Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rhenawedd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rhenawedd. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Od Rhenawedd - Miasto pełne możliwości

        Słońce zdążyło wznieść się już całkiem wysoko, zanim zdecydowało się obudzić Rhen. Chociaż dla niej ,,całkiem wysoko" oznaczało już cztery godziny od świtania - o tej porze mieszczaństwo dopiero jadało śniadanie. Względnie było więc jeszcze wcześnie, ale dla przyzwyczajonej do życia w podróży Avianki te kilka godzin snu było wystarczającym wypoczynkiem. Gdy więc promienie słońca padły przez okno bezpośrednio na jej twarz, kobieta obudziła się niemal natychmiast. Nie zamierzała jednak od razu wstawać - pod skrzydłem Kage było jej dobrze i gdyby mogła, mogłaby tu zostać do samego południa. Zamrugała kilkakrotnie, próbując sobie przypomnieć, dlaczego śpi w normalnym łóżku i, co ważniejsze, gdzie. Był to typowy stan Sikorki po długiej, prawie całonocnej zabawie. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że zabawiali razem z Feniksem gości weselnych, i to już drugi dzień. Zgodnie z umową dzisiaj nie mieli już czego tutaj szukać, chociaż nikt ich stąd pewnie nie będzie na siłę wypędzał.
    Młoda para bezdyskusyjnie wynajęła Ossovom dodatkowy pokój w domu weselnym, licząc, że Avianie zostaną jeszcze na poprawinach. Orzeł i Kania tylko spojrzeli po sobie i bez dłuższego namysłu jednogłośnie uznali ,,Czemu by nie?". I tak nie mieli żadnych konkretnych planów (plusy życia wędrownego artysty), poza zobaczeniem kilku miejsc na avrilskim wybrzeżu. Morze im nie ucieknie, więc spokojnie mogli nadłożyć jeden dzień, powtórnie zabawić na przyjęciu i jeszcze za to zarobić. Rhenawedd źle się czuła z tym, ile dostali za swoje występy, bo poza obiecaną wypłatą gospodarze jeszcze dali im za darmo zjeść i wypocząć, jednakże z drugiej strony pobyt w domu weselnym był całkiem miły. Po raz pierwszy od dłuższego czasu mogła wziąć ciepłą kąpiel w bali, a potem nasłuchała się komplementów od druhen. Obracanie się w ,,babskim towarzystwie" od czasu do czasu nie było takie złe, zwłaszcza jeśli trafisz na kogoś, kto potrafi zająć się twoimi włosami.
    W końcu Sikorka zdecydowała się wstać. Ostrożnie wysunęła się spod ręki i skrzydła Kage, nie chcąc go budzić. Pocałowała śpiącego Avianina delikatnie w czoło, zsuwając stopy na drewnianą podłogę. Rozciągnęła ręce, próbując przy tym też trochę rozprostować skrzydło. Lubiła spać na lewym boku, ale wiązało się to z częściowym leżeniem na swojej piątej kończynie, przez co rano zawsze była zdrętwiała. Mimo to nigdy nie zastanawiała się nad zmienianiem tego przyzwyczajenia. Gdyby spała na prawym, to Kage drętwiałoby skrzydło, a tego nie chciała.
    Pokój nie był wielki, ale dobrze urządzony. Miał jedno podwójne łóżko przysunięte do ściany, okno z białymi firankami, pustą szafę (Ossovowie nie mieli czego w niej zostawiać) oraz toaletkę z lustrem i miską wody. Obok Kania postawiła jeszcze wazonik z bukiecikiem kwiatów, który dostała pierwszego wieczoru od kilku góra dziesięcioletnich dziewczynek. Usiadła na taborecie już ubrana, wyciągnęła z szuflady szczotkę i z jej pomocą spięła włosy trochę bardziej schludnie niż zwykle. Zadowolona ruszyła do drzwi i cicho wysunęła się na korytarz.
