Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Revan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Revan. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 października 2022

[Revan CD Ravena] W szponach Koszmarnika


         Stwierdzić, że Re nie podobał się już sam początek tego spotkania, byłoby srogim niedopowiedzeniem. Reszta nie zapowiadała się lepiej.
    Lord Sailence patrzył na niego wyczekująco z otwartą butelką wina w ręku. Szary jednak ani myślał pokazywać twarzy w miejscu, które najwyraźniej Raven miał w kieszeni, niemniej pić z nim cokolwiek. Nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, uśmiech białowłosego pogłębił się nieznacznie.
    - Chyba nie powinienem cię winić za ostrożność - uznał pojednawczo. - Pozwól, że ja skorzystam za nas obu.
    - Nie żałuj sobie - rzucił krótko Revan. Jego typowa, wręcz ostrożna uprzejmość wydała się ulecieć z przeciągiem przez otwarte drzwi. Mogło się to okazać wyjątkowo nieodpowiedzialnym posunięciem, ale nie wierzył, by ktoś taki jak on był w stanie urazić tego konkretnego arystokratę samym tonem głosu. Sailence nie był kolejnym paniątkiem z niską samooceną, nie był też zgrzybiałym starcem domagającym się pochwał za okazjonalne sypnięcie groszem na szczytny cel. Raven Sailence był czymś o wiele gorszym. I ta świadomość, ironicznie, pozwalała Prześladowcy porzucić konwenanse.
    Arystokrata odstawił butelkę na stół i podniósł kryształowy kieliszek trzymając nóżkę między palcami.
    - Mam coś na twarzy? - zapytał wręcz rozbawiony przedłużającą się ciszą.
    Bardzo irytujący uśmiech, pomyślał Szary, powstrzymując się jednak od powiedzenia tego na głos. Nie przerwał też ani na moment kontaktu wzrokowego. Co najgorsze, mężczyźnie po drugiej stronie okrągłego stołu wydawało się to podobać.
    - Powinienem był się domyślić - powiedział w końcu Re. - To było zbyt proste.
    - Jeśli twój pokaz w Łabędziu był "prosty", to boję się, co uznajesz za wyzwanie - westchnął prawdziwy zleceniodawca. - A brałem cię za skromnego...
    - Zlecenie i wykonanie tego samego dnia? - Prześladowca założył ręce na piersi. - I to jeszcze w trakcie zatłoczonego przyjęcia. Zupełnie jakby ktoś doskonale znał mój styl i chciał go wyłącznie sprawdzić. Eksperyment w kontrolowanych warunkach... a ja byłem głupiutkim szczurem, który przebiegł drewniany labirynt w oczekiwanym czasie.
    - To trochę zbyt dramatyczna konkluzja, nie sądzisz?
    - Widzisz jakieś inne wyjaśnienie?
    Sailence zastanowił się chwilę.
    - Uznajmy, że moja pozytywnie zaskakująco nikła wiedza o twoich osiągnięciach była wystarczająca, bym stał się fanem.
    Revan nie skomentował tego. Jego ręka bezwiednie w trakcie rozmowy trafiła na blat, gdzie wybijała palcami regularny rytm, gubiący się w dźwiękach kapeli grającej niżej. Dręczyło go teraz wiele rzeczy, ale jedna wyraźnie górowała nad resztą:
    - Co z tą tancerką?
    - Tancerką?
    - Zlecenie dostałem od tancerki baletowej. Pokrytej siniakami i to raczej nie takimi, które nabywa się od potknięcia w trakcie próby - sprecyzował.
    - Martwisz się o dziewczynę? - Raven uniósł brwi, bez uśmiechu. Machnął niedbale ręką. - Nic jej nie jest. Potrzebowałem wyłącznie niewinnego pośrednika.
    - Cieszy mnie to, ale nie do tego zmierzam. Te obrażenia. Czy to naprawdę była robota Silvestri?
    Lord Sailence patrzył przez moment na niego jakby nie zrozumiał, co właśnie usłyszał. Ale chwila zdumienia minęła szybko, a po niej nastąpił autentyczny wybuch śmiechu.
    - Martwisz się, że zabiłeś niewinną osobę? Mordercę na zlecenie dręczy sumienie?
    - Niektórzy z nas nadal je mają - odpowiedział zimno Re, dalej wpijając w niego wzrok stalowoszarych oczu.
    Białowłosy prychnął i postawił kieliszek na stole.
    - Jeśli to cię uspokoi, to tak: siniaki były prawdziwe, ale też nie byłem to ja ani nikt z mojego polecenia. Tancerze "Srebrnego Łabędzia" cierpieli katusze pod batem madam Silvestri, przysłowiowym oraz dosłownym. Wszyscy z wysokiej kulturalnie sfery tego miasta o tym wiedzieli. Tak długo, jak siniaki były dobrze ukryte, by nie psuć przedstawienia, nie było o czym rozmawiać - wzruszył ramionami. - Przekonanie jednej udręczonej duszyczki, że za odpowiednią ilość velli jej problem zniknie nie było trudne. Nie musiała nawet nic poświęcać w zamian. Ba, nie musiała nawet kłamać! Wystarczyło, by nie wspomniała słowem, skąd miała pieniądze i kontakt.
    Revan przestał bębnić palcami po stole, kładąc dłoń płasko na ozdobnym obrusie. 
    - W takim razie z bólem cię informuję, iż odstawiłem dla ciebie całą tę szopkę za darmo. Nie zamierzałem brać pieniędzy od ledwo co dorosłej tancerki.
    - Cóż, jeśli tylko to uspokaja twoje delikatne sumienie. Przydadzą jej się, zwłaszcza teraz, gdy kariera jej grupy baletowej wisi na włosku.
    Prześladowca jedynie odwrócił wzrok w stronę balustrady.
    - Czyli naprawdę nie jesteś głupi - nie musiał na niego patrzeć. Szary słyszał, że arystokrata się uśmiecha. - Wiedziałeś, z czym może się wiązać nagłe zniknięcie tak ważnego filara jak Silvestri. Z czym się na pewno wiąże dla jej wszystkich uczniów. Nawet gdyby wśród tych poważnych mistrzów baletu znalazł się choć jeden na tyle charytatywny, by ich po niej przejąć, nie starczyłoby dla nich miejsca w branży. Nie wspominając, że renomą Silvestri nie dorównywał nikt. Pozostaje stawiać zakłady, który teatr w Fortheimie przejmie scenę baletową jako pierwszy. Masz jakiegoś kandydata?
    - Dlatego nigdy nie pracuję dla arystokratów - odpowiedział cicho Poursuivant i powoli spojrzał z powrotem na swojego rozmówcę. - Was to po prostu bawi.
    Ta rozmowa już w niczym nie przypominała tej ostrożnej, uprzejmej wymiany zdań sprzed kilku dni. Ale i okoliczności uległy całkowitej zmianie. Teraz Sailence nie nosił dla Re żadnej konkretnej twarzy. Był tylko kolejnym wypranym z empatii bogaczem, który z nudów bawił się kosztem innych ludzi. Cierpliwość Szarego skończyła mu się szybciej niżby chciał.
    - Będziemy musieli popracować nad tą twoją skłonnością do dramaturgii - Raven pochylił się do przodu i oparł łokcie na stole. - Ale skoro już przeszliśmy do sedna tego spotkania-
    - Wyraziłem się jasno - drugi z mężczyzn wstał. - Nie pracuję dla arystokracji.
    - Nie planowałem w żaden sposób ograniczać twojej "wolności rynkowej", jeśli to cię martwi.
    - Nie chcę słuchać co masz do zaoferowania.
    - Jesteś tego pewien? - białowłosy śledził go wzrokiem, aż dotarł do wyjścia z loży, po czym westchnął, prawie że szczerze. - Kimże jest ta dama, która skradła serce mordercy?
    Dłoń Szarego zawisła nad klamką. Sailence tymczasem odchylił głowę do tyłu i odetchnął głęboko.
    - Azalie, lilie, hiacynt... kwiaciarka, zgadłem? Musiała przynieść naręcze ze sobą. Często tak robi? Ah, i nie próbuj mi wmówić, że byłeś w kwiaciarni zanim tu wszedłeś. Zapach nie trzymałby się na tobie tak dobrze. Tak pachną czułe uściski od kogoś, kto przesiąkł wonią kwitnących kwiatów.
    Re nie odwrócił się. Jeszcze nie. Z każdym zdaniem serce podchodziło mu do gardła. Nie umiał zdefiniować tego kłębiącego się w nim uczucia, dopóki nie wypłynęło na powierzchnię z ostatnim słowem arystokraty. To było przerażenie. Wiele razy spojrzał śmierci w oczy i nigdy go nie odczuł. Teraz jednakże śmierć uniosła sękatą dłoń nad Shi. Przez ciebie, powiedział ten szyderczy głosik, który towarzyszył mu od opuszczenia Dal-virii.
    Nie teraz, pomyślał. Tylko nie teraz. Jego umysł instynktownie przykrył strach warstwą logicznych kalkulacji. Myśl, Re! Skąd on to wie? Naprawdę wydedukował to z samego zapachu? Mógł blefować - tyle samo informacji dało się wyciągnąć z prostej obserwacji, a Szary już miał pewność, iż Raven wiedział gdzie mieszka. Wysłanie szpiega nie było dla niego czymś trudnym. Zanim jednak odrzucił opcję nadnaturalnych zdolności, przed oczami stanęły mu wspomnienia z aukcji. Czy to byłoby bardzo dziwne, gdyby osoba zdolna zatrzymać szalejącego konia jedną ręką posiadała również wyczulone zmysły?
    Jedno nie podlegało dyskusji: mężczyzna chciał go przestraszyć i zmusić tym sposobem do posłuszeństwa. Sięgnięcie po bliskich było najtańszym chwytem, niestety również upiornie skutecznym. Po tej przerażającej chwili, która wydawała się wiecznością, Revan spojrzał na tego potwora przebranego za człowieka. A on powiedział z beznamiętnym uśmiechem:
    - Czasem nie liczy się co ktoś ma do zaoferowania, panie Prześladowco, ale ile druga osoba może stracić.
    Teraz Revan wyraźnie przypomniał sobie, jak mężczyzna mu się przedstawił przed kilkoma dniami. 
    "Raven Sailence. Dla intruzów Koszmarnik."
    "Koszmarnik". Tak. To było bardziej odpowiednie imię. Niektórzy ludzie po prostu nie zasługiwali na ładne imiona.
    - Może teraz zechcesz wysłuchać mojej propozycji? - mężczyzna oparł brodę na dłoni, drugą wykonując (jakże okrutny w tej sytuacji) zapraszający gest.
    Szary nie miał większego wyboru. Nie miał właściwie żadnego. Usiadł z powrotem, bez słowa. Opanował się zewnętrznie, ale nadal obawiał się, że własny język go zdradzi. Raven uśmiechnął się szerzej.
    - Dobry chłopiec - splótł ze sobą blade palce, wyraźnie zadowolony z całkowitej kontroli jaką teraz posiadał. - Doskonale zdaję sobie sprawę z twojego... niesmaku wobec klasy wyższej. Wystarczy spojrzeć na to kim są twoje ofiary. Zakładam, że, skądkolwiek przybyłeś do Fortheimu, sprawy wyglądały identycznie. Tak imponujących zdolności nie buduje się z dnia na dzień, a i sam nie jesteś przecież młodym, pełnym zapału idiotą. Masz szczęście, że twoje doświadczenie i zdolność do chłodnej kalkulacji nie są obecnie w nadmiarze w tym mieście, a u mnie właśnie zwolniła się pozycja. Może nawet byłbym w stanie przymknąć oko na twoją bezczelność.
    Re nie odpowiedział. Nie miał na co - Sailence nie pytał, on stawiał warunki jakby wszystko już było ustalone.
    - Tak jak wspominałem, to nie jest kontrakt na wyłączność - kontynuował Raven jak gdyby nigdy nic. - Możesz przyjmować zlecenia jak ci pasuje. Wymagam jedynie stawiania się na wezwanie oraz zapewnienia, że ja ani ktokolwiek, kto jest mi potrzebny, nie trafimy na twoją listę. Ponad twoje możliwości jako morderca, wyjątkowo ceniłbym sobie także dzielenie się ze mną zebranymi przez ciebie informacjami. W tym miejscu przypomniałbym również o konsekwencjach w wypadku świadczenia swoich usług konkurencji, ale tym chyba nie muszę martwić, nieprawdaż?
    - Nie. Nie musisz - zgodził się z nim krótko Prześladowca.
    - Ah, jeszcze jedna rzecz! To ci się może bardziej spodobać: jako mój pracownik masz wstęp na teren mojej posiadłości. Wszystko, co jest do użytku dla służby, stoi dla ciebie otworem... w tym biblioteka - dodał znacząco. Oczywiście, że się zorientował, gdzie Revan został po tamtym przyjęciu najdłużej.
    Gdy białowłosy skończył mówić, wziął z powrotem do ręki kieliszek błękitnego wina i odchylił się wygodnie do tyłu.
    - Jakieś pytania? - uniósł jedną brew.
    Re wziął jeden głębszy wdech zanim odpowiedział:
    - Żadnych. Wszystko jest jasne jak sama Świetlista.
    - No patrzcie, a teraz zero zgrzytów - mężczyzna zakręcił płynem w krysztale. - Że też musiałem schodzić do tak niskiego poziomu z tobą, ze wszystkich ludzi z jakimi musiałem pracować... - arystokrata westchnął. - Zróbmy tak: zrzucę to nieporozumienie na fakt, iż jednak, koniec końców, jesteś tylko człowiekiem, puścimy wszystko co zaszło przed zawarciem naszej umowy w niepamięć i tym sposobem nie zaczniemy naszej obiecującej współpracy od kłótni.
    Blada dłoń uniosła się nad stołem w stronę Revana i zamarła wyczekująco.
    - Jesteśmy umówieni? - zapytał demon, do którego należała.
    To nie był moment decyzji. Ten już przepadł, jeśli kiedykolwiek istniał w pierwszej kolejności. Może to i lepiej. Życie ze świadomością, że nie miał wyboru mogłoby być prostsze niż z tym, iż dokonał złego. W tej sytuacji oba wyjścia. To jedynie zapewniało, że jego życie nie runie w najbliższym czasie.
    Revan Poursuivant uścisnął rękę Koszmarnika.

