jak i Rauer lada chwila usłyszą odgłos pracujących na pełnych obrotach trybików przeskakujących w jej głowie. Przede wszystkim zastanawiała się nad tym jakim prawem Huginn z Muninnem mogą wiedzieć o wszystkim w mieście, skoro są tylko dwójką kruków i poza tym, że wyglądali nieco mniej ptasio niż powinni raczej się nie wyróżniali. Chociaż co ona mogła o tym wszystkim wiedzieć. Szeroko zakrojona magia nigdy specjalnie jej nie interesowała, a rozmawiające ze sobą Myśl i Pamięć z całą pewnością mogły nosić etykietkę istot magicznych. Były więc daleko poza kwalifikacjami Katy.
     - Skoro wiecie o wszystkim o czym warto wiedzieć w tym mieście... - zaczęła ostrożnie, z wyjątkową dokładnością dobierając kolejne słowa - Dlaczego nie współpracujecie ze strażą? Wielu przestępstw dałoby się uniknąć dzięki takiej współpracy.
     Jeden z ptaków przerwał pochłanianie swojego podarunku i zerknął na nią jednym okiem. Ekaterinie przez chwilę mignął słabo widoczny odcień ciemnej czerwieni, gdy światło padło na kruka pod odpowiednim kątem. Nie miała jednak pewności czy aby jej się to nie przywidziało, więc zdecydowała się nie przypisywać tej cechy dziwnemu krukowi, dopóki nie zyska co do niej absolutnej pewności.
     - Nie lubimy mieszać się w nie nasze sprawy - stwierdził od niechcenia. 
   - Śmiertelnicy sami powinni rozwiązywać swoje problemy - dodał drugi, tym samym sugerującym oczywistość odpowiedzi tonem.
     - Ale... - zaczęła Kata. Urwała jednak uświadomiwszy sobie, że nie ma na podorędziu żadnego sensownego argumentu i zmarszczyła brwi skonsternowana. - Nie rozumiem tego waszego sposobu bycia. - przyznała w końcu ze zrezygnowanym westchnięciem.
     Na wargach Rauera zatańczył rozbawiony uśmieszek. Znał Ekaterinę na tyle, żeby spodziewać się podobnego przebiegu rozmowy. Centaurzyca każdą nowo zdobytą wiedzę w miarę możliwości przekładała na przydatność w swojej pracy. Rauer pokusił się kiedyś nawet o stwierdzenie, iż stanowi to jej ulubione hobby zaraz po łapaniu wszelkiej maści bandziorów, a ona nie zaprzeczyła jednoznacznie, więc uznał to za jasny znak, że nie pomylił się w ocenie. Ekaterina i jej służba były ze sobą nierozerwalnie złączone w ten niezwykle fascynujący sposób, gdzie człowiek nie ma pewności jak daleko posunie się obserwowany w obronie własnego celu życia. A Rauer nie miał ochoty sprawdzać na ile sposobów można człowieka skrzywdzić naginatą.
     Kata w tym czasie zdążyła wypytać Huginna i Muninna o inne nurtujące ją pytania. Jej mina świadczyła o tym, że ani na jedno z nich nie otrzymała w pełni satysfakcjonującej odpowiedzi. Przeczesała palcami blond włosy i założyła kilka luźniejszych pasemek za uszy. Na twarzy miała wymalowane coś, co bardzo blisko graniczyło ze zmartwieniem.
     - Powinniśmy wracać do pracy - zakomunikował któryś z ostatnich przechodzących w pobliżu strażników. Cały budynek został gruntownie przeszukany, zbadany i zabezpieczony. Nie było już powodów dłużej w nim tkwić.
     Ekaterina w odpowiedzi machnęła strażnikowi ręką na znak, że przyjęła polecenie do wiadomości. Przestąpiła z kopyta na kopyto, zerkając to w stronę wyjścia, to znów na kruki. Nie chciała ich zostawić, bo podświadomie rozumiała, że ich drogi najpewniej jeszcze długo się przetną. Nie miała gwarancji czy Cisi Obserwatorzy w ogóle zechcą po raz kolejny ją odnaleźć.
          Powinnam sobie darować, uznała niechętnie, w końcu podejmując decyzję. Niestety konieczność rzadko szła w parze z jej stylem działania. Ekaterina jak jedna z niewielu rozumiała aż nazbyt dobrze, że ścisłe przestrzeganie regulaminów ogranicza bardziej niż cokolwiek innego. Cała jej legendarna skuteczność oparta była przede wszystkim na umiejętnym naginaniu wszystkich świętych zasad służby miastu. Nie zaszłaby tak daleko, gdyby polegała wyłącznie na zdrowym rozsądku służbistki.
     - Macie moje najszczersze podziękowania. Straż wam tego nie zapomni - oznajmiła nieco zbyt oficjalnie i odchrząknęła dyskretnie dla poprawy tonu głosu - Rauer, zbieraj się.
     Rauer dotychczas oparty o parapet, odepchnął się od niego i stanął prosto. Na jego ustach igrał na wpół litościwy, rozbawiony uśmieszek skierowany do nikogo innego jak centaurzycy. Młodszego stażem strażnika jej postawa musiała ogromnie bawić. Ekaterina zawsze sprawiała wrażenie jakby... innej. Myślała inaczej niż rodowici Fortheimczycy, zachowywała się inaczej, a nawet mówiła w sposób, którego nie dało się dopasować do żadnej z dzielnic miasta. Nieważne jak bardzo by się nie starała i tak była kimś obcym. Miała świeże i skrajnie nieoczywiste spojrzenie na wiele spraw, ale też nie wyłapywała niektórych oczywistych dla wszystkich sensów. Rola Cichych była tego doskonałym przykładem.
     - Centaura woła obowiązek. - zakrakał Muninn. Swoje słowa kierował jednak bardziej do swojego opierzonego kompana niż do dwójki strażników. Po drożdżówce nie został nawet najmniejszy ślad.