    Gdy dotarła do schodów, oparła się o barierkę i spojrzała w dół na główny hol. Tak jak wcześniej myślała, nie było jeszcze wielkiego ruchu. Sporo gości poszło spać później od Serkage i Rhenawedd i, znając weselne zwyczaje, pewnie zaczną się schodzić do jadalni dopiero na obiad. Słychać jednak było, że niektórzy musieli wstać nawet wcześniej od Rhen: w kuchni trwała praca, by weselnicy nie rozjechali się do domów o pustych żołądkach. Właściciele domu weselnego - bardzo gościnne małżeństwo nazwiskiem Brevik - dbali o swoją reputację. Podobno na przyjęcia zjeżdżali się do nich nawet frotheimczycy, chociaż w słynnym mieście na pewno pełno było budynków idealnych do takich celów. Mieszczaństwo lubiło jednak okazjonalne wypady na wieś, a gdzie lepiej było urządzić wesele, niż wśród pięknych widoków, z dala od hałasu i smrodu. Dom Brevików miał tylko jedno piętro, ale był spory i otaczał go ogród z altanami przygotowanymi do przyjęć. Miał też własną stajnię i kilka dorożek. Pracowali tutaj lokaje, kucharze, pokojówki, stajenni i woźnicy - wszyscy z okolic, przeszkoleni przez panią i pana domu. Wszystko przygotowane tak, by nie dało się powiedzieć złego słowa o nazwisku Brevik.
    Nagle drzwi frontowe się otwarły i do holu wszedł nie kto inny, jak właściciel budynku, prawdopodobnie idący na śniadanie. Rhen uśmiechnęła się i zawołała wesoło ,,Dzień dobry!". Mężczyzna spojrzał w górę odwzajemniając uśmiech.
    - Dobry, a jakże! - odpowiedział. - Pani już na nogach?
    - Nie lubię długo spać - Avianka wzruszyła ramionami. - Czuję się wtedy jakbym zmarnowała pół dnia.
    Pan Brevik zaśmiał się.
    - To tak jak ja. Skoro już pani wstała, to może zje pani z nami śniadanie? Margaret i tak pewnie nie puści was w drogę na czczo - zaproponował.
    - Bardzo chętnie - odparła bez wahania Sikorka. - Pozwoli pan tylko, że zaczekam na Serkage?
    - Ależ oczywiście! Taką dwójkę jak wy to grzech rozdzielać... - Brevik uśmiechnął się szeroko i ruszył w stronę jadalni.
    Kobieta odprowadziła go wzrokiem. Westchnęła cicho. Ostatnie dwa dni były naprawdę przyjemne. Aż szkoda było ruszać dalej, ale żadne wesele nie może trwać wiecznie, a Ossovowie nie zwykli występować w jednym miejscu na stałe. Mimo tego Rhen wiedziała, że i tak nie będzie tęsknić - za każdym rogiem czekały ją kolejne cuda do odkrycia i nowa publiczność.
    Zaczęła już rozważać powrót do pokoju i budzenie Kage, gdy usłyszała kroki na korytarzu za sobą. Obejrzała się zaciekawiona. Jeden z gości najwyraźniej wybierał się do domu wcześniej: brunet, gładko ogolony, mający nie więcej niż trzydzieści parę lat, ubrany w elegancką, ale nie zbyt drogą tunikę, spodnie jeździeckie i wysokie buty. Widząc Aviankę uśmiechnął się serdecznie i zamiast udać się od razu do jadalni, zatrzymał się obok niej.
    - Pani Ossova? - upewnił się, nie chcąc pewnie przekręcić nazwiska. Kobieta skinęła uprzejmie głową. Wtedy mężczyzna, ku zaskoczeniu Kani, ukłonił się jej lekko, po czym przedstawił: - Lance Witthill, kupiec z Fortheimu.
    - Miło mi pana poznać, panie Witthill - odpowiedziała Rhenawedd, zastanawiając się równocześnie, na co jej wiedza o profesji fortheimczyka. Ostatecznie uznała, że to najwyraźniej jakiś szlachecki ludzki nawyk i powstrzymała się od zadania tego pytania na głos.
    - Chciałem się przedstawić pani i pani mężowi wcześniej, ale jakoś nie mogłem was złapać w tłumie.
    - Całkiem możliwe. Byliśmy trochę zajęci... wszystkim - uśmiechnęła się przepraszająco.
    - Ależ nic się nie stało. Ostatecznie przecież udało mi się zagadać do przynajmniej jednego z was - odparł brunet. - Mogę zająć pani parę minut?