wtorek, 23 lipca 2019

Od Revana - Ostatni występ

        ,,Na tyłach Srebrnego Łabędzia w południe." Tyle Revan był w stanie zrozumieć ze znalezionej rano wiadomości, poza oczywistym faktem, że ktoś niezwłocznie potrzebował pomocy Nocnego Prześladowcy.
    Kartka była ledwo czytelna w kwestii dosłownej oraz samej treści. Brakowało na niej wielu istotnych informacji, jak choćby podpisu nadawcy. Wielu klientów Szarego tak robiło - nie podawali w listach jakichkolwiek szczegółów w całkiem uzasadnionej obawie przed ludźmi, w których ręce trafią ich prośby. Konkretów Revan z reguły dowiadywał się osobiście i wtedy też decydował się, czy sprawa jest godna jego uwagi. Niestety, dosyć często okazywało się, że całe spotkanie było stratą czasu. O ile Re doskonale rozumiał i szanował ostrożność potencjalnego zleceniodawcy, o tyle czasami wolałby od razu wiedzieć, czy opłaca mu się fatygować z przychodzeniem w umówione miejsce.
    Podobnie do większości wiadomości, na tej podana była tylko godzina i miejsce. Po braku daty i niechlujnym, wyraźnie pospiesznym piśmie Poursuivant wywnioskował, że ktoś chce się z nim widzieć tego samego dnia, w którym kartka trafiła pod drzwi. Szary przeczytał ją po raz ostatni, po czym zmiął dwa razy i wsunął do kieszeni. Sprawa wyglądała na pilną, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło. Oda miauknęła głośno.
    - Czeka nas wycieczka do Rubinów - odpowiedział jej cicho Revan.
    Dosłownie chwilę później wstała Shi, całkowicie nieświadoma planów Szarego. Mężczyzna nie zamierzał zmieniać takiego stanu rzeczy. Nie zrozumcie go źle, nie chciał Cichej oszukiwać. Już dawno postanowił, że jeśli go zapyta, co będzie dzisiaj robił, to odpowie zgodnie z prawdą. Póki jednak nie ciekawiły jej interesy Nocnego Prześladowcy, wolał trzymać ją od nich z daleka. Dlatego spędził z nią cały ranek, a gdy wyszła do pracy, udał się okrężną drogą do Rubinów, z Odą na ramieniu.
    Najbogatsza dzielnica miasta - zwana także dzielnicą fortheimskiej kultury - znajdowała się ,,blisko" centrum, czyli z jednej strony z daleka od smrodu doków, z drugiej w bezpiecznej odległości od głównego rynku i najbardziej ruchliwej ulicy, ciągnącej się od Bramy Królowej. Okolica była tak spokojna, że wydawała się odstraszać wszelkich mąciwodów od psucia atmosfery. Szary odwiedzając ją zawsze miał wrażenie, jakby przechodził przez jakąś granicę, za którą toczyło się zupełnie inne życie. Mijał grupy młodzieży w mundurkach Akademii Myśli Technicznej i leżącej niedaleko szkoły artystycznej, korzystające z przerwy między lekcjami. Na kwadratowym skwerku przed domem aukcyjnym rodziny Klermontów młoda kobieta z mandoliną umilała czas słuchaczom w różnym wieku. Kilku chłopców pod okiem starego ogrodnika podlewało kwiaty w donicach, chcąc zdążyć przed najgorętszą porą dnia. Raz obok Szarego przejechał strażnik na koniu - poruszał się stępem, leniwie patrolując okolicę, jakby także nie chciał zaburzać wszechobecnego spokoju. Słońce powoli sięgało zenitu i Revan już czuł na karku, że zapowiada się upalne popołudnie. Ratunek oferowały wąskie cienie rzucane przez kilkupiętrowe budynki (najwyższe w obrębie sąsiednich dzielnic) pokryte słynną wśród turystów czerwoną dachówką, której ,,Rubiny" zawdzięczały swoją potoczną nazwę. Nawet najmłodsza konstrukcja, kościół Świetlistej Pani, utrzymana została w zgodzie z sąsiedztwem, wbrew tradycji nakazującej, by wszystkie świątynie tego wyznania były w całości białe, łącznie z dachem.
    W końcu Prześladowca dotarł do Srebrnego Łabędzia - największego teatru w Fortheimie i na całym avrilskim wybrzeżu. Zatrzymał się na chwilę przed ogromnymi wrotami, teraz otwartymi na oścież, i zastanowił się nad ironią tej sytuacji. Nie tak dawno temu zastanawiał się nad wyjściem do teatru. Gdyby się na to zdecydował, zapewne ostatecznie wybrałby jakiś tańszy (na przykład Baronetkę niedaleko Bramy Tancerzy), ale nie mógł przestać myśleć o odwiedzeniu Srebrnego Łabędzia. Może kiedyś, pomyślał i ruszył w stronę wąskiej alejki prowadzącej na tyły fortheimskiej katedry sztuki.
    Zanim dobrze zagłębił się w zaułek, przykucnął i puścił przodem Odę. Szczurzyca ruszyła biegiem do końca uliczki i zniknęła za rogiem. Szary czekał cierpliwie aż zbada teren. Zawsze tak robili. Oda była jego niezastąpioną wspólniczką w zbrodni (Thalia do pewnych zadań się nie nadawała). A przynajmniej w fazie bardzo wczesnoprzygotowawczej każdej zbrodni. Była idealnym zwiadowcą. W mieście nikt nie zwracał uwagi na węszącego szczura lub dachowca, a już na pewno nikt nie spodziewał się, że zwierzak może komuś zdać raport z tego, co widział. Revan wyciągnął naukę ze swoich błędów i nie zamierzał dać się podejść. Zdawał sobie sprawę, iż udając się na spotkanie mając tylko anonimowy list wystawiał się na najprostszą do przygotowania zasadzkę. Co prawda straż miejska nadal nie miała na niego absolutnie nic. Ba, niektóre jego morderstwa prawdopodobnie nie zostały uznane za popełnione przez jednego człowieka. Nie martwił się więc zbytnio, że ktoś naśle za nim cały oddział jak dziesięć lat temu w Dal-Virii. Bardziej obawiał się kolejnego spotkania z Pomocną Dłonią - jakiś ich rekruter dowiedział się o działalności Nocnego Prześladowcy i od tamtej pory podrzucił Re już kilka fałszywych listów, by wyciągnąć go na rozmowę. Irytacja Szarego sięgnęła takiego stopnia, że nauczył Odę rozpoznawać nie tylko ludzi uzbrojonych, ale także zapach każdego znanego mu członka Pomocnej Dłoni.
    Szczurzyca wróciła po kilku minutach, całkowicie spokojna. Usiadła na tylnych łapkach, domagając się powrotu na ramię. Mężczyzna pogładził jej łebek palcem.
    - Zaszyj się gdzieś i czekaj - polecił, wstał i ruszył na spotkanie z nadawcą wiadomości.
    Pomimo braku ostrzegawczych sygnałów od Ody, najpierw wyjrzał za róg. Na starej skrzyni pod ścianą siedziała kobieta, na oko dwudziestoletnia. Jasne włosy miała upięte w kok, a jej twarz pokrywał misterny makijaż w błękitne wzory. Była to pewnie część charakteryzacji. Revan przypomniał sobie otwarte drzwi teatru i domyślił się, że najpewniej dzisiaj trwały jakieś przedstawienia. Kobieta poza makijażem miała też na sobie część kostiumu: jasno niebieską sukienkę sięgającą kolan, wyglądającą na spodnią warstwę o wiele bardziej skomplikowanego ubioru. Nie zauważyła Revana nawet gdy ten podszedł bliżej - była zaabsorbowana masowaniem bosej stopy. Bardzo obolałej, wnioskując po wciąganym przez zaciśnięte zęby powietrzu. Szary odchrząknął. Tancerka wyprostowała się gwałtownie i spojrzała na niego jasnymi oczami. Na moment zapadła niezręczna cisza. Re podszedł więc jeszcze jeden krok, spojrzał na zdeformowane palce dziewczyny i syknął boleśnie.
    - Nie wygląda to dobrze - skomentował, chcąc jakoś zagaić do rozmowy. Dziewczyna niepewnie wzruszyła ramionami.
    - Taki zawód - odpowiedziała.
    - Coś o tym wiem - Poursuivant wyciągnął z kieszeni zmięty list i podał go tancerce. - Z tym, że moje odciski są bardziej przysłowiowe.
    Blondynka przebiegła wzrokiem po kartce, po czym wciągnęła szybko powietrze.
    - Jednak pan przyszedł! - spojrzała na Szarego jakby nagle wstąpiła w nią nowa energia. - Bałam się, że list za późno do pana dotrze. Chciałabym... to załatwić dzisiaj.
    - Nic jeszcze nie zdecydowałem - Revan oparł się o ścianę naprzeciwko niej. Spojrzał w stronę drugiego wylotu zaułka. - Swoją drogą, nikt ci nie mówił, że takie miejsca są okropne do prowadzenia szemranych interesów? Wyglądalibyśmy mniej podejrzanie rozmawiając na ulicy jak normalni ludzie.
    Dziewczyna zmieszała się odrobinę.
    - Nie miałam lepszej opcji - tłumaczyła się, mnąc skraj spódnicy. - Ani wcześniej ani później nie mielibyśmy czasu porozmawiać. Dzisiaj cały dzień pracuję, następna seria występów zaczyna się za godzinę.
    - ,,Seria"?
    - Madam Silvestri chciała zmieścić sześć występów w jednym dniu. To oznacza trzy przedstawienia przed południem i trzy po. Między nimi mogę odpocząć tylko tyle, ile widowni zajmie opuszczenie sali.
    Prześladowca skrzywił się pod bandaną. Nigdy nie grał w żadnej sztuce, nie wspominając nawet wieloaktowych sztuk tanecznych - popularny na wybrzeżu Avrilu format sprowadzony przez wędrowne trupy teatralne z Noveiru. W życiu widział tylko dwa takie występy, z czego jeden trwał prawie dwie godziny. Później dowiedział się, że to typowa długość dla takich spektakli. Wystawianie kilku pod rząd musiało być wycieńczające. Spojrzał w górę, jakby chciał zmierzyć podejrzliwym wzrokiem Srebrnego Łabędzia.
    - Zawsze was tak zamęczają? - zapytał.
    - Tylko Silvestri - tancerka spuściła wzrok. - To właśnie z jej powodu... pan tu jest.
    Mężczyzna zmrużył oczy.
    - Opowiedz mi o niej - poprosił. - Czym sobie zasłużyła na odwiedziny płatnego mordercy?
    Drugie zdanie wyraźnie dziewczyną poruszyło. I dobrze - to oznaczało, że Szary rozmawiał z kimś świadomym tego, że właśnie bierze sporą część odpowiedzialności za czyjąś śmierć. W końcu Revan w tym wszystkim był tylko narzędziem. Kobieta przełknęła ślinę i zaczęła mówić:
    - Madam Silvestri jest jedną z najlepszych choreografek i nauczycielek tańca w Frotheimie. Mawia się, że bez jej skinienia żaden aspirujący tancerz nie stanie na wielkiej scenie. Ta kobieta ma obsesję na punkcie perfekcji. Nie liczy się z żadnymi niedoskonałościami i zaciekle tępi za błędy. W jej sztuce masz chodzić jak w zegarku, bo jak nie...
    Urwała na moment. Spojrzała niepewnie na czekającego na więcej Revana, przygryzła wargę, po czym powoli podwinęła długi rękaw sukienki, odsłaniając siną, pożółkłą na krawędziach pręgę. Wyżej Szary dostrzegł także fragment starszego siniaka.
    - Pejcz - wyjaśniła krótko dziewczyna i zakryła od razu przedramię, jakby sadystyczna nauczycielka miała zaraz wyjść zza rogu.
    Oczywiście, pomyślał Re. Wszystkie moje ostatnie zlecenia stoją pod znakiem pejcza.
    - To nie najgorsze, co mi zrobiła - w głosie klientki zabrzmiały oznaki stłumionego gniewu. - Zaczyna od łamania uczniów psychicznie. Subtelnie, tak, że nawet sobie nie zdają sprawy, że ona nimi manipuluje. Wyrabia ich tak, by nie odważyli się powiedzieć na nią żadnego złego słowa. Mówi o tym, ilu to ludzi dzięki niej stało się świetnymi tancerzami, równocześnie obiecując i grożąc, że nasza kariera jest w jej rękach. Dopiero na trzecim czy czwartym roku nauki stopniowo zmuszała nas do coraz cięższych treningów. Najgorzej mieli ci, w których widziała ,,największy potencjał". Zmuszała mnie do ćwiczenia ponad siły. Groziła, że jak się nie przyłożę, to połamie mi stopy, by kości zrosły się w lepszy kształt. Większość nie wytrzymuje i odchodzi z grupy. Czasem... czasem niektórzy nie mogą znieść tego stresu i decydują się na coś jeszcze gorszego. Ale jej nigdy nie ruszyły takie wieści. Moi rodzice do dzisiaj robią do niej maślane oczy, bo przecież pomogła córeczce zostać wschodzącą gwiazdą. A ja aż do dzisiaj bałam się komuś powiedzieć jaka jest prawda o nauce u Silvestri.
    Revan opowiedział dopiero po chwili:
    - I ze wszystkich ludzi mówisz o tym właśnie mnie?
    Tancerka spojrzała mu w oczy - człowiekowi, którego poznała zaledwie kilka minut temu, na dodatek zawodowemu mordercy. Sięgnęła do ziemi po coś, czego Szary do tej pory nie zauważył. Gdy wyciągnęła zwiniętą chustkę przed siebie na otwartej dłoni, usłyszał brzęk monet.
    - To potwór w ludzkiej skórze - w głosie kobiety nie było już słychać ani grama niepewności. Zastąpiła ją ponura determinacja. - Wiem, z kim rozmawiam i podjęłam decyzję wtedy, gdy napisałam do ciebie ten list. Ona nie może już skrzywdzić nikogo więcej.
    Revan zastanowił się jeszcze chwilę. Nie lubił dręczycieli. Sam w młodości miał nieprzyjemność u jednego się uczyć. Nie był tak okropny jak Silvestri, ale rozumiał, przez co siedząca przed nim dziewczyna przeszła. I nie tylko ona - za ścianą na scenie siedzieli jej przyjaciele. Pewnie także masowali trwale skrzywione od ciasnych butów stopy i chowali sińce pod kostiumami, a może i makijażem. Ich kariera już według statystyk miała być krótka, a z tą tyranką u władzy skończy się jeszcze szybciej.
    W końcu Re zamknął oczy i westchnął.
    - Zatrzymaj pieniądze - powiedział. Widząc malujący się na twarzy klientki zawód dodał szybko: - Zrobienie przysługi społeczeństwu to nagroda sama w sobie.
    Tancerka odetchnęła głęboko i zamrugała kilka razy, najwyraźniej powstrzymując cisnące się do oczu łzy. Szary nie był pewien, czy chciało jej się płakać ze szczęścia czy z żalu. Biorąc pod uwagę to, że równocześnie wydawała się zdeterminowana zemścić za siebie i innych oraz zbyt delikatna na takie decyzje, mogła to być mieszana reakcja. Niezależnie od tego, to wyznanie musiało ją wiele kosztować.
    - Powiedz mi jeszcze - zaczął szybko mężczyzna, zanim kobieta skleciła jakąś sensowną odpowiedź - skąd ten pośpiech? - Dlaczego chciałaś się ze mną widzieć akurat dzisiaj, gdy jesteś najbardziej zajęta?
    - Przez bankiet - odparła od razu. Re uniósł pytająco brew. - Facet, który mi o tobie powiedział dodał, że... ,,lubisz" działać w trakcie głośnych wydarzeń. Że to twoja specjalność.
    - Jaki facet? - zaciekawił się mężczyzna.
    - A bo ja wiem... normalny taki. Dziesięciu takich na ulicy mijam. Wiesz, o co mi chodzi - dziewczyna wcisnęła głowę w ramiona i znowu zaczęła miąć krawędź spódnicy. - Po prostu pomyślałam, że chciałbyś wiedzieć o tym przyjęciu.
    - I dobrze pomyślałaś - zgodził się Revan. - Kiedy?
    - Dziś wieczorem, po ostatnim przedstawieniu. Teatr ma specjalną salę bankietową. Wpuszczają tylko na zaproszenie, ale gdyby udało ci się dostać do środka jeszcze przed głównymi przygotowaniami, mógłbyś poczekać, aż wpuszczą gości i wmieszać się w tłum. Pilnują tylko wchodzących na przyjęcie, na wychodzących nie zwracają uwagi.
    - No proszę. Długo to planowałaś?
    Na ustach dziewczyna pojawił się ślad dobrze Szaremu znanego uśmiechu kombinatorki.
    - To nie pierwszy raz, gdy pomagam komuś wprosić się na przyjęcie bez zaproszenia - przyznała się.
    Re skinął ze zrozumieniem głową i odepchnął się od ściany.
    - Dobra, teraz już wiem wystarczająco - podsumował. - Spróbuję wykorzystać ten wieczór. Nie mogę zapewnić, że mi się uda. Jeśli nie, od jutra będę szukać następnej okazji. W każdym razie, kariera madam Silvestri wkrótce się skończy. To jedno ci mogę obiecać.
    Tancerka uśmiechnęła się słabo.
    - Dziękuję, panie Prześladowco.
    - Nie ma za co - odpowiedział (zgodnie z prawdą, niezależnie od punktu widzenia) Poursuivant ruszając w stronę ulicy. - Taki zawód - rzucił przez ramię na odchodnym.