     - A to zupełnie do nich niepodobne - zgodził się z nim Huginn.
     - Skąd wy możecie to wiedzieć? - Kata uniosła brwi w geście zaskoczenia.
    - Bo oni wiedzą wszystko - odparł Rauer z coraz bardziej oczywistym rozbawieniem wbrew woli wykrzywiającym mu wargi w niestosownie szerokim uśmiechu.
     - To niemożliwe - zaprzeczyła centaurzyca, kręcąc głową dla wzmocnienia swoich słów. - Nikt nie może wiedzieć wszystkiego.
     - Mało jeszcze widziałaś - rzucił Myśl w odpowiedzi.
     - Podczas, gdy masz większe zmartwienia na głowie. - przypomniał drugi kruk.
     Tym razem to Rauer nieco się zdziwił. Ekaterina uśmiechnęła się, będąc niezmiernie dumną z siebie - przynajmniej w tej kwestii się nie pogubiła.
     - Chodzi o ten dok. Jeśli to nie złodzieje zastawili pułapkę, ktoś inny musiał to zrobić.
   - Dokładnie - potwierdził Huginn i najzwyczajniej w świecie przygładził dziobem pióra na piersi, sprawiając, że zabłyszczały przyjemną dla oka aksamitną czernią.
     - Odpuść sobie, Kata... - westchnął Rauer, posyłając ptakom spojrzenie mówiące: ,,I coście najlepszego zrobili?" - Odpowiednie organy zajmą się śledztwem. Nie musisz robić wszystkiego sama...
     Ale Ekaterina niezbyt dokładnie słuchała jego tyrady. Rauer mógł sobie mówić co i ile chciał. Nie był jej przełożonym, a jedynie człowiekiem nieco niższym w hierarchii, wobec czego byli sobie niemal równi (co prawda jedynie w sensie przenośnym, patrząc na wysokość końskiego kłębu). Nie musiała go słuchać, ani traktować jego sugestii nazbyt poważnie. Miała swój własny rozum i była zupełnie pewna, że potrafi zrobić z niego właściwy użytek, a pozytywnie rozwiązana sprawa z tajemniczym składem prochu była jedynie przyjemnym skutkiem ubocznym.
     - W ogóle mnie nie słuchasz! - zarzucił jej w końcu, gdy z zamyśloną miną ruszyła w stronę, gdzie jeszcze do niedawna stały beczki z prochem. Huginn poderwał się z parapetu i przeciął szerokość hangaru, by przysiąść na jednej z porzuconych wewnątrz zbutwiałych skrzynek. Muninn dołączył do niego chwilę później.
      - Słyszę każde twoje słowo - rzuciła w końcu, posyłając Rauerowi krótkie spojrzenie przez ramię, a potem na powrót skupiła się na badaniu okolicy. Musiało być coś, co przegapiła. Nawet jeśli nie w środku, to na zewnątrz, ale gdzieś jakiś ślad zostać przecież musiał. Z doświadczenia wiedziała, że nikt nie popełnia zbrodni doskonałych, a każdy plan musiał mieć jakieś luki. Dotychczas Fortheim nie gościł żadnego niemożliwego do złapania przestępcy i stan ten miał utrzymać się jeszcze długo. Tak długo jak Ekaterina stała na straży nie było mowy, by w mieście działo się gorzej niż powinno.
     - Może i słyszysz, ale na pewno nie słuchasz. - oznajmił cierpko Rauer.
     - Niewielka różnica... - Kata przytupnęła mocniej niż było to konieczne. Zupełnie nie pasowało to do obojętnego tonu jej głosu, a mimo wszystko po okolicy rozniosło się satysfakcjonujące, głuche łupnięcie kopyta w drewno. Dźwięk o tyle interesujący, że zasypana trocinami podłoga doku powinna być wyłożona kamieniem.
     Rauer jęknął błagalnie i złożył dłonie jak do modlitwy, gdy Ekaterina posłała mu triumfujące spojrzenie. Jeżeli faktycznie udało jej się namierzyć klapę w podłodze oznaczało to ni mniej, ni więcej, że musiałby tam zejść i bardzo dokładnie się rozejrzeć. Centaurzyca stanowczo nie przepadała za drabinami, a te z identyczną niechęcią utrudniały jej życie. Paradoksalnie właśnie w obliczu takiej przeszkody była zupełnie bezradna i zmuszona korzystać z pomocy dwunogów, co zdawało się ani trochę jej nie drażnić.
     - Uśmiechnij się. Wyobraź sobie ile zyskasz na odkryciu tej tajemnicy - zachęciła go pogodnie, uprzątając zalegające wszędzie wióry aż w końcu odsłoniła całą powierzchnię sprytnie zakamuflowanych drzwi. Kto szukałby przejścia pod ogromną stertą beczek i stertą trocin? Wydawało się to być kryjówką idealną. Prawdopodobnie strażnicy nigdy nie odkryliby tajnego przejścia, gdyby nie interwencja Myśli i Pamięci. Kruki po raz kolejny okazały się być nieopisanie pomocną dwójką.
     Rauer zmarszczył sceptycznie brwi, poprawił jeden z naramienników i sprawdził czy średniej długości miecz - standardowa broń oddelegowanej do sprawdzenia doku grupy - nie blokuje się przy próbach jego wyciągnięcia. Nie był zachwycony samotną wycieczką w podziemia, a Kata to rozumiała. Nie mogła mu jednak ułatwić zadania. W końcu mężczyzna zdecydował się podejść bliżej i zaczekał aż Ekaterina podniesie ciężką klapę w podłodze. Centaurzyca dawno temu udowodniła, że niewielu mężczyzn dorównuje jej siłą, więc nigdy nikomu nie przyszło do głowy, by sugerować jej wyręczenie w wysiłku fizycznym. Takie propozycje padały jedynie wówczas, gdy ktoś chciał ją zdenerwować.