    - Oczywiście. I tak czekam na męża... - Rhen wypowiadanie ostatniego słowa wydawało się dziwne. Głównie dlatego, że Ossovowie nie byli powiązani niczyim węzłem małżeńskim, poza swoim własnym. Lance najpewniej był wyznania Świetlistej, jak spora część Avrilu, i w pojęciu jego religii Kania podobno robiła coś niebotycznie złego żyjąc z jakimś mężczyzną bez oficjalnego ślubu. Tak przynajmniej wczoraj jedna druhna wyjaśniała jej koncepcję ,,ślubu", gdy zapytała z ciekawości. Dla pewności wolała później nie poruszać tematu swojego związku ani wyznania, by nikogo nie urazić.
    - A więc, przechodząc do rzeczy, chciałbym zaprosić ciebie i pana Ossovę do mojego domu w Fortheimie - wyjaśnił Witthill.
    - Oh - Sikorce autentycznie zabrakło słów. - To bardzo... miłe z pana strony.
    Wtedy kobieta zauważyła ponad ramieniem Lance'a Serkage wychodzącego z pokoju. Spojrzał w jej stronę i uniósł pytająco brew. Zaciekawiony podszedł kilka kroków, ale nie dołączył do rozmowy, zamiast tego tylko przysłuchując się słowom kupca:
    - Za kilka dni moja siostra ma dwudzieste urodziny. Chciałem urządzić jej małe przyjęcie z tej okazji. I gdy oglądałem wasz pierwszy występ, z miejsca pomyślałem, że byłaby wami zachwycona równie mocno.
    - Czyli proponuje nam pan występ w samym Fortheimie? - podkreśliła Avianka tak, by Kage na pewno usłyszał. Feniks uniósł tym razem obie brwi.
    - Nie tylko to - Witthill uśmiechnął się myśląc, że Rhen już jest przekonana co do jego oferty. - Na przyjęciu może być obecnych parę dość wpływowych osób, które na pewno także będą wami zainteresowane. Fortheim docenia prawdziwą sztukę.
    Sikorka znowu zerknęła ukradkiem na Kage. Nie chciała podejmować żadnych decyzji bez niego. Avianin dał jej na migi sygnał, by kontynuowała rozmowę. Najwyraźniej fragment o sztuce do niego przemówił.
    - Hmmm… póki co brzmi ciekawie - stwierdziła więc Rhenawedd. - Sporo się nasłuchałam przez ostatnie dwa dni o Fortheimie. To podobno piękne miasto.
    - Najpiękniejsze na wybrzeżu - zgodził się mężczyzna. - Idealne dla twórczych umysłów. Jestem przekonany, że byście się tam odnaleźli. Ale na pewno nie da się zwiedzić całego miasta w jeden dzień. Bez problemu znajdę wam jakiś nocleg, jeśli zgodzicie się wystąpić.
    Serkage zastanowił się chwilę. W końcu uśmiechnął się lekko i wzruszył ramionami, zupełnie jak dwa dni temu, gdy przypadkiem wplątali się na listę gości weselnych. Rhen w ślad za nim uśmiechnęła się do kupca.
    - Myślę, że Serkage spodoba się ten pomysł - odpowiedziała. - Moglibyśmy od razu ruszyć z panem? Nie znamy okolic i boję się, że po samym zapachu bryzy morskiej raczej do Fortheimu nie trafimy.
    - To żaden problem - Lance parsknął śmiechem. - Mam ze sobą jednego luzaka, ale dzisiaj już nie muszę się nigdzie spieszyć. Wystarczy wam jeden koń.
    - Z pewnością. Dziękuję.
    - Ależ to ja dziękuję! - Witthill ukłonił się po raz drugi. - Poczekam na was w jadalni i po śniadaniu możemy ruszać w drogę.
    Po tych słowach odwrócił się w stronę schodów i zszedł na dół. Kage odczekał chwilę, aż kupiec nie będzie mógł go usłyszeć, po czym dołączył do swojej ukochanej przy barierce. Gwizdnął z udawanego podziwu.
    - Patrz no tylko, prawdziwa arystokracja - powiedział unosząc sugestywnie brwi.