        Śmierć madam Silvestri nie była tak szybka, jakby sobie Szary życzył. Okoliczności jednak sprzyjały tej metodzie i głupotą było z niej nie skorzystać.
    Sprawnie podszedł starszą o przynajmniej dekadę kobietę od tyłu. Zasłonił jej usta lewą dłonią i - zanim zdążyła choćby zrozumieć, co się dzieje - głęboko rozciął jej szyję, z zamiarem śmiertelnego uszkodzenia krtani. Sekundę później chwycił ją ramieniem w talii, odciągając do Silvestri od balustrady balkonu, aż dotknął plecami ściany obok drzwi. Gdy wyczuł, że kobieta zaczyna się krztusić, cofnął zakrywającą usta dłoń. Nie chciał ubrudzić się wypluwaną, tudzież tryskającą jeszcze z rany krwią. Dlatego zmienił chwyt, trzymając ją pod pachami przed sobą. Tymczasem przerażona Silvestri bezskutecznie próbowała zatamować krwotok zaciskając palce na szyi. Jej białe rękawiczki od razu przesiąkły czerwienią, jucha ściekała na balową suknię.
    Śmierć w spazmach, plując krwią w walce o kolejny oddech, zdecydowanie nie był godnym końcem dla dumnej, szanowanej kobiety. Można by wręcz rzec, iż był to koniec upokarzający. Revan tylko westchnął, powoli opuszczając Silvestri na kamienną posadzkę obok drzwi. Gdy oparł ją o ścianę i cofnął się o krok, by cierpliwie doczekać nieuniknionego, nauczycielka tańca utkwiła w nim lodowato ostry wzrok. Opuściła dłonie słabnąc. Na jej twarzy malowała się wściekłość, zapewne spowodowana faktem, że jej morderca przez cały czas bez skrupułów patrzył jej w oczy gdy powoli ulatywało z niej życie. Szary nie mógł jej winić za to nieporozumienie - w takiej sytuacji przez głowę by jej nie przeszło, że mężczyzna patrzył jej w oczy z innego powodu niż z bezczelności. Re nie był bezczelny z natury. Potrzebował tylko ocenić, czy kobieta jeszcze żyje. Nie jego wina, że po oczach dało się to zrobić najprościej.
    Niedługo potem Silvestri zmarła, częściowo z utraty krwi, częściowo z - ironicznie - obecności owej krwi w płucach. Jej wzrok stał się pusty. Poursuivant dokładnie sprawdził bicie serca (ostrożnie, by nie ubabrać się krwią) i, stwierdzając jego brak, przystąpił do trzeciego aktu swojego planu: upozorowania samobójstwa.
    Najpierw wrócił do środka. Znajdował się na trzecim piętrze teatru w prywatnym saloniku z balkonem. Pomieszczenie przygotowane było do kameralnych spotkań. Były tam dwie kanapy obite suknem, niski stolik, kominek z zielonego marmuru i gablotki zawierające kryształowe karafki na wino oraz równie drogie kieliszki. Z obrazów na ścianach Revana osądzały spojrzenia ponurych aktorów i tancerzy.
    Podszedł do podwójnych białych drzwi i sprawdził, czy za klamkami nadal tkwił jego nadziak. Nie słyszał ostrzegawczego brzęku stalowej igły spadającej na podłogę, więc chyba nikt nie próbował się dostać do saloniku gdy zabił Silvestri. I miał rację - nadziak nadal był tam, gdzie go zostawił wkradając się do pokoju za swoim celem. Revan sięgnął po swoją własność i wtedy zorientował się, że jednak ubrudził palce krwią. Zaklął w myślach, od razu zsuwając z dłoni splamione rękawiczki, zanim nieopatrznie zostawiłby gdzieś ślady. Potem wywrócił je na drugą stronę i wcisnął do wewnętrznej kieszeni kaftana. Schował nadziak z powrotem do rękawa, po czym zdjętym z zasłony sznurem związał ze sobą klamki. Robiąc to pamiętał, że węzeł miał wyglądać na robotę czterdziestoparoletniej nauczycielki tańca, a nie człowieka, który spędził kilka lat na statku pirackim.
    Drzwi zostały zabarykadowane. Teraz potrzebny był ostatni rzut oka na domniemaną samobójczynię.
    Revan nie bez powodu ściągnął ją na balkon. Stojąc na nim nie dało się dostrzec drzwi w salonie, nawet stojąc przodem do niego. Dało to Nocnemu Prześladowcy możliwość wejścia niezauważonym i zaskoczenie ofiary. Ponieważ czekała cierpliwie przy balustradzie, skorzystał od razu z okazji. Sceptyk zarzuciłby mu, że ktoś z zewnątrz mógłby ich zobaczyć lub usłyszeć. Revan odpowiedziałby mu sceptykowi, iż nie pamięta, kiedy ostatnio widział kogoś wysokiego na trzy piętra. Dodatkowo Srebrny Łabędź górował nad okolicą - nawet z sąsiednich budynków nie dało się dostrzec, co się dzieje w za balustradą. Z usłyszeniem był większy problem. Tu Re po prostu postawił na łut szczęścia, licząc, że ulicą nie będzie akurat szedł ktoś zdolny rozróżnić wątły odgłos szamotaniny od hałasu trwającego niżej przyjęcia.
    Był bardziej przygotowany na to, iż Silvestri wróci do środka. Gdyby to usłyszał, zaczaiłby się na nią i dokonał tego samego, co zrobił na balkonie. Ona jednak cały czas czekała dokładnie w umówionym miejscu na Fido: debiutującego aktora, który oczywiście nie był obecny na bankiecie. O jego istnieniu Poursuivant dowiedział się właściwie przypadkiem, bo dwa razy młodszy kochanek Silvestri był gorącym tematem plotek wśród jej uczniów. Trudniejsze było wykorzystanie go jako przynęty. Gdy Revan (po ryzykownej decyzji o zdjęciu bandany) zaczepił kobietę na przyjęciu, na początku nie chciała z nim zamienić nawet słowa. Potem jednak podał się za znajomego Fido i momentalnie zmieniła nastawienie. Uważnie wysłuchała, jak Szary przyciszonym głosem wyjaśniał, że aktor chciał się z nią zobaczyć na osobności i prosił, aby poczekała na niego na balkonie o umówionej porze, a potem faktycznie opuściła ukradkiem salę. Prześladowca ruszył za nią jak cień.
    Tak oto Silvestri wpadła w przygotowaną z godzinnym wyprzedzeniem pułapkę. Obok niej Szary porzucił zakrwawiony kuchenny nóż, który zwinął z bankietowego stołu. Osobiście wolałby wykorzystać swój własny, jakby nie było przygotowany do tej roli, ale oszukanie znalazców ciała wymagało zostawienia narzędzia zbrodni. Kuchenny nóż w posiadaniu Silvestri był bardziej wiarygodny od prawdziwego oręża. Swojego Revan nie zamierzał od tak porzucać.
    Prześladowcy pozostało już tylko zamknąć drzwi na balkon i opuścić go w inny sposób. Wyjrzał przez balustradę do pokoju obok. Zanim wywabił nauczycielkę tańca z przyjęcia, zostawił sobie drogę ucieczki w postaci otwartego okna w pustym gabinecie. Upewnił się, czy w pomieszczeniu nadal nikogo nie było - wpadnięcie na kogoś przez przypadek na ostatniej prostej byłoby upokarzające - po czym ostrożnie przeszedł półtora metra po kamiennym gzymsie.
    Gdy zszedł z parapetu w gabinecie i zamknął za sobą okno, jego dzieło było gotowe. Zakończył się ostatni akt przedstawienia, jakim była śmierć madam Silvestri. Jego anonimowy reżyser nie był przekonany co do stuprocentowej skuteczności oszustwa, w końcu rozwiązanie zagadki wydawało mu się trywialne. Grunt, by wszystko na pierwszy rzut oka wyglądało tak, jakby nauczycielka tańca zamknęła się w pokoju i nieudolnie odebrała sobie życie.
    Ostatni występ tyranki. Zbrodnia doskonała, zaaranżowana tak cudownie, że Revan zrobił się podejrzliwy jeszcze zanim opuścił teatr.