     - Droga wolna - stwierdziła do wtóru upadającej ciężko drewnianej konstrukcji. Ściany doku jakby zadrżały od hałasu, a z górnego piętra na ich głowy posypały się drewniane wióry. - Nie zabaw tam za długo.
     - A żeby cię pchły oblazły... - mruknął Rauer, gramoląc się po drabinie w dół.
     Ekaterina odprowadziła go spojrzeniem aż w końcu strażnik zniknął jej z oczu. Machnęła ręką na kruki, zachęcając je do opuszczenia razem z nią doku. Ściany z ledwością podtrzymywały ostały się w całości, względnie solidny sufit i niebezpiecznie było przebywać wewnątrz zbyt długo. Budynek doku nadawał się wyłącznie do rozbiórki. Zwłaszcza, że znaczna jego część mogłaby zostać bez trudu zalana, gdyby w którymś momencie nie wytrzymały wrota oddzielające wnętrze doku od morza. Co prawda nikomu raczej nie przychodziło do głowy, by schodzić do wnętrza przeznaczonego dla łodzi suchego basenu, ale i tak łatwo było o głupi wypadek.
     - Twój kolega jest w niebezpieczeństwie - stwierdził w końcu jeden z kruków. Razem z Ekateriną i swoim nieodłącznym towarzyszem czekali niedaleko drzwi wejściowych na powrót Rauera. Kata nie potrafiła odwrócić wzorku od budynku, usilnie coś analizując.
     - Jest doświadczony... Poradzi sobie - zapewniła.
     - Ale z naturą jeszcze nikt nie wygrał. - odparł Pamięć.
     - Dlaczego Rauer miałby się z nią mierzyć...?
    Pytanie to zawisło na chwilę w powietrzu, równolegle do jęku drewnianych podpór podtrzymujących dach. Ekaterina zamarła w bezruchu, natychmiast koncentrując całą uwagę na górnej części budowli. Otworzyła szeroko oczy i zastrzygła długimi uszami, wyłapując coraz więcej protestów konstrukcji.
     - Odsuńcie się od doku! - krzyknęła, momentalnie zrywając się do galopu w stronę swoich towarzyszy. Strażnicy nie zadawali zbędnych pytań. Ekaterina kazała im uciekać, więc wszyscy rzucili się do ucieczki. Nie alarmowałaby ich, gdyby nie miała dobrego powodu.
     Budynek w tym czasie zdążył zakołysać się niebezpiecznie w posadach. Trzasnęły podtrzymujące strop belki, a ściany zapadły się do środka jakby ktoś zniszczył domek z kart. Nad okolicę wystrzeliła chmura pyłu i trocin. Tylko jedna ściana pozostała na swoim miejscu, a i ona niebezpiecznie się przechyliła ku środkowi. Dok przeszedł do historii na oczach skulonych pod fasadami portowych sklepików strażników. Także i Katy, która z mocno bijącym sercem myślała tylko o jednej rzeczy.
     - Są wszyscy? - spytał ktoś.
     Pokręciła przecząco głową.
     - Rauer został. - odpowiedziała cicho.
     - Rauer?! Gdzie?!
     Wskazała palcem na ruiny doku. Kilku strażników zaklęło głośno, od razu spisując swojego towarzysza na straty. Może przeżył? Może nic mu nie jest? Nie wiedziała czy może pozwolić sobie na taki optymizm. Była jednak pewna, że znajdzie sposób, by dostać się pod dok. Musiała pomóc Rauerowi, jeśli żył lub wydostać stamtąd jego ciało, gdyby mu się nie poszczęściło. Dopiero wtedy będzie mogła odszukać tych, którzy zastawili pułapkę. I wszyscy oni słono zapłacą.
Kruki? Piękne to może i nie jest, ale za to powiało dramatyzmem!

piątek, 22 września 2017

Od Ekateriny - Czarne ostrzeżenie

      - A więc... Jesteś zupełnie pewny, że absolutnie w tym miejscu mamy znaleźć Kocie Łapy? - zagadnęła Ekaterina, osłaniając oczy ręką. Słońce stało jeszcze dość nisko na niebie, by nieprzyjemnie razić ją w oczy, barwiąc okolicę na niezwykle urokliwą złotawą barwę.
     Towarzyszący jej potężny mężczyzna jedynie skinął głową w odpowiedzi. Kreig Bremoth nie należał do szczególnie otwartych na innych ludzi i przeważnie wolał słuchać niż mówić. Zwłaszcza przy pracy nie odzywał się nadto, co niejako przyczyniło się do tego, by mężczyzna cieszył się nie najlepszą sławą wśród wszystkich konnych strażników Fortheimu. Wielu ośmielało się powtarzać plotkę o tym, jakoby stary Kreig dawno temu stał się istotą nieomal kamienną z sortu tych, które sprzedały jakiemuś bezimiennemu diabłu swoje człowieczeństwo. I faktycznie Bremoth zdawał się być wypranym z uczuć głazem o surowej twarzy i zimnym, przerażająco pustym spojrzeniu stalowych tęczówek. Ponadto mężczyzna szczycił się ogromną jak na jeźdźca posturą, co dodatkowo ani trochę nie pomagało nieprzyjemnemu wrażeniu, które sobą roztaczał.
     Jednakże Ekaterina znała prawdę i za nic w świecie nie zamierzała pozwalać komukolwiek mówić cokolwiek złego na swojego najprawdopodobniej najlepszego przyjaciela wśród współpracowników. Prawdą było, że ufała Kreigowi na tyle, by zaryzykować życiem i to zupełnie jej wystarczyło. Poza tym on także zdawał się ją lubić - w końcu pieszczotliwie nazywał ją ,,łaszakiem" i z rozbawieniem obserwował jak Kata się oburza. U ludzi jego pokroju oznaczało to naprawdę wiele.