    - To tylko kupiec, Kage - kobieta przewróciła oczami i wychyliła się lekko do tyłu, by pocałować partnera na ,,dzień dobry". - Ale podobno ludzcy kupcy lubią o sobie myśleć jak o arystokratach.
    - W takim razie trzeba będzie pokazać się z jak najlepszej strony - Orzeł wyprostował się i napuszył dumnie złote pióra, nakrywając skrzydłem ramię niczym drogim płaszczem. Potem założył jedną rękę za plecy, ukłonił się przesadnie nisko i wyciągnął do Rhenawedd drugą. - Czy uczynisz mi, pani Drakkar, ten zaszczyt i udasz się ze mną na przyjęcie w domu...? - urwał na chwilę.
    - Witthillów - podpowiedziała mu szeptem Kania.
    - … w domu Witthillów? - dokończył.
    Rhen ujęła jego dłoń teatralnym gestem, jakby robiła to wyłącznie służbowo, a nie z przyjemności, i skrzywiła twarz wzorem najlepiej urodzonych dam.
    - Już myślałam, że nigdy mnie nie zapytasz, panie Ossova - odparła wyniośle.
    Długo tego przedstawienia nie potrafili utrzymać, bo gdzieś w połowie schodów roześmiali się niemal równocześnie. Kage ścisnął dłoń Rhen tak, jak naprawdę powinno się trzymać dłoń osoby, która coś dla ciebie znaczy.
    - Jak dobrze, że nikt mi nie kazał do ciebie tak mówić, Sikorko - stwierdził.
    - I vice versa, Orle.

        Wybrzeże Avrilu było cudownym widokiem. Przypominało falujące morze zielonych traw i polnych kwiatów. Rhen, nie musząc się przejmować prowadzeniem konia, miała aż nadto czasu, by nareszcie podziwiać krajobraz inny, niż leśny. Drzewa wyrastały okazjonalnie, wielkimi kępami, które znowu kojarzyły się kobiecie z morzem - były jak o odcień ciemniejsze od traw wyspy, czasem samotne, czasem ułożone niczym archipelagi. Droga wznosiła się i opadała z każdym pagórkiem, od czasu do czasu przypominając Rhenawedd, że mimo wszystko siedzi na końskim grzbiecie i przed spadnięciem może się tylko sama uchronić trzymając się Kage. Witthill jechał przodem, zabawiając ich historiami o mieście cudów, które mimo przebytego dystansu nadal nie chciało się wyłonić zza horyzontu.
    - O fortheimskich artystach można by opowiadać w nieskończoność - mówił. - Ale nie zapominajmy o technicznym zapleczu.
    - Technicznym? - zainteresował się Ossova.
    - Tak. Akademia Myśli Technicznej w Fortheimie jest jedyna w swoim rodzaju. Wychodzą stamtąd najlepsi inżynierowie. Mamy najlepiej rozwinięty technicznie transport w tej części... - Lance obejrzał się do tyłu na swoich towarzyszy, ale jego wzrok utkwił gdzieś ponad nimi, na niebie. Uśmiechnął się i skinął im głową, by sami spojrzeli.
    Zanim to zrobili, padł na nich sporych rozmiarów cień, wyglądający, jakby rzucała go ogromna latająca bestia. Rhen uniosła głowę, rozdziawiła usta w zdziwieniu i potrząsnęła ramieniem Kage jak dziecko domagające się uwagi. Nie musiała tego robić, bo mężczyzna też już patrzył na płynący w powietrzu kadłub najprawdziwszego, latającego okrętu. Po jego bokach błyszczały żagle w kształcie nietoperzowych skrzydeł, a gdy znalazł się przed nimi Kania zobaczyła także zwykły maszt, jak u normalnych statków. Witthill wydawał się zadowolony z wrażenia, jakie latająca machina wywołała na dwójce Avian.
    - Sam bym tego lepiej nie zaplanował - uznał z uśmiechem.
    - Jak to... - wydukała Sikorka. - Jakim cudem ten statek lata?
    - Luxrema - odpowiedział, jakby miało to jej coś wyjaśnić. - Da się pokryć nią nici, a w surowej formie napędza silniki. O dokładne działanie musiałabyś zapytać kogoś, kto się na tym lepiej zna.