        Dziwnie było wracać wieczorem do domu wiedząc, że ktoś już w nim jest i to nie Oda, tylko drugi człowiek. Re był na wczesnym etapie ponownego przyzwyczajania się do mieszkania z inną osobą. Ostatnim razem, gdy musiał dzielić się z kimś przestrzeniom, chodziło o załogę Thalii. Mężczyzna został na statku odarty z wszelkiej prywatności i przez pierwsze miesiące walczył z chęcią zamordowania swoich współlokatorów. Pomimo tego, iż po kilku latach stał się integralną częścią tej grupy, to doświadczenie tylko utrzymało go w przekonaniu, że woli żyć sam. W Fortheimie jednak było inaczej. Shi była mu bliższa niż ktokolwiek i bez porównania spokojniejsza oraz rozsądniejsza od bandy piratów. Znała go i wiedziała, iż nie jest mu łatwo przyzwyczajać się do zmian. Już raz przeszła przez podobny etap z Szarym kilkanaście lat temu.
    Wchodząc do domu Revan nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ręka Cichej już się tutaj odbiła. Odkąd z uśmiechem wrzuciła swoje rzeczy do sypialni Poursuivanta, wszystko wydawało się nasiąkać obecnością Shi. Ktoś inaczej poukładał książki na półkach. Na parapecie stał wazon z trzema pomarańczowymi gerberkami o długich łodygach. W szparze między kominkiem a regałem stała dwumetrowa naginata. A na kanapie siedziała wiecznie uśmiechnięta kobieta.
    Śmiejąca miała już na sobie koszulę nocną. Próbowała równocześnie rozczesywać długie, czarne włosy i czytać książkę. Oda była bliska uśnięcia na jej kolanach. Gdy drzwi się otworzyły, obie obejrzały się do tyłu. Łasica w jednej chwili wspięła się na oparcie, czujnie węsząc. Na widok Re Shi uśmiechnęła się szeroko i wróciła do przerwanych czynności. Szary oparł się nad nią o kanapę. Przez chwilę przyglądał się, jak kobieta mocuje się z grzebieniem jedną ręką. Parsknął cicho śmiechem i delikatnie chwycił jej dłoń.
    - Pozwól, że pomogę - zaproponował, biorąc od niej grzebień.
    Zadowolona Cicha usadowiła się wygodniej, przerzuciła włosy przez oparcie i otworzyła książkę już normalnie przed sobą. Wtedy Szary zauważył, że strony zapisano po castelijsku.
    - Co czytasz? - zaciekawił.
    Shi pokazała mu okładkę. ,,Pieśń błazna" - dramat heroikomiczny, napisany na podstawie legendy o pierwszym władcy jednego z dal-virskich królestw, Castelii. Revan zmarszczył brwi.
    - Nie czytałaś tego wcześniej? - zdziwił się. - Mam tę książkę od chyba dwudziestu lat.
    Kobieta w jednoznacznym geście przytuliła sfatygowany dramat do piersi, po czym wróciła do czytania. Szary zaczął machinalnie rozczesywać kruczoczarne pasma jedno po drugim. Powtarzalne czynności zawsze działały na niego uspokajająco. Przestał myśleć o Srebrnym Łabędziu, bezimiennej tancerce, stygnącej na balkonie madam Silvestri. Teraz liczyło się ciepło kominka, stara dobra książka w rodzimym języku i miękkie włosy Shi. Prawie zapomniał o całym dniu, gdy nagle Cicha odchyliła głowę do tyłu, jakby nagle sobie o czymś przypomniała, i zapytała po migowemu ,,Czemu tak późno wróciłeś?"
    Re zamarł na chwilę. Przypomniał sobie swoje postanowienie. Westchnął i zmęczonym głosem odpowiedział:
    - Interesy Nocnego Prześladowcy.
    Śmiejąca spochmurniała, ale tylko na sekundę. Zaraz potem obróciła się przodem do Poursuivanta, uśmiechając łagodnie. W jej oczach nie było śladu złości ani zawodu.
    ,,Będzie dobrze", powiedziała w kilku gestach, po czym dla podkreślenia tych słów ucałowała go w czoło i przytuliła.
    Niemal jej uwierzył. Niestety, następnego dnia pod drzwi trafiło kolejne zaproszenie na spotkanie. Elegancka, pochyła kaligrafia zmartwiła go bardziej niż najgorsze bazgroły.

środa, 10 kwietnia 2019

Od Revana (CD Ravena) - Ciąg nieprawdopodobnych zdarzeń

        Fascynujące. Re nie był pewien, czy powinien się z takiej reakcji cieszyć, czy wręcz przeciwnie. Sailence w trakcie wymiany kilku zdań z podejrzliwego przepytywania przeszedł w przyjazną wręcz ofertę, co Szarego nieco zaniepokoiło. Nie był przyzwyczajony do dostawania czegokolwiek na tacy - na wszystko w życiu musiał sobie zapracować, bo czuł, że tak musi być. Niejako stała oferta pracy dla wysoko postawionego lorda bez wątpienia była jak nagroda, na którą nie zasłużył. A jeśli ktoś dawał mu coś za darmo, zawsze zaczynał mieć wątpliwości.
    Jego rozsądek równocześnie kazał mu odmówić i siedzieć cicho, wobec czego przez moment mężczyzna nie miał zielonego pojęcia co robić. Z jednej strony był już pewien, że rzucanie się w oczy Ravenowi Sailence'owi było błędem i nie powinien się jeszcze bardziej pogrążać przez zgadzanie się na jego warunki. Z drugiej... skoro białowłosy był bardziej niebezpieczny niż Revan zakładał, to czy odmawianie mu na pewno było dobrym pomysłem? Re nie mógł być pewien prawdziwych intencji Sailence'a. Sprawy mogły się potoczyć albo beznadziejnie, albo zaskakująco dobrze. Gdy więc rozsądek zawiódł, Prześladowca musiał zdać się na intuicję... i wierzyć w swoje niebywałe szczęście w wymykaniu się śmierci, które do tej pory jeszcze go nie zawiodło.
    - Naprawdę? - uniósł lekko brwi. - Schlebiasz mi. Raczej nie uznaję się za fascynującą osobistość.
    - I lepiej zostań przy tym przekonaniu - stwierdził Raven, sugestywnie zerkając na co poniektórych gości. - Ludzie uważający się za takowych nie budzą w nikim sympatii.
    - Zapamiętam sobie. A teraz, jeśli pozwolisz, skorzystam z tego tylnego wyjścia.
    Przez twarz białowłosego arystokraty przemknął złośliwy uśmiech.
    - Plątanie się po przyjęciu jako oficjalny gość to żadna zabawa? - zapytał.
    - Cały sens anonimowej wizyty polega na tym, że gospodarz nie wie o twojej obecności. Więc owszem, gdy masz pełną swobodę ruchu, robi się nudno.
    Sailence tylko skinął w milczeniu głową, jakby doskonale Szarego rozumiał. Nocnemu Prześladowcy nie pozostało nic innego, jak ukłonić się uprzejmie, podziękować za złożoną ofertę i spokojnym krokiem ruszyć w stronę domu.
    Jeszcze zanim dotarł do pierwszego stopnia, powróciła jego zawodowa paranoja. A co jeśli już z tego domu nie wyjdzie? Może Raven chce się go dyskretnie pozbyć poza zasięgiem wzroku i słuchu gości? Re z lekkim przerażeniem stwierdził, że jakoś wcale go to nie rusza. Co ma być to będzie, jak to odpowiedział Thal na pytanie ,,Co teraz?" gdy ikramskie wybrzeże i pusty stryczek zniknęły za horyzontem. I im więcej czasu spędzał wśród jej załogi, tym bardziej go ta dewiza życiowa do siebie przekonywała. Wzdrygnął się lekko. Takie myślenie było dalekie od tego, co mógłby myśleć dwudziestoparoletni Szary. Obracałem się w złym towarzystwie, pomyślał. Thalia mnie popsuła.
    Nastawiony na najgorsze - i w duchu liczący, że jakaś służka jednak wygoni go na zewnątrz - przestąpił próg. Minęło go kilku mężczyzn niosących świeże jedzenie i napoje dla gości, ale żaden nie zwrócił na niego większej uwagi. Było to bardziej niż zastanawiające. Mimo to Re uznał, że żal nie skorzystać z okazji i ruszył dalej.
    Zatrzymał się na chwilę na ciemnej posadzce, próbując ogarnąć wzrokiem elegancję piętrowego holu. Momentalnie wyczuł subtelną zmianę zapachu - przy drzwiach stały misy z różami. Naprzeciwko nich dwa zestawy schodów półkoliście oplatały galeryjkę, podtrzymywaną przez rzeźbione kolumny. Pomieszczenie oświetlał kandelabr z ciemnego metalu. Gdy Szary zrobił krok do przodu, kątem oka dostrzegł ruch. Odruchowo spojrzał w bok, spodziewając się kogoś zobaczyć, ale dostrzegł tylko własne odbicie w jednym z wielu luster. Z jakiegoś powodu najbardziej zaciekawił go właśnie ten element całego wystroju. Arystokracja lubiła lustra, zwłaszcza wielkie zwierciadła, ale Raven wynosił tą słabość na zupełnie nowy poziom. Jedno było pewne: Revan poczuł przemożną ochotę, by jak najszybciej opuścić to pomieszczenie. Nie znosił luster, a one nie znosiły jego. Przecież z jakiegoś powodu musiały zawsze niepotrzebnie go drażnić, gdy jego własny ruch go straszył.
    Przeszedł szybkim krokiem między kolumnami do zacienionego korytarza. Nie do końca znał drogę do biblioteki, ale po braku oświetlenia uznał, że to dobry kierunek. Jeśli coś było nieoświetlone, nie było dostępne gościom, a jeśli nie było w tej części domu gości - Re mógł wyjść niezauważony, czyli tak, jak sam Raven zaproponował. Czasem mijał uchylone drzwi, kuszące Prześladowcę, by zajrzał do środka. Miał niebywałą okazję dowiedzieć się czegoś więcej o właścicielu rezydencji i część niego chciała z niej skorzystać. Tym razem jednak to rozsądek wziął górę i Revan trzymał się tego, na co mu pozwolono: biblioteka, tylne wejście i nic więcej, nie licząc drogi jaką musiał do niego pokonać. Szary może i nie był rodzonym fortheimczykiem, ale doskonale rozumiał tutejsze normy gościnności. Ich zasady obowiązywały także gości, a wśród nich nadużycie zaufania gospodarza było paskudnym wykroczeniem wobec tradycji. Pomijając ten fakt, Re miał także bardziej oczywisty powód - miał wrażenie, że jeśli spędzi choćby i kilka sekund tam, gdzie nie powinien, Sailence się o tym dowie. Narażanie się gospodarzowi to jedno. Psucie dobrego wrażenia na potencjalnym pracodawcy i, prawdopodobne, wystawianie się na jego niezadowolenie byłoby szczytem głupoty. Dlatego tylko zerkał przez szpary, spodziewając się za którymiś drzwiami w końcu ujrzeć bibliotekę.
    I gdy ją w końcu ujrzał, na chwilę zapomniał o całym świecie.
    Uchylił szerzej jedno skrzydło podwójnych wrót (bo zwykłymi drzwiami ciężko było je nazwać) i wślizgnął się do ciemnego pomieszczenia. Jego wzrok przyzwyczaił się już do ciemności, a tu dodatkowo parter oświetlały wysokie okna tarasu. Zatrzymał się i spojrzał w górę, obserwując z niemal uwielbieniem brzegi książek pokrywające niemal całe ściany dwupiętrowej biblioteki. W rogu spiralne schody prowadziły na otwartą galerię, teraz ginącą w cieniu. Podłoga wyłożona była marmurem (na bank prawdziwym, niczego mniej już się Prześladowca po Ravenie nie spodziewał), z tego samego kamienia wykonano kominek. Naprzeciwko niego stały kanapa i fotele, wszystkie stojące na dywanikach. Wyglądało to jak luksusowa wersja saloniku Poursuivanta. Mężczyzna był pewien, że w pełnym świetle uderzyłoby go jeszcze więcej detali i przepych. Teraz już było pewne, że będzie musiał kiedyś tu wrócić, by zobaczyć bibliotekę w pełnej krasie.
    - Wszyscy Święci... - mimowolnie szepnął do siebie Szary, nie zdolny inaczej skomentować tego miejsca. Sailence, ty cholero - wiesz jak człowieka nakłonić do współpracy.
    Gdy skończył rozmyślać nad tym, czy powinien sprzedać duszę za książki, ruszył w stronę wyjścia na taras. Przeszedł kilka kroków po tej samej marmurowej posadzce, mijając kilka krzeseł i leżanek. Sailence musiał naprawdę lubić spędzanie czasu na zewnątrz - wszystko wskazywało na to, że cały taras i otaczający go ogródek powstały tylko po to, by miał spokojne, odcięte od reszty świata miejsce do czytania. W letnim, nocnym powietrzu czuć było kwitnące w ogromnej ilości kwiaty. W każdym rogu rosły drzewa, rzucające gęsty cień w środku dnia. Płot tego prywatnego ogródka był wyższy i gęsto obrośnięty ozdobnym bluszczem.
    Re rozejrzał się za jakąś furtką, ale po samej aranżacji - mówiącej wprost ,,Nikt mi nie może tutaj przeszkadzać" - stwierdził, że chyba czegoś takiego tu nie znajdzie. A przynajmniej nie na widoku. Szybko za to dostrzegł nieco mniej oczywiste wyjście. W każdym razie nieoczywiste dla szanujących się arystokratów, bo dla człowieka pokroju Prześladowcy pochylone lekko drzewo przy płocie było równie dobrym rozwiązaniem co furtka. Szary bez problemu wspiął się na pierwszą grubszą gałąź, chwycił krawędź płotu, podciągnął się i przeskoczył na drugą stronę. Rozejrzał się jeszcze, czy żaden z gości przypadkiem nie zawędrował na tyły rezydencji (ciężko byłoby się wytłumaczyć, dlaczego opuszczasz przyjęcie tyłem, przez płot i to jeszcze z zasłoniętą twarzą), po czym ruszył bardzo okrężną trasą w stronę drogi do miasta.
    W końcu zamknął za sobą drzwi, odcinając się od późnowieczornego chłodu. W domu było całkowicie ciemno, nie licząc światła księżyca wpadającego przez okno na kanapę, fotel i część kominka. Re przekręcił klucz w zamku i zasunął zasłony, przez co w pomieszczeniu zrobiło się jeszcze ciemniej. Bandanę i kapelusz zostawił na oparciu. Dopiero gdy powstrzymał ziewnięcie zorientował się, jak bardzo był zmęczony. Najwyraźniej była to jedna z tych wyjątkowych nocy, gdy Szary miał ochotę pójść spać o normalnej porze.
    Zanim jednak zdążył zrobić krok w stronę schodów, usłyszał oburzone miauknięcie. Oda wskoczyła na oparcie, unosząc w górę puszysty ogon i otarła się o łokieć Prześladowcy.
    - Cześć, paskudo - mężczyzna podrapał zadowoloną kotkę za uszami. - Nie uwierzysz, z kim dzisiaj rozmawiałem...
    Oda z ciekawością obwąchiwała właściciela w poszukiwaniu nowych zapachów przyniesionych z przyjęcia. Nie wyglądała na zainteresowaną tym, co miał do powiedzenia.
    - Dobra, czas iść spać - zdecydował Re i ruszył w stronę schodów.
    Kot jednak znowu miauknął i zeskoczył na ziemię. Szary obejrzał się zaciekawiony o co mogło jej chodzić. Wtedy zobaczył leżącą przed drzwiami zgiętą kartkę. Oda położyła na niej łapę wpatrując się wyczekująco w Revana. Zmarszczył brwi. Wiadomości z reguły donosiły mu dzieciaki na posyłki i wręczały osobiście. Podejrzliwie podniósł z podłogi papier, spodziewając się zobaczyć tam coś, co mu się nie spodoba.
    W pewnym sensie się nie pomylił, ale tylko do pewnego stopnia. Pierwszym co zauważył był podpis: jedna litera, dziwnie zaokrąglone ,,L". Przejrzał szybko list i wtedy go uderzyło - to nie było żadne ,,L". To był zapis sylaby z języka, który Re ostatni raz widział w Dal-virii. Symbol ,,shi".