     Teraz jednak oboje musieli skupić się na bieżącym zadaniu. ,,Rozkaz jest rozkaz" - jak mawiał zawsze Kreig ilekroć Kata pytała go czy coś naprawdę jest konieczne. Zawsze odpowiadał jej tym prostym zdaniem, więc chociaż tym razem powstrzymała się od spytania czy koniecznie musi stać przy witrynie obskurnego sklepu rybnego i wpatrywać się w zniszczony, ledwie stojący dok spory kawałek dalej. Niestety ona także znała odpowiedź na to pytanie i bynajmniej nie była nią zachwycona - musiała zostać na swoim posterunku.
     - Nie uważasz, że odrobinę marnujemy tutaj czas? - spytał Kreig, pocierając ukrytą w rękawicy dłonią gęstą, czarną brodę - jego dumę i znak szczególny.
     Ekaterina zamrugała zaskoczona faktem, że jej towarzysz odezwał się bez żadnego uprzedzenia z własnej woli i bezbłędnie ubrał w słowa myśli, które krążyły jej po głowie już od jakiegoś czasu. Odchrząknęła jednak szybko, nie dając po sobie poznać zdumienia i odpowiedziała:
     - Jak najbardziej, ale przynajmniej nam za to zapłacą.
     Twarz Bremotha rozjaśnił drobny uśmiech, gdy kładł dłoń z powrotem na łęku siodła i poprawił się na nim. Jego siwy ogier prychnął i potrząsnął głową, coraz dobitniej dając znać, że nie podoba mu się stanie obok cuchnącego starymi rybami sklepiku. Piekieł nosił miano stosowne do swojego charakteru i zdawało się, że jedynie starszy stażem strażnik mógł się do niego zbliżać na tyle, by dać radę go dosiąść.
     Obaj strażnicy przez długą chwilę w absolutnym bezruchu obserwowali zapuszczony dok. Nie prezentował się on szczególnie zjawiskowo. Dach jest w całości, odnotowała z myślach Ekaterina, krytycznym okiem przyglądając się nieco przechylonej drewnianej konstrukcji, Szkoda, że nic poza tym. Rzeczywiście, ściany już z daleka wyraźnie sprawiały wrażenie mocno nieszczelnych. Musiały zgnić i zapleśnieć już na długo zanim Kocie Łapy ustawiły w tym miejscu jakieś swego rodzaju spotkanie. Aż trudno było uwierzyć, że ktokolwiek mógłby chcieć ryzykować wejście do tego budynku. Tym mniej logiczny wydawał się Kacie rozkaz pilnowania zrujnowanej konstrukcji. Nie mniej, gdyby Ekaterina rozumiała taktyczne znaczenie tego paskudnego nawet jak na standardy okolicy doku zapewne byłaby zawodową złodziejką, a nie strażniczką. Ta część fortheimskiego portu nie stanowiła wizytówki miasta - była po prostu podła.
     Dziewczyna westchnęła ciężko i oparła swoją naginatę razem z tarczą o mętne szkło witryny sklepowej, a potem przeciągnęła się, splatając ze sobą dłonie i wyciągając się jak najdalej w górę. Strzepnęła palcami, żeby je rozluźnić i powiodła dookoła znudzonym spojrzeniem. Nawet powietrze zdawało się nie ruszać, pomimo bliskości wielkiej wody. Okolica pozbawiona także i krzyków rybitw zdawała się być po prostu martwa. Ekaterina ziewnęła, pomimo wczesnej pory.
     - Nie lubię czekać - oznajmiła ni stąd ni zowąd. Przytupnęła kopytem i założyła ręce na piersi dla podkreślenia swoich słów, ale do jej głosu nie wkradła się nawet drobna nutka pretensji. Senna aura poranka zwyczajnie odarła ją z jakichkolwiek chęci do czegokolwiek.
     - I pomyśleć, że są ludzie, którzy uważają cię za cierpliwą... - zauważył Kreig, zerkając z ukosa na dziewczynę. Jego oczy błyszczały coraz bardziej oczywistym rozbawieniem.
      - Całkiem słusznie uważają. - potwierdziła Kata, kiwając głową z całkowitą pewnością - Jestem oazą spokoju...
     Bremoth otworzył usta, żeby zaprzeczyć jej słowom, ale Ekaterina nie pozwoliła mu zabrać głosu.
     -... o ile się nie nudzę. - dokończyła zamiast tego i uśmiechnęła się triumfalnie do mężczyzny. Zwykle to Kreig wytykał jej błędy i nie omieszkał z nich drwić. Stąd właśnie brała się cała duma Katy, gdy nie dopuszczała do tego, żeby dać mu do tego sposobność.
     - Niech ci będzie, łaszaku. - odparł Bremoth i zaśmiał się, widząc oburzoną minę centaura. Niski głos przetoczył się po okolicy niczym lawina. Kreig miał wręcz niewyobrażalnie donośny śmiech z rodzaju tych, które nie pozostawiały najbliższych ludzi bez najmniejszej rekcji. Ekaterina była przyzwyczajona, lecz nadal pamiętała czas, gdy wzdrygała się gotowa do ucieczki. Najwyraźniej nie tylko ona czuła, że to najrozsądniejsze posunięcie, bo z pobliskiego dachu poderwała się grupa rybitw. Ptaki zatoczyły pełne koło ponad głowami strażników i pokrzykując ostrzegawczo poleciały szukać dla siebie spokojniejszego dachu.
     Na krawędzi, dokładnie pomiędzy ukruszonymi dachówkami, ostała się jedynie para kruków. Czarne ptaki z żywym zainteresowaniem przyglądały się zarówno centaurowi jak i człowiekowi na białym koniu. Czasem zerkały w stronę doku, jakby na coś czekały, ale natychmiastowo wracały do śledzenia wzrokiem strażników. Ptaki miały w tym jakiś swój cel, ale chyba nie zamierzały dzielić się nim ze światem. Kruki były przerażające. Ekaterina tylko raz skrzyżowała z nimi wzrok i już nie odważyła się znów spojrzeć w tamtą stronę, obawiając się kolejnego nieprzyjemnego dreszczu przebiegającego po jej kręgosłupie.
     - Widziałaś?