    - Chyba sobie odpuszczę zwiedzanie strony technicznej... - stwierdziła cicho, słysząc tak dziwne słowa jak ,,luxrema" i ,,silnik", a Serkage stłumił parsknięcie śmiechem.
    Gdy wyjechali na kolejny pagórek, Avianka wychyliła się w bok, chcąc zobaczyć, czy już zbliżają się do Fortheimu. Tym razem w końcu zobaczyła gęstniejące wiejskie zabudowania, sugerujące bliskość miasta. I faktycznie, w oddali, za coraz bardziej okazałymi domostwami, dostrzegła imponujących rozmiarów mur.
    - A oto i Fortheim - Lance potwierdził oczywiste przypuszczenia.
    Sikorka ścisnęła ramię Orła podekscytowana. Ten obrócił lekko głowę w jej stronę i również szeroko się uśmiechnął.

Kage? Sprowadziłam nasze ptaszki do miasta!

sobota, 29 grudnia 2018

Rhenawedd Ossova

Spiffeigh

Jedynym prawem, jakie ją obowiązywało, było prawo grawitacji, a bywały takie dni, że i je łamała.


Opis
         W objazdowych karczmach często dzieją się ciekawe rzeczy, głównie przez fakt, ile fascynujących ludzi się przez nie przewija. Stanowcza większość to wędrowni artyści - zawód stary jak świat i ciągle funkcjonujący. Wśród nich naliczyć można prostych poetów, śpiewaków, bajarzy, kuglarzy, czasem nawet akrobatów i tancerzy. Występy takowych mogą być mniej lub bardziej pamiętne. Nie da się ukryć, przy takiej liczbie artystów na rynku pracy ciężko się wybić na tyle, by ludzie długo pamiętali twoje, a nie czyjekolwiek inne występy. Czasem, aby ten cel osiągnąć, wystarczy po prostu urodzić się innym niż reszta świata. A Rhen inność miała we krwi od małego, nawet wśród swoich.
    Kobieta ze swoim wzrostem i drobną figurą nie robiłaby wielkiego pierwszego wrażenia jako człowiek. Większość ludzi musi patrzeć w dół, by spojrzeć jej w oczy. A jak to z małymi żyjątkami bywa, potrafią mocno dać się we znaki, jeśli się je zlekceważy. Rhenawedd Kania Ossova z domu Drakkar - nazywana także Sikorką - nie jest osobą, którą łatwo się zapomina, chociaż w większości przypadków niestety nie przez jej niezwykły charakter. Uwagę ściąga na siebie samą aparycją - jest Avianką, czyli jak to się zwykło potocznie mówić: ,,pół ptakiem, pół człowiekiem”. To dosyć obszerne zagadnienie, bo wpisują się w nie także między innymi harpie, których to Rhena szczerze nienawidzi i choćby przypadkowe porównanie jej lub jej partnera, Serkage, do tych bezmyślnych ludojadów uważa za paskudną obelgę. Po prawdzie jednak nawet głupi zauważyłby stanowcze różnice między wspomnianą harpią, a Avianinem. Przede wszystkim w liczbie skrzydeł: każdy przedstawiciel gatunku ma tylko jedno skrzydło, prawe lub lewe, zależnie od płci. Stąd też duma Rhen jako rodzonego Avianina, zwykle okrywająca jej lewe ramię kaskadą różowawo fioletowych piór niczym najdroższy płaszcz świata. Ułożone w taki sposób nie przeszkadza jej w codziennym życiu, ale rozłożonym do pełnej długości byłaby w stanie całkowicie objąć siebie i jeszcze dwoje dorosłych ludzi. Sikorka uwielbia ten moment swoich choreografii, w którym chwali się publiczności opalizująco błyszczącym skrzydłem w pełnej okazałości. Nieme zdumienie i podziw są nagrodą samą w sobie, wartą salwy oklasków.