        W liście napisała, że przyjechała do Fortheimu, bo usłyszała, iż niedaleko doków mieszka Revan Poursuivant i chciała się z nim zobaczyć. Szaremu dalej ciężko było w to uwierzyć. Prędzej pomyślałby, że to jakaś sztuczka, że ktoś chce go wrobić. Ale kto znał Shi i wiedział, co go z nią łączyło? Poza Thalią, oczywiście. Gdy pomyślał o piratce naszło go nowe podejrzenie - Szkwał wróciła do miasta i z nudów robi sobie z niego jaja. Na pewno.
    Ale z drugiej strony... tylko Shi podpisywała się jednym znakiem. I tylko ona miała ten dziwny charakter pisma, niby schludny, ale wyglądający tak, jakby ogólnodostępny alfabet nie był rodzimym alfabetem nadawcy. No i tylko ona pisała piórem umoczonym w atramencie.
    Pełen sprzecznych myśli, Szary ruszył w stronę rynku. Nie mógł być niczego pewien, dopóki na własne oczy nie potwierdzi, czy Shi jest w Fortheimie. Idąc w stronę wspomnianej w liście kwiaciarni, zastanawiał się, jak w ogóle byłoby to możliwe. Logicznie wydawało się niemożliwe, by po kilku latach podróży mogli się od tak odnaleźć. Wszystko wskazywało na to, że odpowiedzialne było tylko czyste zrządzenie losu. Teraz pozostawało pytanie, czy los chciał Revanowi pomóc, czy z niego zakpić.
    Prześladowca nie rozstał się z Cichą w najlepszy sposób. Nie chodzi o żadną kłótnię - Shi rzadko się kłóciła z kimkolwiek - nigdy też nie rozstali się w sposób ostateczny. Prawdę mówiąc, nie mieli ku temu okazji. Ostatni raz widzieli się tego samego dnia, gdy Szarego aresztowano na ulicy i zapowiedziano, że stryczek już na niego czeka. Potem Thalia wyciągnęła przyjaciela z celi i już nigdy więcej nie zobaczył Dal-virii. Ani Shi.
    Re nie miał pojęcia, co przez ten czas działo się z Cichą, ale wyobrażał sobie, że nie za bardzo jej się to wszystko podobało. Ba, nie zdziwiłby się, gdyby go za to znienawidziła. Zrobił paskudny numer, nawet jeśli nie był w żadnym stopniu zaplanowany. Miał szczerą nadzieję, że zrozumiała, iż nie opuściłby kraju bez choćby słowa pożegnania gdyby nie miał ku temu wyraźnego powodu. Większość kobiet nie była tak wyrozumiała... ale Shi nigdy normalną kobietą nie była. Nikt nie mógł wiedzieć, co miała w głowie. Nikt nie mógłby przewidzieć, jak się zachowa. I Revan dalej nie wiedział, czy to dobrze, czy źle.
    Jeśli to faktycznie jakiś numer... nawet wolał nie myśleć, co zrobi odpowiedzialnemu za to dowcipnisiowi. Na pewno w pierwszej kolejności dowie się, skąd tyle wie o Nocnym Prześladowcy. Delikwent będzie miał okazję zdradzić to postrachowi arystokracji osobiście.
    Kwiaciarnia pani Tovan znajdowała się niedaleko targu, na parterze kamienicy. Nietrudno było ją znaleźć: pomagał w tym nie tylko szyld, ale i wystawione na ulicę sezonowe kwiaty. Revan zajrzał przez otwarte drzwi do środka. Właścicielka dopiero otwierała sklep i w środku najwyraźniej nie było jeszcze nikogo innego. Szary już miał wejść do środka i zapytać panią Tovan, czy może nie zatrudniła u siebie wysokiej, nad wyraz wesołej trzydziestoparolatki. I właśnie wtedy usłyszał za plecami teatralnie głośny, zaaferowany wdech.
    Odwrócił się akurat w chwili, gdy Cicha rzuciła mu się na szyję, prawie go wywracając. Tak, to zdecydowanie była ona - sama reakcja wystarczyła jako potwierdzenie. Przez moment Poursuivant całkowicie zamarł, zupełnie nie dowierzając, że to faktycznie się dzieje. To jednak była ona. Naprawdę tu była. I jego widok naprawdę ją ucieszył. Prześladowca westchnął z ulgą i uśmiechnął się, odwzajemniając uścisk.
    - Też tęskniłem - odpowiedział.