     Ekaterina drgnęła, wyrwana z odmętów własnych myśli.
     - Co takiego? - spytała jeszcze, odruchowo chwytając za swoją broń. Naginata idealnie pasowała do jej dłoni i stała się niemal nieodłącznym atrybutem centaura.
     - W doku ktoś jest. - oznajmił Kreig i szturchnął piętami wierzchowca. Piekieł bardzo niechętnie ruszył przed siebie, potrząsając łbem jak gdyby nie zgadzał się z decyzją swojego właściciela. Właściwie koń nie był głupi i nie podobało mu się wiele rzeczy, a samo uganianie się za przestępcami wyraźnie go nie satysfakcjonowało.
     Kata zmrużyła oczy, przyglądając się dokowi w poszukiwaniu jakiegoś wyraźnego śladu obecności kogokolwiek. Przez chwilę zdawało jej się, że pomiędzy deskami dostrzega jakiś ruch i dogoniła Bremotha. Odgłos szybkich uderzeń kopyt na bruku był jedynym co zapowiedziało jej przybycie zanim pojawiła się u boku Kreiga Bremotha i Piekieła. Strażnik nie wyglądał już jakby dobrze się bawił. Wręcz przeciwnie - niedawne rozluźnienie wydawało się być tak odległe jakby nigdy nie miało miejsca. Dobry humor mężczyzny ulotnił się w oka mgnieniu wyparty przez tak typową dla niego szorstkość, a Kacie pozostało jedynie westchnąć w duchu w hołdzie tamtemu stanowi. Wolała kiedy Kreig śmiał się i żartował (nieistotne czy z nią czy z niej), bo wtedy nie wydawał się być aż tak obcy.
     Dok nieuchronnie stawał się coraz większym, bliższym, a przede wszystkim bardziej realnym zagrożeniem. Z bliska groził zawaleniem jeszcze bardziej i Ekaterina odniosła wrażenie, że wystarczyłoby jedynie się o niego oprzeć, by cały budynek zawalił się jak domek z kart.
     A kruki nadal obserwowały, szepcząc między sobą o rzeczach, których nikt poza nimi nie mógł pojąć. Ich wzrok palił centaura pomiędzy łopatkami, ale Kata nie odwróciła się. Nie śmiałaby znów spojrzeć im w ciemne jak studnie ślepia. Czuła, że to niewłaściwe, chociaż nie potrafiła wytłumaczyć dlaczego tak jest. Kruki były jak z innego świata.
     Na szczęście dwójka strażników dotarła już do rogu budynku i zniknęła z widoku dziwnych ptaków. Ekaterina odetchnęła cicho z ulgą i na powrót skupiła się na próbach wychwycenia podejrzanych dźwięków dobiegających z wnętrza budynku. Niczego godnego uwagi nie usłyszała. Zwłaszcza, gdy dotarła wraz z Kreigiem do frontu budynku, gdzie pozdrowiła skinieniem pozostałych zebranych strażników. Na ich twarzach malowała się niezachwiana pewność co do tego, że obława jest słuszna, więc oni także musieli dojrzeć coś, co wydało im się niepokojące. Zaledwie kilku strażników dosiadało koni i oczywistym było, że zostaną oni za zewnątrz. Wszyscy oprócz Ekateriny - jej miejsce znajdowało się na czele grupy wysłanej do środka doku.
     - Trzymaj się, młoda. - Kreig klepnął ją w ramię, jedynym znanym sobie gestem wyrażającym dodanie otuchy i skierował Piekieła ku reszcie jeźdźców.
     Ekaterinie nie pozostało nic innego jak ruszyć w drugą stronę, żeby dołączyć do grupy szykującej się do wejścia. Zignorowała szyderczy uśmiech młodszego od niej strażnika, którego imienia nawet nie potrafiła sobie przypomnieć. Ten delikwent nigdy dobrze jej nie życzył.
     - Wszystko w porządku? - spytała więc kogoś milszego.
     - Pewnie. Czekaliśmy na ciebie. - odparł kolejny ze strażników. Blond loki uciekały mu spod hełmu, ale chłopak ani trochę się tym nie przejmował. Był jeszcze bardzo młody. Ekaterina lubiła takich ludzi.
      - Chodźmy więc.
     I wtedy poczuła na sobie znów ten sam wzrok. Tym razem jednak było w tym coś jeszcze. Jakby ostrzeżenie czy groźba. Ekaterina zrozumiała, że nie przewodzi obławie. Ekaterina prowadziła swoją grupę wprost do wnętrza pułapki.
     Kruki na pewno były nie z tego świata. 
     - Uważajcie na siebie.
Huginn? Muninn?

czwartek, 31 sierpnia 2017

Ekaterina

Tam, gdzie zaczy­na się obo­wiązek, nie może kończyć się poczu­cie wolności. 
Opis
     Centaury zwykły budzić zainteresowanie niezależnie od tego w którym kawałku świata zdecydowały się osiąść. Będąc hybrydą konia i człowieka ściągają na siebie uwagę zarówno dzieci jak i starszych, bo chociaż nie są najdziwniejszymi istotami przemierzającymi Sanrewię z całą pewnością należą do "tych, których się nie zapomina". Ponadto centaur centaurowi nie równy, gdyż te majestatyczne stworzenia wyodrębniają wśród swojego gatunku także podział na rasy i szczepy. I o ile w kwestiach rasy nikt nie dyskutuje, bo już na pierwszy rzut oka odróżnisz przyozdobioną rogami i odbiegającą od powszechnych standardów rasę leśną od smukłych i lekkich mieszkańców mniej sprzyjających, pustynnych lub stepowych rejonów, o tyle w kwestii szczepów czasem trudno o jasny i dokładny sposób na odróżnienie poszczególnych, bardzo zamkniętych i rodzinnych grup. Jedno jest pewne - szczepy częściej prowadzą ze sobą wojny (szczególnie gdy dochodzi do tego różnica rasowa) niż zawierają sojusze. Stąd właśnie powszechne avrilskie porzekadło jakoby centaury chęć do bitki wysysały z mlekiem matki. Mimo wszystko każdy, kto zdecydował się spędzić w podobnym szczepie trochę czasu szybko odkrywa, że waleczny lud w rzeczywistości szczyci się niesamowitą gościnnością względem obcych, utrzymując swoje prywatne zatargi z własnym gatunkiem poza zasięgiem gościa.