    To jednak zawsze zostaje na finał. Wcześniej zresztą widać inne jej nienaturalne cechy. Z jakiegoś powodu ludzie zawsze w pierwszej kolejności zauważają jej uszy: długie, sterczące jak u zająca, pokryte ciemnoróżowymi piórami i zakończone białymi. Następne w kolejce dziwów są oczy Rhenawedd o bursztynowo złotej barwie i kocich źrenicach, wydających się odzwierciedlać tą młodzieńczą dzikość, której kobieta nigdy się całkowicie nie pozbyła. Pod nimi na policzkach nosi symetryczne czerwone znamiona, a w nosie - mały, prosty kolczyk. Nie będąc całkowicie czystej krwi Avianką (jej przodkowie na którymś etapie musieli się zmieszać z ludźmi), na głowie zamiast piór ma normalne włosy. Rozpuszczone sięgają łopatek i przypominają robotę pijanego balwierza, ale Rhen nigdy się nimi nie przejmowała. Po prostu spina je w krzywy kucyk i ścina, gdy robią się za długie. Ostatnią jej ptasią cechą są nogi, od kolana w dół przechodzące w długie łapy z wysoką piętą, zakończone pazurami. Z tego powodu nie nosi żadnych butów. Z reguły ubiera się w tuniki sięgające ud, często ścięte na ukos. Bardzo rzadko są to wyroby inne, niż jej własne. Ma wprawę w posługiwaniu się igłą i w wolnym czasie lubi szyć. Inna sprawa, że nie ma własnej szafy - podróżowanie z zapasowymi ubraniami nie jest wygodne. Stąd jest przyzwyczajona do szycia sobie i Kage nowych, jeśli stare są już zbyt znoszone. Rzeczą niezmienną w jej ubiorze jest chyba najbardziej nietypowa ozdoba w oczach człowieka - na prawym ramieniu zawsze nosi ptasią czaszkę, zawieszoną przez głowę na sznurze. Sama w sobie nie jest cenna, ale zdobiący ją zwitek złotych piór to najcenniejsza własność Ossovy. Pochodzą ze skrzydła jej partnera, podarowane w aviańskim symbolu dożywotniego oddania. Jej własne zdobią ramię Serkage w podobny sposób.
    Rhen to niezwykła osoba, nie tylko w pojęciu samej aparycji. Kobieta ma niezliczone ilości chęci życia, którą wydaje się zarażać towarzystwo wokół siebie. Jest w niej coś hipnotyzującego, ale trudno określić, co dokładnie. Głos? Taneczny krok? Pióra błyszczące niczym opale? A może sam pogodny uśmiech? Nikt nie potrafi sobie przypomnieć, by kiedykolwiek widział ją smutną. Prędzej zagniewaną, bo Rhenawedd jest wyjątkowo dumnym ptakiem, zawsze stawiającym na swoim i nie popuszczającym łatwo urazy. To chyba rodzinna cecha domu Drakkarów, jedyna, którą stamtąd wyniosła, bo wszystko inne nabyła doświadczeniem życiowym. Podróżując z Kage zaraziła się od niego tą wrodzoną dobrocią, nauczyła się miłości do wszelkich przejawów życia. Nabrała też w końcu odpowiedzialności, której najmłodszym dzieciom w rodzeństwie zawsze brakuje. Stała się o wiele bardziej opiekuńcza - czuje się odpowiedzialna za to, co ma i jest gotowa tego bronić, nawet jeśli nadal pozostaje tylko drobną pierzastą istotą, którą porwałby mocniejszy wicher, gdyby nie wbite w ziemię pazury. Całe szczęście los jej nigdy do walki nie zmusił i może się cieszyć spokojnym życiem (mniej lub bardziej, ale taki już los artystów z powołania). Uwielbia towarzystwo dzieci, a ich grupki szybko do niej lgną, niezależnie od stanu czy rasy. To w końcu najlepsza widownia, na jaką może liczyć uliczny tancerz-akrobata.
    Z miejsca widać, że nienawidzi samotności - zawsze szuka towarzystwa, nieważne, w jakim gronie. Można to nazwać naiwnością, ale kobieta jest przekonana, iż z ludźmi każdego sortu można się dogadać. Rhen jak się uprze to i najgorszemu typowi potrafi przemówić do rozumu. Czasami, gdy tak sobie o tym pomyśli, to nieco przypomina w tym swoją matkę: piękną, inteligentną i niezwykle pyskatą babę, której nie dało się przegadać. Kania, podobnie jak ona, jest bezkompromisowa wobec grubiaństwa i braku kultury, a za chamstwo czasem potrafi się odgryźć z nawiązką. Jak już wspomniałam, to dumny ptak i zniewag płazem nie puszcza (Od wybaczania jest Kage, ja tylko się upewniam, że delikwent sobie tej nauczki nie zapomni!). Widok Avianki dosłownie ciągnącej za ucho dwa razy większego draba to już w jej przypadku rutyna.