niedziela, 26 sierpnia 2018

Od Revana - Przyjęcie

        Przyjęcie urządzono w ogródku otaczającym posiadłość. Budynek sprawiał ponure wrażenie, jakby był ciemną wyspą w morzu świateł, delikatnej muzyki i śmiechu. Okna ziały czarną pustką, poza niektórymi na parterze, w których uwijała się służba, biegając od kuchni do ogrodu i z powrotem. Kluczyli między plotkującymi arystokratami i rozstawionymi wcześniej białymi stolikami. Obok drzwi wejściowych stało kilku muzyków. Revan nie przyjrzał im się dobrze, ale nie trzeba było być geniuszem, by rozpoznać wprawny ruch smyczków. Typowe instrumenty dla bogatych zabaw. Chociaż większość śmietanki towarzyskiej zbierało się właśnie z tej strony, Szary dostrzegł, że także położony nieco dalej sad oświetlono dla wygody gości. To nie mógł być pierwszy raz, gdy Sailence urządzał przyjęcie dla tylu gości - podobny asortyment mógłby mu pozwolić na wyprawienie porządnego wesela. Wtedy dopiero narobiłby wokół siebie szumu, Re uśmiechnął się pod nosem. Z tego, co mu było wiadomo na temat tego konkretnego arystokraty, raczej nie użyczyłby swojej posesji na potrzebę cudzego ślubu. Własnego chyba tym bardziej nie dopuszczał do wiadomości, pomimo całej rzeszy adoratorek.
    Klimat tego miejsca, chłodne nocne powietrze lecące znad morza i spokojna muzyka, przypominały Szaremu Ikram. Od pamiętnego balu z okazji Święta Tolerancji, brał udział w większości przyjęć organizowanych w sercu stolicy. Dante - jego przełożona - kładła spory nacisk na bezpieczeństwo gości. Re, Thalia, Jin i pozostali członkowie klanu Orłów na czas balów zyskiwali uprawnienia strażników, by nie musieć oddawać broni do depozytu. Brali udział w przyjęciach jako swego rodzaju przyzwoitka, gotowa zareagować w razie niebezpieczeństwa. Prześladowca nie pamiętał, żeby na jego warcie często działo się coś faktycznie wymagającego jego interwencji. Może kilka razy musiał kogoś siłą wyprowadzić na zewnątrz, raz czy dwa sytuacja wymagała sięgnięcia po broń, ale bale nigdy nie kończyły się rozlewem krwi. I chociaż jego słowne pojedynki z Thalią na uciechę arystokracji stały się niemal tradycją, nic innego ze Święta Tolerancji się nie powtórzyło. W sumie i ono nie było takie złe, zwłaszcza, gdy już pozbyli się tych dziwnych, chimeropodobnych potworów. Rzadko widzi się prawie dwudziestkę całkowicie odmiennych indywidualistów siedzących w pustej sali balowej, próbując złapać oddech.
    Chyba poważnie się zżyłem z tym krajem, stwierdził w myślach Revan. Dal-Viria miała pewien urok, jeśli spędziło się w niej najważniejsze lata swojego życia. A Ikram był regionem, który w szczególności odbił się na Nocnym Prześladowcy. Aż żal, że musiał stamtąd uciekać. Ale w sumie, to czego się spodziewał? Morderca na zlecenie nigdy nie będzie wyglądał ładnie między przedstawicielami prawa.
    Jakaś młoda dziewczyna uśmiechnęła się do niego zalotnie. Re uprzejmie uchylił jej kapelusza, kłaniając się lekko. Szlachecką etykietę także wyniósł z rodzinnych stron. To ona zakazywała mu zasłonić twarz bandaną. W takim towarzystwie, ironicznie, nie pomogłaby mu się ukryć. Nie był na zatłoczonej sali balowej, gdzie łatwo znikałby innym z oczu. Tutaj człowiek umyślnie kryjący twarz nie uszedłby uwadze gości, a już na pewno nie zignorowałaby go służba. Dlatego fioletowa chusta czekała zwinięta w kieszeni, aż okaże się konieczna. Z tego samego powodu nie miał także przy sobie haka - ciężko byłoby go ukryć. Pozostał mu ukryty w lewym rękawie nadziak. Oczywiście nie planował go używać. Ikram poza etykietą nauczył go także ostrożności.
    Celem Revana nie był dzisiaj nikt. Przyszedł tu tylko ze względu na istotny aspekt swojej profesji: informacje. Nie po raz pierwszy wprosił się ukradkiem na czyjeś przyjęcie. Nocny Prześladowca do wykonania swojej roboty potrzebował ogółem dwóch rzeczy: narzędzi i powodu. Przysłuchiwanie się rozmowom na temat konkretnego człowieka pomagało mu zbierać wszystko w całość, oddzielić fakty od plotek. Dobrze było wiedzieć na przyszłość, czy cudze życie warte jest konkretnej ceny. Szary, chociaż zajmował paskudną niszę w kwestii profesji, miał pewne zasady, które niejako utrzymywały go przy zdrowych zmysłach. Jak dla niego odbieranie byle jakiego życia za byle jaką cenę nie było uczciwym zarobkiem. Między nim, a jego potencjalną ofiarą zawsze istniał pewien układ: ,,Jeśli nie masz nic na sumieniu, nawet się nie dowiesz, że ktoś chciał zapłacić za twoją śmierć". Informacje o życiu arystokracji były dla niego tym bardziej cenne, gdyż okazji do ich zdobycia nie dostawało się codziennie. Rzadko udawało mu się dowiedzieć kto i kiedy organizuje jakąś zabawę, na którą łatwo będzie się wkraść niezauważonym. Ale kiedy już trafiał na podobne przyjęcia, to uczył się sporo rzeczy nie tylko o samym gospodarzu (o którym z reguły ludzie rozmawiali najwięcej), ale i samych gościach. Była to też okazja do obejrzenia z bliska posesji, chociaż nie należało to nigdy do priorytetów Revana. Obeznanie w terenie nie było tak istotne, bo rzadko pchał się na chroniony teren. Ironicznie, to w tłumie ludzi w środku dnia trudniej znaleźć sprawcę, niż w jego własnym domu w nocy, gdy wszyscy śpią. W drugim wypadku wystarczy, że przypadkiem ktoś ze służby ruszy za potrzebą i wpadnie na ciebie w pustym korytarzu. Nawet jeśli ominąłeś wszelkie środki bezpieczeństwa, mogłeś wpaść przez durne zrządzenie losu. Nie, arystokraty nie dało się bezkarnie i łatwo pozbyć w taki sposób. To było bardziej ryzykowne, niż gdyby celem miał być samotnie żyjący mieszczanin.
    Dzisiejsza aukcja uświadomiła Szaremu jak mało wiedział na temat Ravena Sailence'a. Owszem, umiał trafić do jego domu, przypomnieć sobie głośne wydarzenia z jego udziałem, ocenić ogólny wkład w życie miasta, wymienić co najmniej cztery zadurzone w nim damy z wyższych sfer, jak i nazwiska ludzi, którzy go raczej nie lubili, a nawet uważali za zagrożenie. Do tej pory uważał, że to wystarczająco wiadomości o jednym delikwencie, ale to, co widział tego dnia zadało mu fundamentalne pytanie: czy mógłby Sailence'a zabić, jeśli ktoś kazałby mu to zrobić? I nie chodziło tu tylko o moralne znaczenie - Revan już nie był pewien, czy ten zamach na czyjeś życie nie byłby ostatnim w jego karierze. Nie bez powodu stanowczą większość zleceń Nocnego Prześladowcy stanowili ludzie. Humanoidy, mieszańce i istoty magiczne rozsądnie uznawał za cele ,,większego ryzyka", a ponadto rzadko kiedy ktoś sobie życzył śmierci przedstawiciela tych grup. Pomocy Re z reguły szukali ludzie chcący śmierci innego człowieka. Dlatego istotnym było wiedzieć, do kogo nie powinien się zbliżać. Szary trzymał w pamięci obraz Sailence'a zatrzymującego szarżującego ogiera jedną ręką. Szczerze wątpił, by człowiek mógł mieć tyle siły. To właśnie musiał dzisiaj ustalić.
    Samego gospodarza na szczęście nigdzie nie widział. Ludzie niestety nie rozmawiali nawet o wydarzeniach z dzisiejszej aukcji, a jeśli już, to wydawali się równie zaskoczeni Ravenem co Re. Gdy podsłuchiwanie przestało przynosić korzyści, musiał zacząć sam dyskretnie pytać. Wtedy przypomniał sobie o spotkanej wcześniej dziewczynie. Wykorzystywanie jej zainteresowania jego osobą było wyjątkowo nietaktowne, ale Szary nie mógł odejść z niczym. Szczerze wątpił, by wiele wiedziała, ale może mogła go naprowadzić na jakiś trop. Zawrócił więc z powrotem do innej części ogrodu i, na szczęście, nadal tam była. Co jeszcze lepsze, w towarzystwie - najwidoczniej - przyjaciółki, opierającej się na ramieniu jakiegoś młodszego od Revana szatyna.
    Towarzystwo okazało się wyjątkowo przyjazne, swobodnie rozmawiając z nieznajomym jak ze swoim. A szatyn na dodatek był dzisiaj na felernej aukcji razem z ojcem i chętnie podchwycił temat.
    - Wspaniały koń - zachwycał się, mając na myśli kupionego przez Sailence'a Alacazma. - Ojciec sam chciał go licytować, ale powstrzymał się, gdy Sailence zabrał głos.
    - Może to i lepiej? - odparła jego partnerka. - Skoro był tak dziki jak mówisz, mógłby zrobić ci krzywdę.
    - To na pewno. W życiu bym na niego nie wsiadł, skoro czwórka ludzi nie umiała go utrzymać.
    - Dlaczego więc Sailence go kupił? - zainteresował się Revan.
    Mężczyzna zastanowił się chwilę, ale pokręcił głową, nie umiejąc tego wyjaśnić.
    - Chciałabym go zobaczyć... - rozmarzyła się druga z dziewcząt.
    - Sailence'a, czy Alacazma? - zadrwiła przyjaciółka.
    - Konia! - oburzyła się pierwsza. Rozejrzała się ukradkowo i dodała konspiracyjnym szeptem: - Myślicie, że dalibyśmy radę podejść do stajni?
    Szatyn parsknął śmiechem.
     - Miłej zabawy. Ja wolę pozostać w łaskach gospodarza...
    Stajnia, pomyślał Re. Faktycznie, widział ją wcześniej z daleka. Popatrzenie na Alacazma wcale nie wydawało się głupim pomysłem. Co prawda raczej nie dowie się zbyt wiele od skarogniadego ogiera, ale przynajmniej zobaczy go z bliska. Dodatkowo wymknięcie się z powrotem do miasta od strony stajni będzie prostsze. Tak więc Szary pożegnał grupkę, usprawiedliwiając się późną porą, i wkrótce wyszedł poza obręb świateł latarni, by ruszyć ukradkiem w stronę oddalonego od posiadłości budynku. Na szyi zawiązał swoją bandanę i nasunął ją na nos, tak na wszelki wypadek.
    Gdzieś w połowie drogi dostrzegł słabe światło w drzwiach stajni. Ktoś chyba jednak wcześniej wpadł na pomysł, by odwiedzić Alacazma. Re przyspieszył kroku, nadal uważnie stawiając stopy. Był na otwartym terenie, a najbliższą kryjówkę mógł znaleźć przy ścianie stajni. Gdyby owy ktoś wyszedł ze stajni, istniałby cień szansy, że pomimo mroku i przytępiającej wzrok latarni mógłby Szarego zauważyć. Na szczęście nikt nie wyszedł zanim mężczyzna zdążył stanąć pod boczną ścianą. Wyjrzał ostrożnie za róg, próbując nasłuchiwać. Ktoś w środku rozmawiał. Cicho, ale Re miał pewność, że były tam dwie osoby. Wkrótce światło latarni zbliżyło się do wyjścia i w stronę posiadłości ruszył wysoki mężczyzna... z mechaniczną ręką wystającą nad ramieniem, trzymającą przed nim światło. Lekal Grimm. To Szarego zaintrygowało - nie spodziewał się Starszego Nad Monetą na prostym przyjęciu u jakiegoś arystokraty. Czyżby zajmował się sprzątaniem po aukcji Rochera?
    W środku został jego rozmówca. Re słyszał tylko sporadyczny odgłos kopyt Alacazma, ale był pewien, że ktokolwiek tam był, stał przy jego boksie. Ostrożnie zbliżył się do wyjścia. Ze środka nie padał już żaden snop światła. Jeśli tam wejdzie, już na pewno zostanie zauważony. W głowie Prześladowcy zaświtał nie głupi pomysł, by odpuścić sobie swój oryginalny pomysł i może wrócić na przyjęcie, by dowiedzieć się czegoś na temat obecności Grimma. Ewentualnie po prostu rzucić to wszystko w cholerę i pójść do domu. Oda na pewno nie miałaby mu za złe spędzenia dwóch godzin przy książce, zamiast włóczenia się do północy po przedmieściach Fortheimu. I prawie jego plan doszedł do skutku. Prawie, bo zanim zdążył postawić stopę we właściwym kierunku, usłyszał ze środka znajomy głos:
    - Czemu się chowasz? Po prostu podejdź do mnie jak człowiek.
    Raven. To bez wątpienia był on. Re mimowolnie przeszły ciarki. Skąd wiedział, że tu jest? Co go zdradziło? Jakim cudem COKOLWIEK go zdradziło?
    Revan z doświadczenia wiedział, iż bywały chwile, w których udawanie traciło sens. Nie było wątpliwości, że Sailence mówił do niego. A skoro już go przechytrzył, to nie wypadało zgrywać głupka ani głuchego. Westchnął cicho i stanął w otwartych drzwiach.
    Sailence nawet nie popatrzył w jego stronę. Był zajęty głaskaniem łba Alacazma. Koń prychnął, przestępując z nogi na nogę.
    - Według fortheimskiego przysłowia skradają się tylko złodzieje i mordercy - powiedział białowłosy. - To nie stawia cię w korzystnym świetle.
    Re tylko wzruszył ramionami, zakładając ręce na piersi.
    - Takie moje szczęście - odpowiedział.
    - Co masz na swoje usprawiedliwienie?
    - Cóż, próba kradzieży pańskiego konia mija się z celem. Nie byłbym w stanie go stąd wyprowadzić nie robiąc przy tym zamieszania.
    - Więc jesteś mordercą? - zasugerował Raven. Po chwili uśmiechnął się niepokojąco. - Nie musisz odpowiadać.
    Wpadłeś, śmiał się jakiś głosik wewnątrz czaszki Prześladowcy. Tyle lat w biegu i znowu się potknąłeś. Równocześnie głos rozsądku mówił mu, że przecież niczym nie mógł się w tej chwili zdradzić. Dlaczego Sailence z miejsca założył, kim jest Szary? To mógł być zbieg okoliczności. I Re naprawdę chciałby, by właśnie tak było.
    - Pewnie mi nie uwierzysz, gdy powiem, że przyszedłem popatrzeć na Alacazma - bardziej stwierdził, niż zapytał.
    - Mógłbym w to uwierzyć - uznał arystokrata. - A skoro już tu jesteś to masz do wyboru albo to, albo próbować stąd uciec.
    Próbować. Ręka chwytająca za lejce rozpędzonego ogiera...
    Chyba pozostało mu tylko dołączyć do rozmówcy przy boksie. Revan podszedł więc spokojnym krokiem bliżej, zatrzymując się jakieś dwa metry od Ravena. Oparł się plecami o boks po przeciwnej stronie, by móc popatrzeć na Alacazma. Koń wyczuł go zanim się zbliżył. Parsknął nerwowo i zatupał w miejscu.
    - Chyba też to czuje - głos Sailence'a wydawał się wręcz rozbawiony. W ten ponury, nie zwiastujący wiele dobrego sposób.
    Revan zignorował tą uwagę. Nie miał ochoty wiedzieć, czym było ,,to" i w jaki sposób wygaduje nieznajomemu wszystko na jego temat.
    - Tęskniłem za końmi - zagaił. Z dzisiejszego wieczoru oraz z aukcji wyniósł jedynie, że odosobniony, tajemniczy arystokrata musiał mieć słabość do tych zwierząt. Szaremu wydawały się jedynym rozsądnym tematem do poruszenia w tej sytuacji.
    - Ja również - przyznał białowłosy, nadal nie patrząc w stronę swojego rozmówcy. - Fortheim to dla nich nie najlepsze miejsce. Aukcja chyba tylko tego dowiodła, nie sądzisz?
    - Nie wiem - odpowiedział wymijająco Re. - Na pewno nie dałoby się trzymać konia w centrum miasta.
    - Miałeś kiedyś własnego, prawda? - odgadł Raven. - Jaki był?
    Szary czuł autentyczną frustrację. Facet wydawał się wiedzieć o nim więcej niżby sobie życzył i to po kilku zamienionych zdaniach. Cóż, przynajmniej Poursuivant już wiedział, że nie bez powodu się go obawiał. Wiwat dla instynktu.
    - Ogier, siwy jabłkowity - odpowiedział. - Szczupły, z krótkim pyskiem, łukowatą szyją i niewygodnym grzbietem. Nic niezwykłego, w porównaniu do Alacazma.
    - Dla wszystkich wokół, owszem. To kwestia gustu. Co się z nim stało?
    - Został w rodzinnych stronach. Pewnie kuzyn go przygarnął po moim wyjeździe. Przynajmniej wiem, że nie został bez opieki.
    - Musiało być mu ciężko przyzwyczaić się do nowego właściciela.
    - Tak jak ciężko się przyzwyczaić do nowego miasta - stwierdził Szary.
    Białowłosy obrócił się w jego stronę, po raz pierwszy w trakcie całej rozmowy.
    - Długo mieszkasz w Fortheimie? - zapytał.
    - Już trochę czasu będzie - odpowiedział Re. - Nie liczę, bo nie planuję się stąd wynosić.
    - Jak ci na imię?
    Nagłe zainteresowanie nieco zbiło Poursuivanta z tropu. Mimo to ukłonił się, zakładając lewą rękę za plecy i przedstawił się:
    - Revan. Znajomi mówią mi ,,Szary"... a nieznajomi ,,Nocny Prześladowca".