     Podróżnego, który wtargnął na terytorium północnego szczepu zimnokrwistej rasy słynącej z własnej siły - wszak nawet miejskie dzieci uczy się o przydatności koni pociągowych ciągnących bryczki - także powitano świeżym mlekiem i najsmakowitszymi specjałami. Obcy opowiadał o niesamowitym mieście postępu, gdzie każdy miał szansę, choć nie każdy z niej korzystał. Mówił i wychwalał ów cudowne miasto tak długo aż młodziutka wówczas Ekaterina zaczęła marzyć o życiu w tak wspaniałej krainie. Było tak dalekie od tego co znało centaurze dziecko wychowane w duchu półdzikiej tradycji zakazującej mu zbliżać się do chwalonej przez rodzaj ludzki cywilizacji, a Katy nigdy nie satysfakcjonowało bieganie z patykiem po bezkresnych łąkach, przewodząc grupie rówieśników i spędzanie nocy w jaskini. Bystry umysł dziecka potrzebował czegoś innego i z całą pewnością nie znalazł tego w rodzinnej wiosce. Ekaterina zauroczona wizją miasta pełnego wszystkiego czego nie potrafiła sobie wyobrazić zapragnęła poznać ten inny, dziwny, ale i lepszy świat. Obcy w końcu wyjechał, a wraz z nim zniknęło pewne źródło informacji o świecie większym niż największa łąka czy połać lasu, w które mały centaur odważał się zapuszczać. Nie zniknął jednak zapał dziecka do tego, by odkrywać. Nie stłamsiły go nawet prośby rodziców, aby ich jedyna córka w końcu zmądrzała i nie przynosiła wstydu rodzinie swoimi niedorzecznymi wizjami odległych krain. Z czasem prośby zmieniły się w błagania, a te ostatecznie w groźby - każda próba przynosiła skutek odwrotny do zamierzonego.
     Ekaterina była pierwszą, której nie dało się złamać. Wieloletnie tradycje były dla niej jedynie niepotrzebnym do niczego dodatkiem, aby jakoś zabić nadmiar czasu w dziczy. Kult pierwotnych bóstw brzmiał jak sterta kłamstw i zabobonów, a wielotysięczna kultura i dziedzictwo przodków jako bełkot i bezużyteczne graty. I nawet starszyzna wioski - banda zapatrzonych w przeszłość starców bez krztyny ducha postępu - nie mogła zmienić jej nastawienia. Ten jeden centaur, jedyny w historii całego szczepu, odwrócił się od swojej rodziny ku sobie i swoim marzeniom. Wstyd i hańba dla całego wielopokoleniowego rodu. Porażka, zmaza na honorze, której nie sposób naprawić. I po tym wszystkim nadal uparcie usiłowano zatrzymać ją w wiosce i nawrócić na właściwą drogę.
     Nie udało się. Niezależnie od tego jak bardzo by nie próbowano i ile by jej nie karano.
     Wiele lat później - ku ogromnej rozpaczy rodziców - młoda kobieta o twarzy elfa i długich blond włosach postawiła pierwsze kroki na ulicach Fortheimu. Przeklęta przez swój szczep za ucieczkę i zapewne tuż po niej oficjalnie wygnana (Bo jakżeby inaczej skoro tak stanowiło wewnętrzne prawo?), lecz szczęśliwa. Wymarzone Miasto Postępu było dokładnie takie jakim widziała je w snach... może tylko błyszczało odrobinę mniej, a mieszkańcy nie byli w całości ludźmi podobnymi do tamtego obcego. Bogactwo kultur, zapachów i barw, mnogość języków i zwyczajów oraz istny korowód najróżniejszych ras po raz kolejny zachwyciły Katę. Tym razem całkowicie prawdziwie. Jej cel się spełnił, a zatem musiała wyznaczyć sobie nowy. Bardzo podstawowy i nie tak ambitny jak jej ucieczka z rodzinnych stron oraz zdecydowanie mniej imponujący niż ciągły galop przez blisko dwa tygodnie, aby w końcu ujrzeć swój nowy świat. Ekaterina postanowiła pójść w ślady nieco bardziej obeznanych z wielkomiejskimi kanonami obywateli i... znaleźć pracę. Była nową ładną twarzą wśród morza innych mniej lub bardziej idealnych twarzy, skąd mogła zatem wiedzieć, że nastręczy jej to o wiele większych problemów niż śmiała przypuszczać?
     Ogromną przeszkodą okazało się nie być pochodzenie dziewczyny. Nawet jej znikome doświadczenie nie stanowiło problemu. Zapału do pracy i nauki także nie można było jej odmówić. Największym problemem były właściwie jej rozmiary. Ekaterina, choć nie grzeszy wzrostem wśród swoich pobratymców i uchodzi za raczej przeciętną, jeśli nie niską, wśród dwunogów okazała się być jedną z najwyższych osób kręcących się po ulicach. Ponadto trudno było o miejsce pod dachem zdolne pomieścić dziewczynę, której ponad połowa ciała należy do konia... Bardzo okazałego i mocnej budowy konia z obfitymi szczotkami wokół kopyt, zdolnego pociągnąć nawet najcięższy wózek. Właśnie taka jest Ekaterina - dziewczyna (przynajmniej póki pokazuje się od pasa w górę) wygląda dość niepozornie i nikt nie przypuszczałby, że niemal bez trudu mogłaby unieść dorosłego mężczyznę. Watro dodać, że dałaby radę zrobić to używając tylko własnych rąk. Każdy jeden dowcipniś, który łudzi się, że może bezkarnie wskoczyć na jej grzbiet, kopnąć piętami w boki i cieszyć się darmową przejażdżką powinien liczyć się z bardzo bolesnym i błyskawicznym spotkaniem z dowolnym utwardzonym kawałkiem gruntu w okolicy. W końcu nie po darmo każdego konia uczy się najpierw noszenia siodła tak, aby potem mógł służyć jeźdźcowi. Ekaterina żadnego siodła nie widziała nigdy na oczy, stąd też nie widzi powodu, żeby posłusznie wozić kogokolwiek i gdziekolwiek. Wyjątkiem od reguły bywają tylko ci, którym zaufa na tyle, by wiedzieć, że nie zostanie wykorzystana. Chociaż nawet i jej przyjaciele doskonale wiedzą o tym, że nie mogą pozwalać sobie na taki przywilej jeśli nie jest to absolutnie konieczne. Swoją drogą sam fakt dosiadania przyjaciółki jak jakiegoś wierzchowca nie jest ani trochę miły i wygląda dziwnie.