    I chociaż to bez wątpienia jak najbardziej dojrzała i godna naśladownictwa kobieta, jakoś nietrudno uwierzyć, że pod tym wszystkim nadal kryją się psotliwe tendencje. W końcu nic nie jest takim, jakim się w pierwszej kolejności wydaje, a gdyby Rhena zawsze była taka jak teraz, byłaby ulubioną córką swoich rodziców. Sikorka jako dziecko złamała chyba dziesiątki ojcowskich zakazów (wliczając w to związanie się z mężczyzną z konkurencyjnego rodu), wiecznie balansując na krawędzi. Czasem dosłownie - skądś się przecież jej zacięcie akrobatyczne wzięło. Nie jej wina, że była najmłodsza z ósemki rodzeństwa. W rodzinie średniego stanu, z dwoma starszymi braćmi i siedmioma ładniejszymi siostrami nie miała wielkich szans na miejsce w elicie miasta. Po co więc się męczyć w sztywnych strojach na jeszcze bardziej sztywnych przyjęciach, gdy wystarczy przeskoczyć płot, by zniknąć w lesie? Wszystkich zwyczajów nie da się wyplenić i w Rhenawedd nadal tkwi ta sama dziewczyna, która pluła siostrom na głowy z drzew i rzucała ogryzkami kradzionych jabłek w koty. Co prawda dzisiaj już nie kradnie i nie pluje na nikogo, ale nie zdziw się, jeśli zobaczysz jak spaceruje nad ulicą po sznurze do prania dla czystej rozrywki. Nadal lubi tego typu szczeniackie wybryki i chyba nie ma już nadziei, że z nich kiedykolwiek wyrośnie.

Song Theme

Relacje z innymi postaciami
        Avianie mają dosyć unikalne podejście do związków, w porównaniu do zwyczajów innych ras. Podobnie jak większość gatunków ptaków, znajdują sobie tylko jednego partnera na całe życie. Co jeszcze ciekawsze, Rhenawedd i Serkage nikt nigdy nie udzielał faktycznego ślubu. Ich związek po prostu nie potrzebuje poparcia w żadnej religii, nie musieli też sobie niczego przysięgać. Obu Avianom wszystko wydawało się po prostu jasne i oczywiste. Na co tu formalności?
    Serkage Ossova jest dla Rheny całym światem. Kania dalej nie może uwierzyć, jakim cudem zasłużyła sobie na kogoś takiego jak on. Była złośliwym dzieckiem i pyskatą pannicą, na dodatek najmłodszą z ośmiorga rodzeństwa ze średniozamożnego rodu. Nie umiała się zachować ani dobrze wyglądać przy piątce sióstr, które szybko znajdowały sobie adoratorów. Nie mogła zaoferować nic wartościowego dla chłopaka, który miał już wszystko. Po prostu była sobą i to w niej złotopióry pokochał. Ba, potem dał jej nawet więcej! Bezwiednie zrobił z niej lepszą osobę, bo wstydziła się za swoje dotychczasowe zachowanie. Rhenawedd dalej jest przekonana, że nie jest warta oddania kogoś tak niezwykłego i dokłada wszelkich starań, by sobie na nie zasłużyć.
    Trudno znaleźć lepiej dobraną parę. Przemawia za tym sam fakt, że ciężko spotkać jedno bez drugiego. Ossovowie są po prostu nierozłączni. Wiedzą o sobie wszystko, we wszystkim są zgodni i nic nie jest w stanie ich skłócić. Sikorka może i potrafi tańczyć solo, ale jest pewna, że duet Avian wygląda bez porównania piękniej. Nawet najlepszy tancerz świata nie byłby w stanie zastąpić jej Kage. NIC nie byłoby w stanie tego dokonać.