Raven? Masz jakiś zaczątek znajomości > <

czwartek, 22 lutego 2018

Od Revana - Rozrywka dla bogaczy i interes dla ulicznika

        Ogień w kominku odbijał się od ostrza matowym, pomarańczowym blaskiem. Revan obrócił nóż w dłoni, po czym dla pewności jeszcze dwa razy przetarł go lekko naoliwioną szmatką. O broń nie dało się zadbać ,,za bardzo", w przeciwieństwie do przepasionych dachowców. Odzie na szczęście to nie groziło - niezależnie od przybranej postaci, zawsze jadła tyle samo, czyli nic. Szary już dawno temu dotarł do wniosku, że jest dziwna nawet jak na zmiennokształtną szczuro-łasico-kotkę i nie miał ochoty odkrywać, co jeszcze potrafi. Jak na zawołanie, coś miauknęło obok fotela, a chwilę potem Oda bezpardonowo wcisnęła się między podłokietnik i udo Revana. Mężczyzna pomasował jej łebek palcami i kotka zamruczała usatysfkacjonowana.
    Z bronią było inaczej niż z niezależnym, magicznym domowym zwierzakiem. Nóż, nadziak i hak wzorem Ody również nie potrzebowały jedzenia, ale wymagały od właściciela innej opieki. Szanujący się morderca pokroju Nocnego Prześladowcy nie traktował narzędzia pracy jak złomu, który można łatwo wymienić. Chociaż na pierwszy rzut oka to porównanie może brzmieć irracjonalnie, Re najprościej było wyjaśniać swoją dbałość... rycerską tradycją. Zadajmy sobie pytanie: czy prawdziwy rycerz ma w zwyczaju zmieniać miecze? Oręż rycerski statystycznie może liczyć nawet do czterdziestu lat, wszystko zależy od czasu służby właściciela i odrobiny starań. Zadbany miecz nie traci swojej ostrości i piękna, kryjąc w sobie długą historię oraz pewien charakterystyczny sentyment. A skoro postawny rycerz może się przywiązać do miecza, to ulicznik ma pełne prawo dbać o własną broń z równą dokładnością. Tym bardziej, że uliczników (w przeciwieństwie do rycerzy) na pewne luksusy  po prostu nie stać. Bardziej opłaca im się ostrzyć stary nóż, niż marnować dorobek na kupno nowego, albo ryzykować skórą przy kradzieży.
    Gdy ostrze noża nie mogło już wyglądać lepiej, Szary powtórzył zabieg z nadziakiem. Zanim stalowa igła dołączyła do poprzednika, po ciemnym saloniku rozszedł się pojedynczy głuchy dzwon zegara ściennego. Dźwięk sygnalizujący początek równej godziny wydawał się wybrakowany. Jakiś czas temu z mechanizmem coś się stało i przestał wybijać pełne sygnały. Revan nie przejął się tym za bardzo, w końcu zegar nadal działał. Nawet uznał to za pomocne zrządzenie losu - teraz nie musiał się obawiać, że odgłos bicia zagłuszy kroki potencjalnego nieproszonego gościa. Jak do tej pory do jego domu próbowano się włamać tylko raz i od tamtej pory złośliwa złodziejka starała się nie wchodzić Nocnemu Prześladowcy w drogę.
    Kilka minut po północy - osławionej godzinie duchów i wszelkiego zła - przyszła pora na hak. Wbrew przekonaniu bliższych znajomych Szarego, nie była to najstarsza broń w jego kolekcji. Mylnie uznawany był także za pierwszą broń Nocnego Prześladowcy, głównie przez fakt, jak bardzo był charakterystycznym i nietypowym orężem. Przede wszystkim jednak nie był narzędziem najczęściej przez niego wykorzystywanym. Re jak nikt inny zdawał sobie sprawę ile zachodu wiąże się z trupem rozerwanym hakiem oraz jak szybko miejsce zbrodni zostaje odkryte, wywołując przy okazji niemałe zamieszanie na najbliższy tydzień. Profesjonalny skrytobójca słysząc o czymś takim popukałby się w czoło i nazwał Revana amatorem szukającym tylko rozgłosu. Nieustanne wykorzystywanie haka było po prostu niepraktyczne. Po pierwsze: o wiele więcej z tym zachodu. Po drugie: jest mniej dyskretny od nadziaka czy noża. I wreszcie po trzecie: zbyt częste zostawianie za sobą ,,wizytówek" grozi stworzeniem ścieżki prowadzącej straż miejską prosto do winowajcy. Jedna z podstawowych zasad wpojonych młodemu Poursuivant polecała wykorzystywać różne narzędzia i metody popełniania zbrodni. Im bardziej morderca jest elastyczny i kreatywny, tym dłużej zajmuje ludziom domyślenie się, że za kilka różnych zabójstw odpowiedzialny jest tylko jeden człowiek. A Re należał do osób jak najbardziej pomysłowych i w ostateczności z hakiem kończył swój żywot niewielki odsetek jego celów. Znacznie częściej służył mu za broń w otwartym pojedynku, czasem nawet przeciwko mieczowi czy włóczni.
    Po namyśle jednak, Revan potrafił znaleźć jeszcze jedno uzasadnienie używania haka: przynosił go ludziom, których bardzo nie lubił, albo takim, którzy wyjątkowo sobie na niego zasłużyli. Gwałciciele, lichwiarze, kapusie, handlarze ludźmi... i dręczyciele zwierząt.
    Obejrzał po raz ostatni hak - ostatnią pamiątkę z Dal-Virii, bowiem stary nadziak zostawił wbity po sam koniuszek między żebrami jednego z portowych strażników na jednej z wypraw lądowych nowej załogi Thalii. Długa historia. Długa i uwłaczająca, bo mało razy dał się kompletnie rozbroić. Całe szczęście nie sprawdzili wtedy zawartości rękawa, czego dawno zmarły mężczyzna pożałował w wyjątkowo paskudny sposób. Hak jednak nie opuścił Nocnego Prześladowcy przez ponad dekadę, poza jednym drobnym epizodem, kiedy to pewna rakszasa (drobny demon, jak się później mężczyzna dowiedział) przywłaszczyła sobie jego własność na kilka przerażających minut. Pomijając ten jedyny przypadek, przez ten czas broń jedynie nieco zmieniła wygląd. Jeden z załogantów podrzucił kiedyś Revanowi pomysł wprawienia w hak kastetu, który zastąpi prosty uchwyt. Był to wyjątkowo inteligentny pomysł, gdyż dzięki temu Szary pewniej trzymał gardę i trudniej było mu wytrącić oręż z ręki. A podobno piraci za grosz rozumu nie mają...
    Oda widząc, że skończył przegląd arsenału, wyłożyła się swojemu właścicielowi na kolanach, mrucząc cicho. Nawet jeśli Re miał zamiar wstawać, teraz wedle kociego rozkazu musiał zmienić plany, przynajmniej na najbliższe pół godziny, zanim pupil się znudzi i ruszy robić to, co zwykle po nocach robią dziwne zwierzęta jego pokroju. Podobno to właśnie noc była czasem złodziei i morderców, ale nie Nocnego Prześladowcy, który z reguły wykonywał swój zawód w biały dzień. Jak wszystko, co Re planował, i ten zabieg nie był pozbawiony sensu: morderstwo w środku miasta, w tłumie ludzi - potencjalnych świadków - które mimo wszystko pozostało niezauważone stanowiło przestrogę. Był to jasny komunikat od Prześladowcy, mówiący całemu Fortheimowi, że nic nie jest w stanie go powstrzymać przed dopięciem swego. Jak z dobrą, poczciwą Kostuchą - nikt nie zna dnia i godziny, w której przyjdzie, ani jak będzie wtedy wyglądać, co wtedy powie. Po prostu przyjdzie, zrobi co do niej należy i odejdzie, a wkrótce ruszy po następnego nieszczęśnika.
    Jak Revan.