      Ekaterina potrzebowała pracy w której odnalazłaby się idealnie. Takiej w której mogłaby całkowicie wykorzystać swoje naturalne zalety, a która nie wymagałaby od niej zmieniania swoich przyzwyczajeń. I znalazła takową, chociaż twarz zatrudniającej ją osoby wyrażała niemałe zaskoczenie złożoną propozycją. Spacerując ulicami Fortheimu nie trudno zwrócić uwagę na konne patrole. Miasto jest na tyle wielkie, że znacznie prościej przemierzać je chociażby w siodle. Poza tym jeździec w wypadku interwencji zyskuje przewagę szybkości i wysokości. Mimo powszechności takiego widoku centaur towarzyszący strażnikowi na koniu nadal wzbudza choć odrobinę zainteresowania. Zwłaszcza, gdy ubrana w niepełną zbroję kobieta nosząca tarczę i specyficzną włócznię cieszy się większą sławą od zakutego od stóp do głów w metal rosłego mężczyzny. Ekaterina szybko zasłużyła się w szeregach konnych oddziałów straży miejskiej. Sam fakt, że skutecznością przewyższyła każdego ze strażników swojej rekrutacji, a także znacznie szybciej przeszła do czynnej służby przemawia na jej korzyść. Nikt nie wymagał od niej najbardziej podstawowych szkoleń z zakresu utrzymania się w siodle, zapanowania nad wierzchowcem czy poznania go na tyle, by mu zaufać, a zmuszanie Katy do tego, żeby biegała wokół sali, przechodząc ze stępu w kłus i galop raczej mijało się z celem. Przydatność centaura potwierdziła się jeszcze w czasie, gdy Ekaterina udowodniła, że wśród wąskich uliczek Fortheimu radzi sobie lepiej niż nawet najdoskonalszy jeździec. Nie musiała polegać na zaufaniu i zdolnościom - pościg w pełnym galopie od zawsze był dla niej równie naturalny co sprint dla zwykłego dwunoga. Ponadto w przeciwieństwie do pracujących dla straży wierzchowców nie płoszyła się, gdy w okolicy robiło się zbyt gorąco. Ekaterina ani myślała się wycofać dopóki sprawy nie zostały doprowadzone do samego końca. W ten właśnie sposób stała się wschodzącą gwiazdą; niedoścignionym wzorem bezwzględnej skuteczności, który przywoływać zaczęto na każdym treningu świeżych strażników. ,,Ćwicz, abyśmy nie musieli się za ciebie wstydzić, kiedy trafisz na Katę." albo ,,Obijaj się tak dalej to Ekaterina ustawi cię na mieście!" szybko trafiły do stałej puli tekstów wykorzystywanych przez trenerów i choć wypowiadane były w zdecydowanie żartobliwym tonie trudno było nie zauważać dziwnego szacunku dla dokonań zwykłej, nawet nie najbardziej doświadczonej strażniczki. Oczywiście schlebiało jej to, nawet jeśli bezustannie powtarzała, że są lepsi od niej. Ekaterina czuła się i była potrzebna. Dokładnie tak jak tego chciała.
     Fortheim zdaje się nie zapominać czegoś, co już raz ujrzał. Tak też Katę - jedynego centaura pracującego w miejskiej straży - szybko zaczęto rozpoznawać na ulicy. Efektu oryginalności dopełniało także uzbrojenie dziewczyny. Poza prostą tarczą nosiła ona wykonaną na zamówienie naginatę, której ostrze zmodyfikowano na modłę prostej klingi z otworem na wylot w miejscu zbrocza oraz długim kolcem po drugiej stronie drzewca. Mimo biegłości Ekateriny w posługiwaniu się tą bronią nosi ona jeszcze przytroczony do pasa sejmitar, w razie gdyby doszło do walki na mniejszej przestrzeni. Inną cechą charakterystyczną (gdyby ktokolwiek nie rozpoznał uzbrojonego centaura) dla Katy jest rzadko spotykana mieszanka kolorystyczna jej sierści i włosów. Znawcy pewni są, że jej sierść jest ciemnogniada, podczas gdy włosy, ogon i szczotki na nogach są tak jasne, że nieomal srebrne. Ponadto dziewczyna ma długie przyrównywane do elfich uszy, którymi jest w stanie w ograniczony sposób poruszać.