    Jako wędrowni artyści, nie zebrali raczej wielkiej sławy. Występowali w tylu różnych miejscach, oddalonych od siebie czasem o wiele kilometrów, że ciężko im trafić w obcym mieście na kogoś, kto mógłby ich kojarzyć. Swoją reputację w Fortheimie dopiero budują, ale Rhen jest dobrej myśli. Już ona dopilnuje, by błysk złotych i fioletowych piór rozpoznawano z daleka.

Inne

  •     Drugie imię - Kania - rodzice nadali fioletowopiórej Aviance dopiero w jej szóste urodziny, po którymś już nieprzyjemnym incydencie. Rhen nie pamięta, o co dokładnie wtedy poszło. Chyba znowu podrapała jakiegoś zarozumiałego bachora z sąsiedztwa. Dziewczyna od małego pracowała sobie na reputację małej, ale groźnej i fakt, że oficjalnie nadano jej imię po jakimkolwiek drapieżnym ptaku uznaje za sukces.
  •     Jej uszy wydają się czasem żyć własnym życiem, co Sikorka uznaje za okropną niesprawiedliwość. Nigdy nie potrafiła nimi strzyc na zawołanie jak koledzy - robi to tylko bezwiednie, gdy jest zadowolona. Natomiast gdy jest naprawdę wściekła, jej lewe ucho drga, jakby przelatywała obok niego mucha. Do tego może też czasem nastroszyć pióra, jak ptaki udające większe niż w rzeczywistości. Częściej jednak robi to, gdy coś ją wystraszy - unosi wtedy lekko skrzydło w odruchu obronnym.
  •     Cierpi na klaustrofobię. Nawet gdy siedzi za długo w pomieszczeniu o niskim stropie, gardło zaczyna jej się zaciskać. Jedynym, co ten lęk łagodzi, są okna - im większe i nieosłonięte, tym lepiej. Zamykanie jej na siłę w ciasnej klitce pozbawionej jakiegokolwiek dostępu do świata zewnętrznego może grozić wydrapaniem oczu, zarówno w trakcie, jak i po wyjściu na zewnątrz.
  •     Nienawidzi kotów. Niby to tylko durny, aviański stereotyp, ale Rhen chyba nigdy nie polubi tych zwierząt. Nawet kotowate humanoidy napawają ją niepokojem.
  •     Zaraz po ciasnych pomieszczeniach i wszelkich kotowatych Rhen na liście nieprzyjemnych rzeczy mogłaby wymienić także wodę. I nie chodzi tu w sumie o nienawiść ani poważną fobię. Sikorka po prostu trzyma w pamięci przestrogi rodziców, by nie próbowała cała się zanurzać w głębokiej wodzie - pióra w jednej chwili z daru stałyby się przekleństwem. Każdego człowieka wytykającego jej tchórzostwo najchętniej wsadziłaby w kolczugę i kazała przepłynąć w niej najbliższe jezioro. Ciężar byłby adekwatny do mokrego skrzydła.
  •     Zdarza jej się kląć i to wręcz niczym szewc, jak na aviańskie standardy. Sęk w tym, że nie korzysta z typowo ludzkich przekleństw i obelg. W kulturze Avian nie zagościły nigdy popularne wyzwiska, jednakże mieli kilka własnych zwrotów. Kania nauczyła się tego wszystkiego z rodzimego podwórka, więc obrażanie kogokolwiek łatwo uchodzi jej płazem. Fortheimczycy po prostu nigdy nie spotkali się z takimi pojęciami jak ,,pawisyn", ,,nadęty indyk", ,,głupia czapla" czy ,,durny gołąb". I chociaż przypadkowo zebranym ludziom to wszystko brzmi wręcz komicznie, Kage - jedyna osoba rozumiejąca dokładny sens co poniektórych wyrażeń - zawsze ją upomina. Często też żartobliwie dodaje, że damie nie wypada używać takiego języka.
  •     Przez długi czas bała się samotności. Jako dziecko sypiała w jednym pokoju z dwoma siostrami, ale gdy te się wyprowadziły, ich nieobecność dręczyła ją bardziej niż się tego spodziewała. Odkąd ma Kage i może bezkarnie wtulać nos w jego pióra, zaczęła o wiele lepiej sypiać. Nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że taki stan rzeczy miałby się kiedykolwiek zmienić.