        Dawno nie widział tylu koni w jednym miejscu. Od przybycia do Fortheimu niewiele razy opuszczał miasto, a po ulicach konno poruszały się tylko specjalne oddziały straży miejskiej. Szary chyba zapomniał, jak bardzo lubił te zwierzęta. Patrząc na stąpającego w wyciągniętym kłusie ogiera, płynnie przechodzącego w galop, Re nie dziwił się, dlaczego były tak popularnym wyborem wśród herbów rycerskich, rodowych i państwowych. Podobnie jak równie popularny lew i orzeł, koń był dowodem na to, że w naturze siła i gracja wcale nie muszą sobie przeczyć. Wręcz przeciwnie: stanowiły połączenie idealne, którego człowiek nie był w stanie skopiować nawet obecnie, gdy postęp wydawał się czynić cuda. Ludzie mogli latać, zastępować odcięte kończyny, tworzyć własne źródła światła bez potrzeby magii i miotać morderczymi pociskami za pociągnięciem spustu. Ale natury przebić nie mogli.
    W aukcji uczestniczyła głównie arystokracja, zajmująca miejsca na specjalnie przygotowanej trybunie po jednej stronie przygotowanego maneżu. Przy jego krótszym boku mógł stać tłum ludzi, których albo nie było tutaj na nic stać, albo chcieli tylko sobie popatrzeć. Wszak pokazy zwierząt od zarania dziejów służyły ludziom za rozrywkę, zwłaszcza uśmiechniętej dzieciarni, siedzącej pod samym płotem pomimo nakazów pracowników o zachowaniu bezpiecznego odstępu. Nikt jednak nie miał serca ich przeganiać, dopóki tylko nie robiły zamieszania. Wmieszanemu w tłum Revanowi udało się sprawnie przesunąć na sam przód, aż przed nim została tylko dwójka na oko jedenastoletnich dziewcząt, które pomimo najpewniej wyjściowych sukienek nie wahały się przyklęknąć na ziemi, uprzednio podwijając dyskretnie spódnice, by ,,ograniczyć straty".
    Szary dotarł na miejsce lekko spóźniony, ale i tak nie miał zamiaru kupować żadnego konia. Przyszedł tu w kompletnie innym interesie, chociaż widząc niektóre z prezentowanych zwierząt głęboko żałował, że nie ma już możliwości utrzymywania podobnego pupila. Zwłaszcza jedna z klaczy - spokojna siwojabłkowita młódka, którą najpewniej dopiero uczono chodzić pod siodłem - aż do bólu przypominała mu ogiera, którego zostawił w ikramskiej stajni w Dal-Virii. Krótki pysk, wygięta w łuk szyja, grzbiet pewnie tak samo niewygodny... czy to tęsknota, czy nawet jej chód wydawał się identyczny do chodu Werseta? Re ogarnął się, ostatecznie uznając to tylko za wybryk umysłu. Ostatni raz widział go dziesięć lat temu, skąd miałby pamiętać jak wyglądał jego kłus? Zwłaszcza, jeśli większość czasu spędził w samym siodle.
    By skierować myśli na odpowiednie tory, zdecydował się na małą zabawę w rozpoznawanie osobistości obecnych na aukcji. Tylu arystokratów, tyle ważnych osób tak blisko człowieka, którego obawiało się nawet salonowe towarzystwo, doskonale wiedząc, że zaszli za skórę sporej ilości osób mogącej sobie pozwolić na wynajem zabójcy. Po prawdzie jednak, Szary nie pamiętał kiedy ostatnio zabił arystokratę. Na pewno nie czysto fortheimskiego - miasto do swoich cudów mogło zaliczać wyjątkowo poukładaną i uczciwą elitę. Gorzej było z gwałtownie rozrastającym się mieszczaństwem, które dopuszczało się nierzadko rzeczy karygodnych, jakby już byli nietykalni. Revan pilnie uczył się nazwisk, herbów i przywilejów co bardziej podejrzanych członków klasy szlacheckiej, w razie gdyby kiedyś miał ich odwiedzić. Z własnej woli raczej by tego nie zrobił, ale jeśli kiedyś znajdzie się człowiek, który przedstawi mu wyraźny powód takiej wizyty, najpewniej nie odmówi przyjęcia wyzwania. Tak więc rozpoznawał wśród licytujących ,,znajome" twarze. Pierwszy w oczy rzucił mu się lord Lekal Grimm, Starszy Nad Monetą, siedzący w towarzystwie swojej żony w jednym z wyższych rzędów. Bez wątpienia jego obecność tutaj była jedynie symboliczna: głowa fortheimskiego handlu nie pojawiłaby się na szemranej aukcji, co utwierdzało arystokratów w przekonaniu, że mogą tutaj liczyć na uczciwy interes. Drugim istotnym nazwiskiem, które na listę Prześladowcy mogłoby trafić zdecydowanie prędzej niż Grimm, był Egbert Dully - otyły kupiec i lichwiarz zajmujący miejsce w pierwszym rzędzie. Dully, jak każdy zawodowo pożyczający innym ludziom pieniądze, miał słabość do oszustw, które z reguły sprowadzały całe rodziny do życia w rynsztoku. Posiadał też mały szwadron dręczycieli, nieustannie upominających się o zwrot pożyczki, a w razie czego rekwirujących przypadkowo wybrane dobra. Wyjątkowo paskudny człowiek. Obok niego siedział Raven Sailence, usilnie starający się skupić na prezentacjach. Jego Szary się tutaj w ogóle nie spodziewał. Mało wiedział o oddalonej od miasta posiadłości, jeszcze mniej o jej właścicielu, a już na pewno nie przypuszczał, by ten człowiek fascynował się końmi. Miła niespodzianka. Najwyraźniej podejrzanie wyglądający ludzie mają słabość do podobnych rzeczy.
    - Panie i panowie! - aukcjoner, wycofany na bezpieczną odległość, zapowiedział ostatniego konia. Zwrócił tym na siebie uwagę Revana. Klaue Rocher, przypomniał sobie. Na środku maneżu przed tak liczną widownią w ogóle nie przypominał człowieka z opisów. Ale tego akurat Poursuivant się spodziewał od samego początku.
    Oczy wszystkich skierowane były na skarogniadego, narowistego ogiera, przytrzymywanego przez czterech mężczyzn. Re z pewnym uśmiechem przypomniał sobie inną aukcję, dawno temu, na której próbował kupić Thalii ośmionogiego konia. A właściwie udawał, że chce go kupić, dając Szkwał cenny czas na zrobienie zamieszania. Choć ten zdecydowanie nie był w żaden sposób zmutowany ani magiczny, wykazywał równie silny temperament i niechęć wobec trzymania go na uwięzi. Siedzące przed nim dziewczęta oraz pozostałe dzieciaki niemal równocześnie odsunęły się nieco od płotu, jakby nawet one w swojej naiwności potrafiły wyczuć, iż agresywne zwierzę lada chwila faktycznie się uwolni.
    Wtedy z miejsca poderwał się Sailence, który zaczął nieufnie wypytywać Rochera o wiek konia. Revan z ciekawością przyglądał się wymianie zdań. W końcu nic tak nie bawi ulicznika jak kłótnia dwóch bogaczy. Potrafili sobie wytykać miliony upierdliwych drobiazgów, które dla prostego człowieka nie miały większego znaczenia. Tym razem jednak dyskusja tyczyła się sprawy, którą pojąć mógłby byle chłop odpowiednio obeznany z końmi i stanowcza większość obecnych wydawała się niejako rozumieć zmartwienie pana Sailence'a.
    - Bądźmy profesjonalistami - powiedział w którymś momencie. - Jeśli ukrywa pan wiek tego konia, jak mogę być pewien czy pozostałe informacje nie są zmyślone? Albo czy inne konie zostały uczciwie sprzedane?
    Te słowa wyraźnie poruszyły tłumem. Nabywcy koni nagle zesztywnieli, wkrótce zaczynając domagać się wyjaśnień. Szary dostrzegł, że aukcjoner rzucił krótko okiem w stronę lorda Grimma, wyraźnie wystraszony. Starszy Nad Monetą bowiem wstał równocześnie z protestującymi arystokratami, najwyraźniej wierząc podejrzeniom Sailence'a. Założone na piersi ręce niemo domagały się wyjaśnień od szpakowatego mężczyzny.
    To, co wydarzyło się potem, wystarczająco przekonało Prześladowcę, iż szlachta jednak potrafi dostarczać sporej rozrywki. Niecodziennie widzi się arystokratę wchodzącego na maneż i uspokajającego zdziczałego konia, doszczętnie upokarzając prowadzącego aukcję. Jednak gdy wszyscy wokół rozdziawiali w szoku usta, samego mordercę zainteresowała siłą, jaką może posiadać przeciętny przedstawiciel klasy wyższej. Stalowoszare oczy uważnie śledziły Sailence'a, który z nieludzkim spokojem i bez najmniejszego problemu usadził w miejscu dorosłego ogiera jednym krótkim szarpnięciem. Re nie pamiętał, kiedy ostatnio widział mężczyznę zdolnego przewrócić konia za pomocą jednej ręki i zanotował sobie ten fakt na przyszłość. Kolejna ciekawostka na temat tajemniczego arystokraty.
    Po zrobieniu wrażenia na widowni (i zapewnieniu sobie sławy u plotkarzy na najbliższy czas), Sailence podszedł blisko do Rochera i po kilku minutach ciszy opuścił aukcję z koniem, co raczej mało kogo zdziwiło. Szpakowaty prowadzący podejrzanie szybko odszedł w stronę namiotu przeznaczonego dla ustalania formalności, po drodze odpędzając od siebie zatroskanych pracowników. Tłum zaczął się powoli rozchodzić. Całe wydarzenie uznano za zakończone.
    Re miał jednak jedną istotną sprawę do aukcjonera. Przemykając pod trybunami w stronę namiotu przypomniał sobie wszystko, czego dowiedział się o tym człowieku. Przed dwoma dniami, słysząc, że Klaue Rocher będzie prowadził większą aukcję w samym Fortheimie, jeden z byłych stajennych aukcjonera skontaktował się z Nocnym Prześladowcą. Był to dwudziestolatek, obecnie pracujący w jednej z miejskich stajni. Chłopak ze szczegółami opisał Revanowi, jak Rocher ,,przekonuje" te bardziej uparte konie do nauki. I żeby to się na zwykłym biciu kończyło - Re po raz pierwszy w życiu usłyszał o przywiązywaniu głowy zwierzęcia za wędzidło do szyi, na całą noc, by zapamiętało jak powinno trzymać łeb. Przewinienia Rochera ciągnęły się jeszcze dalej: zleceniodawca Prześladowcy był jedną z wielu ofiar nieuczciwości w kwestii wypłaty, a sporo innych pracowników - głównie kobiety zajmujące się księgowością - aukcjoner dręczył psychicznie. Dla Szarego było to wystarczająco sporo, by zgodzić się pomóc. Przyjął skromną zapłatę z góry (nie zamierzał się targować) i obiecał, że aukcja w Fortheimie będzie ostatnim oraz najgorszym interesem Klaue'a Rochera.
    Dotarł bezszelestnie do namiotu, nie widziany przez nikogo. Wszyscy pracownicy woleli trzymać się obecnie od swojego szefa z daleka, nie chcąc żeby w tym momencie się na nich wyżywał. Dla Prześladowcy była to okazja idealna. Sięgając w stronę klapy zawahał się dosłownie sekundę. W końcu wszedł do środka podejmując ostateczną decyzję:
    Hak.

        - Proszę pana? - zapytał ktoś obok niego.
    Re zatrzymał się, ze zdumieniem rozpoznając jedną z dziewczynek, które siedziały przed nim w czasie aukcji. Opuścił jej teren zaledwie kilka minut temu, teraz udając się spokojnie w stronę swojego domu.
    - Coś się stało? - zapytał spokojnie. Wiedział, że większość kobiet, zwłaszcza w wieku jego rozmówczyni, raczej bała się wysokich mężczyzn z zakrytymi twarzami. Wolał nie stwarzać wrażenia niebezpiecznego, bo dla niej nie był absolutnie żadnym zagrożeniem.
    - Pański rękaw - odpowiedziała. - Czy to... krew?
    Szary spojrzał na rzeczony rękaw. Faktycznie, krawędź mankietu miał ubrudzoną ciemniejącą powoli posoką. Syknął cicho.
    - Gapa ze mnie - powiedział. - Nie zauważyłem tego...
    - Jest pan ranny? - dziewczyna wydawała się autentycznie zatroskana. Urocze.
    - Nie - uspokoił ją Revan. - Widzisz, zaciąłem się chwilę temu na jakiś płocie. Ale teraz mam nauczkę, by nie robić sobie skrótów przez cudze podwórka - mówiąc pokazał dziewczynie wysuniętą dłoń bez rękawiczki. Nieco nad jej nasadą na kciuku widniało rozcięcie, niezbyt niebezpieczne, ale na tyle szerokie, by rzeczywiście ubrudzić rękaw krwią.
    Dziewczynka zaśmiała się nieśmiało.
    - Nieładnie z pana strony - upomniała go. Po namyśle wysunęła z rękawa sukienki białą liliową chustkę. - Może pomogę? - zaproponowała.
    - Ależ nie ma co marnować ładnego materiału na człowieka mojego pokroju.
    - To tylko zwykła chustka. Przecież one od tego są. Lepiej, żeby tą dobrudzić, niż żeby miało się panu wdać jakieś zakażenie. Mogę poprosić dłoń?
    Poursuivant westchnął i uległ, podając jedenastolatce nieszczęsną rękę. Ta rozciągnęła lekko chustkę, po czym z wprawą owinęła ją wokół kciuka i nadgarstka, żeby materiał się nie zsunął za szybko.
    - Tylko lepiej niech pan solidnie to opatrzy - poinstruowała poszkodowanego. - Moja chustka sama cudownie tego nie naprawi. Powinien pan znaleźć normalny opatrunek.
    - Zapamiętam - obiecał i uchylił jej kapelusza. - I dziękuję. Damy z wyższych sfer mogłyby pozazdrościć panience szlachetności.
    Dziewczynka zaczerwieniła się lekko, ale z uśmiechem. Pożegnała się szybko i pognała ulicą w swoją stronę. Szary obrócił się w przeciwnym kierunku, nie zamierzając już dzisiaj zbliżać się w okolice sprzątanej po aukcji hali. Jednak dosłownie sekundy później niemal wpadł na wracającego w tamtą stronę Ravena Sailence'a. Revan usunął się szybko w bok, uprzejmie uchylając arystokracie kapelusza.
    - Pan wybaczy - rzucił.
    Mężczyzna nie odpowiedział. Obejrzał się za odchodzącym, marszcząc lekko brwi. Prześladowca miał wrażenie, że czuje wbity w plecy wzrok, ale nie dał się sprowokować i nie spojrzał w tył. Chyba nic już nie zepsuje mu dzisiaj humoru.
    W tym samym czasie na aukcyjnej hali rozległ się krzyk, gdy jedna z księgowych odważyła się zajrzeć do namiotu, w którym w którym podejrzanie cicho siedział Klaue Rocher. Z paskudnie rozerwanego gardła nadal ciekła krew, wsiąkając leniwie w piasek.