     A co mawiają o niej ci z którymi pracuje? Jedni wypominają, że jest zbyt łagodna dla swojej pracy i jej sława jest mocno przesadzona. Inni słysząc to tylko prychają niedowierzająco, za powód podając to, iż widzieli ją w akcji. Co ciekawe obie strony mają rację. Ekaterina faktycznie jest tak po prostu dobra i uchodzi za oazę spokoju i nieprzebrane morze cierpliwości. Dzięki temu zaskarbia sobie sympatię ludzi. Poza tym dziewczyna nie wywyższa się ponad innych, a ostatnim o czym mogłaby pomyśleć jest wykorzystywanie swojej pozycji do jakiegokolwiek innego celu niż pilnowanie porządku. Nie stroni także od pomocy tym, którzy jej potrzebują. Niejednokrotnie już zdarzało jej się pociągnąć czy przepchnąć z miejsca na miejsce jakiś wyjątkowo ciężki wózek czy zostać chwilową atrakcją dla dzieci. Nawet wtedy jednak ciepły i pogodny uśmiech nie schodził jej z twarzy. Mimo wszystko obowiązki i służbę stawiać zwykła zawsze na pierwszym miejscu. Nie brakuje jej jednak wyrozumiałości i współczucia, chociaż nie jest naiwna. To sprawiedliwa strażniczka zdolna samodzielnie rozwiązać co mniej wymagające spory. Nigdy nie szukała z nikim zwady, chociaż kilku ludzi zarzucało jej, że nie potrafi słuchać. Tak po prawdzie Ekaterina szczerze nie znosi, gdy ktokolwiek mówi jej co ma zrobić. Oczywiście polecenia przełożonych i rozkazy stanowią tu oczywisty wyjątek, bez którego nie byłoby mowy o jej pracy na obecnym stanowisku. Nie mniej nawet w tym wypadku rola osób ważniejszych od Katy ogranicza się jedynie do przedstawienia jej oczekiwań i spokojnego zaczekania na możliwie najlepsze rezultaty. Dziewczyna jest uparta i nie zwykła sobie odpuszczać. Jak już raz udowodniła, uciekając z domu, potrafi zrealizować to, czego chce niezależnie od ceny i konsekwencji. Inna sprawa, że wzorem osoby dającej przykład swoim zachowaniem nie zwykła robić niczego złego. W jej pojęciu świata nie ma nic gorszego niż fałszywa służba. Na szczęście pomimo tego, że jest oddana i lojalna swoim obowiązkom rozróżnia pracę od życia prywatnego. Nawet jeśli nie powstrzymuje jej to od upominania ludzi niezależnie od tego czy aktualnie rusza na obchód czy też zwykły spacer. Niektórych nawyków trudno się pozbyć. Mimo wszystko czasem grzeczne zwracanie uwagi zawodzi. Kata potrafi być bezwzględna. Dość dobrze opanowała uniwersalny język przemocy i jeśli zostanie do tego zmuszona potrafi całkowicie sprawnie się nim posłużyć. Nie miałaby też oporów przed zabiciem o ile ktoś przedstawiłby jej odpowiednio wiarygodne dowody na to, że nie ma absolutnie żadnego innego wyjścia. Mordowanie, okaleczanie czy choćby obijanie kogoś nie sprawia jej jednak żadnej przyjemności - jest po prostu kolejnym z obowiązków, które należy wykonać. Jednakowoż jak na prawdziwego centaura przystało z wygranych potyczek czerpie satysfakcję. Jak to na przedstawiciela jej gatunku przystało. Ekaterina uwielbia swoją pracę, a jeśli kiedykolwiek zaproponują jej awans z całą pewnością odmówi. Rola zwykłej strażniczki w zupełności ją satysfakcjonuje. W końcu znalazła już swoje miejsce w jej Wymarzonym Mieście Postępu.

Song Theme
Relacje z innymi postaciami
     Trzy czwarte jeźdźców na usługach straży chociaż raz z nią rozmawiało, a pozostali i tak znają ją chociażby z opowieści. Kata ma kilku bliższych i dalszych znajomych, chociaż znajomości te raczej nie wychodzą poza pracę. Poza tym kilku ludzi postawionych za jej sprawą przed sądem zdecydowanie za nią nie przepada. W kwestii miłości czy zauroczenia Ekaterina ani nie szuka, ani nie rozgląda się zbytnio. Nie do końca chce jej się wierzyć w to, że ktoś mógłby chcieć nazywać swoją sympatią dziewczynę z końskim grzbietem.
     No i jest jeszcze Akhme. Trudno klasyfikować go jako ,,znajomego z pracy", a i ze ,,znajomym spoza pracy" także jest pewna nieścisłość. Ekaterina poznała go w chwili, gdy był jej absolutnie niezbędny. Oczywiście znała go już wcześniej i wiele o nim słyszała. Okazało się jednak, że rzeczywistość wypada o wiele lepiej niż plotki. Nadal jednak Kata traktuje go jako niepodważalny autorytet oraz nauczyciela. Jakkolwiek sympatyczny by przy tym nie był.

Inne

  • Ekaterina rzadko pokazuje się światu bez swojej zbroi. Faktem jest, że czuje się w niej bardzo dobrze i poza nią nie ma wielu ubrań, bo nigdy nie przekonała się całkowicie do słuszności ich noszenia. Tak więc ta zbroja jest jej najmniej skąpym strojem.
  • Uwielbia jabłka. Ci co bardziej dowcipni złośliwie wspominają o tym, że świeże siano, marchewki i kostki cukru pewnie też, ale Kata zbywa podobne komentarze wzruszeniem ramion. W końcu jest centaurem, a wiec rasą myślącą nie ustępującą w niczym ludziom, a nie zwyczajnym koniem. Porównywanie jej do klaczy nie dość, że mija się z celem to jeszcze nie ma dla niej najmniejszego sensu.
  • Nadmiar wolnego czasu spędza na ćwiczeniach. Nie tylko by szkolić walkę z użyciem broni i bez niej, ale także na zwykłych treningach wyczynowych. Ponoć bardzo ładnie skacze przez przeszkody.
  • Są odruchy, których nie sposób wykorzenić choćby się tego chciało. Ekaterina przekonała się o tym na własnej skórze, gdy odkryła, że ludzie nie strzygą uszami i nie odwracają się w stronę źródła dźwięku, które ich zaniepokoiło, w przeciwieństwie do niej. Co gorsza nie zdarza im się stanąć dęba, gdy coś ich przestraszy. I z całą pewnością nie potrząsają głową, by odgonić od siebie natrętnego robaka.